Urzędnicza arogancja i przekonanie o własnej nieomylności jest jednym z podstawowych elementów toczącego Unię kryzysu.

Dokument Niemieckiej Komisji Iustitia et Pax powstał w październiku 2016 roku – już po Brexicie i w szczytowym (tak się przynajmniej wydaje) momencie kryzysu uchodźczego. To właśnie ta ostatnia kwestia jasno pokazała, jak kruche są podstawy wewnątrzeuropejskiej solidarności. Ujawniła kryzys „pozbawionego struktur europejskiego społeczeństwa” (cokolwiek to znaczy), grożący rozpadem, jak piszą autorzy, europejskiej jedności i – w efekcie – samej Unii Europejskiej.

Zarówno niedawny kryzys finansowy, który uświadomił zamożnym społeczeństwom Zachodu, że przyszłość już nie gwarantuje stałego bogacenia się, jak i – silny przede wszystkim w państwach „nowej” Unii – lęk przez niekontrolowanym napływem obcych kulturowo uchodźców czy migrantów, wykorzystują coraz silniejsze ruchy prawicowo-populistyczne. To one, zdaniem autorów, odpowiadają za wzrost egoizmów narodowych i dążenie do renacjonalizacji polityk europejskich, sprzyjając rozpowszechnianiu się szowinizmu i ksenofobii.

Dla rządów narodowych i całej Unii podstawowym wyzwaniem stają się zatem precyzyjne zdiagnozowanie rozprzestrzeniającej się choroby i określenie własnej przyszłości w gwałtownie zmieniającym się globalnym i europejskim otoczeniu. W związku z tym, konieczna jest gotowość do „poddania się głębokiej transformacji społecznej i politycznej w imię zachowania zdolności do działania oraz ochrony własnej tożsamości”.

Pozwoliłam sobie zupełnie nie zrozumieć, co autorzy mają na myśli

Przyznam, że w tym miejscu po raz pierwszy pozwoliłam sobie zupełnie nie zrozumieć, co autorzy mają na myśli. Zawahałam się przy europejskim społeczeństwie, któremu brakuje struktur umożliwiających „nakładanie się na narodowe tożsamości z ich pełną napięć różnorodnością”.

Czy powstanie europejskiego społeczeństwa (którego elementem są różnorodne tożsamości narodowe i pewnie lokalne) oraz jego struktur jest warunkiem koniecznym przetrwania Unii Europejskiej i znalezienia przez nią adekwatnej odpowiedzi na globalne wyzwania i zagrożenia? Czy z kolei warunkiem niezbędnym, by takie społeczeństwo powstało, jest „głęboka polityczna i społeczna transformacja” poszczególnych tożsamości? Co ma się dokonać poprzez prowadzenie ciągłego, pogłębionego dialogu uwzględniającego różne wrażliwości, pozwalającego przezwyciężać historyczne zaszłości, budujące wzajemne zrozumienie i zaufanie służące tworzeniu „perspektywy transformacji o zasięgu ogólnoeuropejskim”. Proszę wybaczyć, jeśli wyszło złośliwie. Nie takie były moje intencje, a nieznajomość języka oryginału na pewno ogranicza perspektywę.

Ale niezależnie od tego, co napisałam powyżej, czegoś istotnego w przedstawionym dokumencie bardzo mi brakuje. Zgadzam się w dużej mierze z diagnozą, że coraz częściej w Europie odpowiedzią na nieznane wcześniej (przynajmniej w takiej skali) wyzwania i zagrożenia jest chęć izolacji od nich, zamknięcia się w tym, co znane i oswojone, przymknięcia oczu, a nawet agresji wobec „obcego”. Trudno mi jednak przyjąć, że problem leży wyłącznie po stronie społeczeństw lub rządów narodowych świadomie manipulujących społecznym lękiem i frustracją.

Czy powstanie europejskiego społeczeństwa jest warunkiem koniecznym przetrwania Unii?

