Jego ostatnie albumy były „łabędzim śpiewem” artysty, który stanął nad rzeką przemijania i spojrzał w oczy śmierci.

Urodził się w 1934 roku w Montrealu jako syn Mashy i Nathana Cohenów. Ojciec pochodził z Polski, zaś matka – z Litwy. Nauczył się grać na gitarze w wieku 13 lat. Choć mówił, że muzyką zajął się z chęci zdobycia sławy i kobiet, wcześniej odniósł znaczące sukcesy na polu literackim. Gdy po raz pierwszy zaprezentował własne piosenki przed publicznością (1967), liczył sobie 33 lata, miał już na koncie kilka wydanych tomików wierszy i dwie powieści.

Przełomem, który wpłynął na końcową twórczość Cohena, były dwa znacznie późniejsze wydarzenia – pięcioletni pobyt w buddyjskim klasztorze (1994-1999) i utrata majątku (2005). Uciekający przed blichtrem show biznesu Leonard zaszył się u szczytu Mount Baldy. Wrócił, by po kilku latach dowiedzieć się, że jego przyjaciółka i menadżerka Kelley Lynch okradła go na ponad 5 milionów dolarów. Muzyk ze stoickim spokojem zdecydował – po 15 latach przerwy – powrócić na scenę. Trasa koncertowa z 2008 roku ponownie uczyniła go milionerem.

Jego fenomen polegał na tym, że on sam muzycznie prezentował się jak dobre wino – im był starszy, tym lepszy. W XXI wieku zdążył wydać pięć albumów studyjnych, z których niemal wszystkie – z wyjątkiem „Dear Heather” – to dzieła wybitne. Trzy ostatnie tworzą swoisty tryptyk o namiętnościach, które stale rządziły życiem Leonarda Cohena: wydane w dwuletnich interwałach płyty opowiadają o sztuce, Bogu i kobietach.

Ku klęsce

Powiedzieć, że jego twórczość opierała się na melancholijnych melodiach, to tak naprawdę nie powiedzieć o niej nic odkrywczego. Smutek był źródłem i sednem wielu pieśni kanadyjskiego wokalisty. „Pamiętam, jak w latach 70. moja muzyka była krytykowana jako przygnębiająca i mówiono, że moje płyty powinny być sprzedawane z żyletkami, bo to dobra muzyka do podcinania sobie żył” – żartował autor „Hallelujah”.

Sam przez lata zmagał się z depresją. „Pesymista to ktoś, kto myśli, że będzie padać, ja jestem już przemoczony” – mawiał. Szybko odkrył, że poczucie to jest doświadczeniem powszechnym, wpisanym w ludzkie życie i lepiej o tym wiedzieć wcześniej niż za późno. Nie był to jednak dla niego powód do rozpaczy, ale pretekst do oryginalnej afirmacji klęski, która nie zwalnia nikogo od zachowania honorowej twarzy w sytuacji granicznej. „Jak ktoś przygotowany od dawna na taką okazję/ W pełni odpowiedzialny za każdy plan, jaki zawaliłeś/ Nie wybieraj tchórzliwego usprawiedliwienia/ (…) Rozszyfrowany i uwolniony od krzyża/ Powiedz żegnaj odchodzącej Aleksandrze” – śpiewa Cohen w „Alexandra leaving”, parafrazie genialnego wiersza Konstandinosa Kawafisa (wszystkie teksty piosenek podaję w polskich przekładach autorstwa Daniela Wyszogrodzkiego).

Autor „Popular problems” nie był jedynie dziejowym pesymistą, który odwracał się tyłem do rzeczywistości. Po 11 września wyznawał w jednej z pieśni: „Od tamtego dnia/ Kiedy zranili Nowy Jork/ Niektórzy mówią/ Że tamci z dawien dawna nienawidzą nas/ I naszych kobiet z odkrytymi twarzami/ Naszych niewolników i złota” („On that day”).

