Spektakl „K.” zbudowany jest z medialnych klisz o wojnie polsko-polskiej. Niestety, twórcy nie mówią nam czegoś, czego nie wiemy.

Kto by się wybierał do poznańskiego Teatru Polskiego na najnowszą premierę autorstwa duetu Paweł Demirski (scenariusz) – Monika Strzępka (reżyseria) zwiedziony nadzieją na skandal, prowokację i paszkwil, którego przedmiotem miałby być Jarosław Kaczyński, ten się srogo zawiedzie.

Owszem, pierwowzorem tytułowego K. jest prezes Prawa i Sprawiedliwości i to jego postać tworzy dramaturgiczną oś przedstawienia, ale spektakl jest nie tyle o nim, co o kondycji polskiej polityki – a właściwie – polskich polityków wszelkich obozów, stronnictw i partii. Autorzy nie oszczędzają nikogo i robią to w sposób brutalny, by nie powiedzieć – odpychający. Może dlatego oklaski, które 5 listopada zabrzmiały po przedstawieniu, trudno nazwać frenetycznymi. Część widzów nie klaskała. Zawiedzeni treścią czy zbulwersowani formą?

Noc wyborcza staje się współczesną wersją politycznego obrzędu dziadów

Akcja dzieje się w noc wyborczą, w październiku 2019 r. Do wyborów startuje oczywiście PiS, PO i trzecia siła – Partia Clownów. Do zwycięstwa liberałów ma poprowadzić powracający z Brukseli Donald Tusk (Jacek Poniedziałek gościnnie). K. (Marcin Czernik gościnnie) ze swoją matką (Matka Prezesów – Barbara Krasińska) czeka na wyniki. Jak to w Polsce, serwery nie działają, trudno zliczyć głosy. Wyniki exit poll zasadniczo różnią się od tych oficjalnych: przegrali ci, co już świętowali wybory, wygrali ci, którzy jeszcze przed chwilą byli pokonani. Ludzie wychodzą na ulicę, apokalipsa jest o krok. Za chwilę wybuchnie polski Majdan. Noc wyborcza staje się współczesną wersją politycznego obrzędu dziadów. Pojawi się Duch Unii Wolności (Joanna Drozda – gościnnie), który swój sztab wyborczy ma nie gdzie indziej, jak na Powązkach. Pojawią się Wałęsa, Mazowiecki, Kwaśniewski; kilka dekad polskiej polityki przywoływane hasłowo: premier z Krakowa, koalicja PO-PiS, Olechowski, którego już nikt nie pamięta.

Symboliczne postaci budowane są ostrym konturem, na granicy przeszarżowania. Unia Wolności z bukietem róż i niebieskim balonikiem jest groteskowa. Nie potrafi niczego oprócz przywoływania starych sloganów o wolności, której szczytem ma być reaktywacja „Gazety Wyborczej”. Jastrząb Prezesów (Piotr Kaźmierczak) z nagim, zakrwawionym torsem zerwał się z partyjnej smyczy, dyszy czystą nienawiścią i gotów jest iść pałować. Donald zachwyca się błękitnymi koszulami i udaje swojaka.

Demirski  i Strzępka budują postaci plakatowo, wręcz karykaturalnie. Nie należy oczekiwać żadnych subtelności. Czy mówią nam jednak coś, czego nie wiemy? Niestety nie. Spektakl zbudowany jest z medialnych klisz o wojnie polsko-polskiej. Nic nam nie mówi ani o przyczynach, ani o szansach na wyjście z impasu. W pewnym momencie postaci, które pojawiają się w salonie K., poruszają się jak w filmie „Tango” Zbigniewa Rybczyńskiego: wchodzą i wychodzą w tej samej kolejności – jak w klatce, z której nie ma wyjścia. Przedziwne da capo al fine, chochołowatość duszy polskiej.

„K.” jest nie tyle o Kaczyńskim, co o kondycji polskiej polityki

A gdzie jest społeczeństwo? „Społeczeństwo jest niemiłe”, chciałoby się odpowiedzieć słowami Mister D. alias Doroty Masłowskiej. I to bardzo niemiłe. Najpierw to Powiatowa (Barbara Prokopowicz), odwieczna demonstrantka z plecakiem i zakrwawionym tasakiem w ręku, która z obu politykami najchętniej „porozmawiałaby nożem”. Ta porte parole wszystkich tych, którzy na transformacji ustrojowej stracili, co mieli, nie rozumie skomplikowanych mechanizmów polityki i jest po prostu zmęczona. Druga przedstawicielka społeczeństwa to młoda dziewczyna z postpolitycznego pokolenia – Anonymous (Monika Roszko), która mieszka bardziej w internecie niż w rzeczywistości. Dla niej to, co się dzieje, przerasta nawet wizje, które miała po amfie. Dialogu polityków ze społeczeństwem nie było, nie ma i nie będzie.

A co z K.? K. jest najmniej do siebie podobny. Zamiast siwego, starszego pana z brzuszkiem, mamy przystojnego bruneta, którego „domowość” i nieprzystosowanie zdradzają jeno papucie na progu salonu, wciąż gotowe, by je włożyć. Tytułowa postać najbardziej wymyka się schematom. I chociaż wciąż „nie wychodzi sam na podwórko”, to niewiele w nim z powierzchowności samego Kaczyńskiego. Ale jest to – być może – najważniejsze przesłanie spektaklu: nie dajcie się zwieść powierzchowności pana K. Inaczej niż jego Kafkowski imiennik, ten K. jest prawdziwym demiurgiem.

Są w tym przedstawieniu sceny, które mogą odrażać swoim naturalizmem, po których samemu chce się wręcz zwymiotować. Na scenie przez cały czas dominuje wielka twarz z otwartymi ustami jak do krzyku. Albo do czegoś innego. Przez te usta wpadają i wypadają bohaterowie. Spektakl Demirskiego i Strzępki momentami staje się trudny do oglądania. Estetyka jest jak polityka. „Odrażający, brudni, źli” – cytując tytuł włoskiej czarnej komedii Ettorego Scoli. „K.” nie jest jednak komedią, a śmiech, który pojawia się jako reakcja na prolog, szybko ulega zdławieniu. Na końcu wszyscy bohaterzy są już nie tylko źli, ale –  dosłownie – odrażający i brudni. Taka diagnoza nie daje pocieszenia.

Z teatru wyszedłem zmęczony.

„K.”, scenariusz – Paweł Demirski, reżyseria – Monika Strzępka, premiera: 04.11.2017 r. Teatr Polski, Poznań.