To prawda, prawicowy populizm zdobywa coraz więcej nowych wyznawców. Nie tylko w „nowej” Europie, także w państwach „starego” Zachodu ma się on coraz lepiej. AfD jest trzecią siłą w Bundestagu, a malejąca popularność Emmanuela Macrona pozwala Marie Le Pen z optymizmem patrzeć w przyszłość. Prawicowym populistom Bruksela najczęściej przeszkadza. Nie tylko dlatego, że „zabiera nasze pieniądze i miejsca pracy”, co było hasłem populistycznych zwolenników Brexitu i co także dzisiaj napędza katalońskich separatystów i przywódców Ligi Północnej we Włoszech. Przeszkadza też, kiedy daje fundusze. Bo jednocześnie ogranicza swobodę zmiany ustroju politycznego, tak bywa w państwach „nowej” Europy, zwłaszcza w Polsce i na Węgrzech.

Lewicowe, czy skrajnie lewicowe ruchy, takie jak Syriza czy Podemos, których hasła to demokracja bezpośrednia i sprawiedliwsza redystrybucja dochodu narodowego, też nie są entuzjastyczne wobec brukselskich elit.

Bo „elity” w tym kryzysie to słowo-klucz. „Postrzeganie Unii jako struktury obcej” nie jest wyłącznie efektem ciężkiej pracy wszelkiej maści populistów. Brukselscy urzędnicy solidnie sobie na taką opinię zapracowali i w wielu przypadkach „krępowanie tożsamości”, o której piszą autorzy nie ma większego znaczenia. Znacznie ważniejsza jest alienacja od prawdziwych problemów i lęków, które trawią dzisiaj, w większym lub mniejszym stopniu, wszystkie europejskie społeczeństwa. Przekonanie, że jedyną możliwą odpowiedzią na wszelkie wątpliwości jest wprowadzenie nowej regulacji, nigdy lub rzadko szeroko konsultowanej. Urzędnicza arogancja i przekonanie o własnej nieomylności jest, w moim przekonaniu, jednym z podstawowych elementów toczącego Unię kryzysu. Kwestia przyjęcia i redystrybucji uchodźców ujawniła nie tylko brak europejskiej solidarności, ale także brak zaufania do – nie pochodzących z wyboru – brukselskich elit.

„Elity” to słowo-klucz europejskiego kryzysu

Alienacja elit władzy i niechęć do rzeczywistego, niepozorowanego dialogu, jest bardzo niebezpieczna już choćby dlatego, że oddaje pole populistom. Oni mają czas i chęć do słuchania oraz rozmowy. Przynajmniej do chwili, gdy nie zdobędą władzy. Przerabiamy tę bolesną lekcję teraz w Polsce.

Rzeczywiście, wielu obywatelom Unii projekt europejski wydaje się dzisiaj mało atrakcyjny. Nie tylko ze względu na „mało wiarygodną perspektywę dobrobytu” czy fakt, że „siła oddziaływania europejskiego projektu na rzecz pokoju słabnie”. Po pierwsze, zagrożenie dla bezpieczeństwa europejskiego wcale nie jest mniejsze, niż w czasie zimnej wojny, choć ma inne wymiary. Pojawienie się nowych gospodarczych potęg i prowadzona przez Donalda Trumpa polityka Stanów Zjednoczonych coraz wyraźniej pokazuje, że Europa może starać się odsunąć swoją ekonomiczną marginalizację tylko poprzez zachowanie jedności. Wspólne polityki: gospodarcza, bezpieczeństwa i obrony są potrzebne bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Ale czy rzeczywiście, jak piszą autorzy, „projekt europejski potrzebuje nowego uzasadnienia”? A może lepiej wrócić do korzeni? Przecież „w kontekście zarówno rozwoju Unii, jak i społeczeństw europejskich zasady personalizmu, solidarności i pomocniczości pozostają w najwyższym stopniu aktualne”.

Tylko autentyczny, odnoszący się do wartości dialog może tworzyć fundamenty wspólnoty ponad tym, co nas – ze względu na tradycję i historię – różni. Wiedzieli o tym dobrze Ojcowie Założyciele. Nasze pokolenie zastąpiło go tomami dyrektyw. Są one oczywiście potrzebne, nie zastąpią jednak poczucia sensu, którego źródłem są wyznawane i praktykowane wartości.