Wiedział jednak, że codzienny wysiłek człowieka powinien kierować się ku pracy nad własnym wnętrzem, nie zaś tylko skupiać się na tym, co na zewnątrz – materialnym świecie pozorów. Wobec spraw ostatecznych bowiem – jak zdaje się wierzyć Cohen – na nic przeważnie zdadzą się krzyki. Cierpienie trzeba przeżyć w sobie, by nieść pocieszenie innym. Człowiek „rodzi się w łańcuchach”, niczym Mojżesz zostaje „zabrany z Egiptu”, zaś „tylko ciemność została/ aby wznieść Tęsknotę” („Born in chains”). Jedyne, co pozostaje zrobić, to prowadzić skupione „sekretne życie”, w którym nic nie jest „czarne albo białe” (tekst „In my secret life” powstawał zresztą przez 13 lat) lub zatańczyć na zgliszczach marzeń niczym Grek Zorba ze słynnej powieści Nikosa Kazandzakisa. „Jeżeli dłuży ci się noc/ Mam dla ciebie kołysankę/ Śpij, skarbie, śpij/ Jakiś poranek nadejdzie” („Lullaby”). Świata bowiem – jak pisał już Iwaszkiewicz – nie można zbawić, ale można go ukołysać.

Końcowe modlitwy

Ostatnie, rozciągnięte na ponad dekadę, albumy Leonarda Cohena były „łabędzim śpiewem” wielkiego artysty, który stanął nad rzeką przemijania i pozornie spokojnie zaglądał śmierci w oczy. Dawno w muzyce rozrywkowej nie mieliśmy tak pięknego pożegnania ze światem i słuchaczami, choć przecież zostało ono podszyte autentycznym bólem i nie przyniosło muzykowi pocieszenia.

Można oczywiście ironizować na temat umierania. Czesław Miłosz zapytany kiedyś o swój stosunek do śmierci odpowiadał: „Jestem przeciw!”. Podobnie Cohen, zagadnięty przez dziennikarzy o to, czy jest coś, czego jest bardziej pewien niż w młodości, rzucił tylko: „Tak, śmierci!”. Później jednak wyznawał: „Koniec trzeciego aktu, gdy bohater umiera, jest raczej trudny”. „Natura rzeczy jest już taka, że rozczarowania się nawarstwiają, przeszkody mnożą i człowiek czuje, jak niszczeje mu ciało i umysł” – mówił w innym miejscu.

Rys metafizycznej tęsknoty wyraźnie wybrzmiewa na jego ostatnich płytach

Bohater późnych pieśni Cohena ma pełną świadomość tego, że przed nim ostatni odcinek ziemskiej wędrówki: „Idę do domu/ Bez wielkiego smutku/ (…) Idę do domu/ Tam, gdzie jest lepiej” („Going home”). Na swoim ostatnim albumie artysta śpiewa: „Odchodzę od stołu/ Wypadam z gry” („Leaving the table”).

Wychowany w judaistycznej tradycji i przez całe życie do niej przywiązany Leonard Cohen był zafascynowany Biblią i religią. Starał się wierzyć w Sens. Poszukiwał odpowiedzi m.in. w chrześcijaństwie i buddyzmie. Rys metafizycznej tęsknoty wyraźnie wybrzmiewa na ostatnich płytach. Dawniej wokalista wznosił hymny, w których zapewniał, że „pęknięcia są we wszystkim/ i to przez nie wpada światło” („Anthem”). Teraz otacza go jedynie ciemność, zaś błaganie staje się bardziej osobiste. „Pokaż mi miejsce/ Do którego ma się udać twój niewolnik/ (…) Pomóż mi odsunąć kamień” – śpiewa stary pieśniarz w „Show me the place”. „Przyjdź, ulecz ciało/ Przyjdź, ulecz umysł” („Come healing”) – prosi w innym utworze (przytoczone wezwania można by odczytywać także jako zwrot do ukochanej). Jeszcze bardziej dramatycznie brzmią natomiast wersy pieśni „Samson in New Orlean”: „Błagaliśmy o zmiłowanie/ Z samego dna rozpaczy/ Czy nasza modlitwa była tak cholernie nic niewarta/ Że Syn ją odrzucił?”.

Ostatnimi modlitwami artysty stają się utwory z „You want it darker” – testamentalnej płyty wydanej dwa tygodnie przed śmiercią. W „Treaty” zmęczony wokalista nuci: „Widziałem jak zamieniasz wodę w wino/ Widziałem też, jak zamieniasz je na powrót w wodę/ Żałuję, że nie możemy zawrzeć paktu/ Pomiędzy twoją i moją miłością”. W tytułowym zaś utworze następuje bezpośrednie wyznanie, wzmocnione starotestamentalnym cytatem: „Hineni, Hineni, Jestem gotowy, Panie”. W mroku śmierci zaczyna przebijać światło rezygnacji lub nadziei – u muzyka z Montrealu to często pojęcia sobie bliskie.

Sprawiłaś, że śpiewam

„Nie moja wina, że jesteśmy tak ulepieni/ w połowie z bezinteresownej kontemplacji, i w połowie z apetytu” – pisał w jednym z późnych wierszy przywołany Miłosz. Autor „Old ideas” zapewne mógłby się pod tym podpisać (co ciekawe, cenił twórczość noblisty – podczas jednego z koncertów w Polsce recytował jego utwór, choć akurat były to „Rady”, a nie „Uczciwe opisanie samego siebie…”).

Napięcie między tym, co duchowe, a sferą cielesną, było u Cohena widoczne od zawsze. Pożądanie występowało w jego twórczości obok pragnienia ascetycznego wyłączenia się od trosk doczesności. Artysta lubił otaczać się pięknymi kobietami, wciąż potrzebował do swojej pracy muz. Dla nich pisał – wszystkie adresatki jego pieśni istniały w rzeczywistości. Nie ustatkował się jednak w tradycyjnym rozumieniu – miał co prawda dwójkę dzieci (syn Adam zostanie zresztą producentem ostatnich płyt ojca), ale nigdy się nie ożenił.

Napięcie między tym, co duchowe, a cielesne, było u Cohena widoczne od zawsze

W późnych utworach pojawia się stale postać niewiasty, mogącej ocalić starego pieśniarza, który zresztą doskonale wie, że iluzją są zapewnienia: „Nie biorę cię na cel/ Już nie potrzebuję kochanki/ Oswoiłem przeklętą bestię” („Leaving the table”). Najpiękniejsze stają się w nich właśnie pojedyncze romantyczne wyznania: „Zwariowałem, żeby Cię pokochać” („Crazy to love you”), „Sprawiłaś, że śpiewam/ Chociaż wszystko wygląda ponuro” („You got me singing”). Ich kulminacje stanowią wersy z ostatniej płyty: „Gdybyśmy żyli w wiecznej nocy/ I nie pozostało już nic (…)/ Taki wydawałby mi się świat/ Gdybym nie miał twojej miłości/ Która go ożywia” („If I didn’t have your love”).

Jesienią ubiegłego roku swoich ostatnich dni dożywała Marianne Ihlen, adresatka szlagieru „So long, Marianne”. Schorowany Leonard dowiedział się o jej agonii. Wysłał list, w którym napisał: „Nadszedł czas, gdy jesteśmy oboje starzy i nasze ciała się rozpadają. Coś czuję, że niebawem pójdę twoimi śladami, jestem bardzo blisko za tobą. Tak blisko, że gdybyś wyciągnęła rękę, myślę, że mogłabyś dotknąć mojej. (…) Teraz chcę Ci życzyć dobrej podróży. (…) Do zobaczenia na dalszym odcinku drogi”. Po kilkunastu dniach podążył za swoją muzą.

Jeśli wierzyć jego pieśniom, zawsze chciał być wolny „jak ptak na gałęzi” („Bird on the wire”). Rozkochany w melancholii śpiewał przeszło 30 lat temu: „I nadeszła noc; była bardzo spokojna/ I chciałem, żeby ta noc trwała i trwała/ Ale ona powiedziała: Wracaj – Wracaj do świata” („Night comes on”). Tym razem nikt go nie zawrócił. Ufam, że Leonard Cohen znalazł to, czego szukał…