Pobożny był od dziecka. Jako lektor służył przy ołtarzu przez piętnaście lat prawie codziennie. Nowy wikary, który zauważył, że Piotr rzadko przystępuje do komunii, oświadczył mu jednak, że „sieje zgorszenie”. Nie dał mu szansy.

Ma dziś 33 lata. Mieszka w Lublinie, jest samotny, nie założył rodziny i raczej tak już pozostanie. Wytrwałą pracą osiągnął wiele: spełniając swoje marzenie, kupił okazyjnie małe mieszkanko na strychu jednej ze staromiejskich kamienic, dokupił od wspólnoty jeszcze kawałek strychu i własnymi siłami przebudował całość, stwarzając elegancki i przytulny dom.

Pochodzi z małego miasteczka, gdzie mieszkają jego rodzice i starsze rodzeństwo. Dzieciństwo miał koszmarne: ojciec przemocowy, awantury, matka zastraszona, jedyną osobą, która małemu Piotrkowi okazywała jakieś uczucia, była babcia (matka matki). Dlatego w każdą Wigilię, póki jeszcze mieszkał w domu, chodził wieczorem na jej grób i tam płakał.

Od dziecka był bardzo pobożny, został ministrantem. Kiedy miał 14 lat, został uroczyście przyjęty do posługi lektorskiej. Było to dokładnie 8 grudnia 1998 roku, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP. Podczas mszy w kaplicy cmentarnej ksiądz nałożył mu białą albę, długą aż do samej ziemi. Od tamtego czasu pełnił lektorską posługę przy ołtarzu, w zasadzie codziennie. Trwało to przez piętnaście lat…

Poznaliśmy się w roku 2003, kiedy jako wolontariusz prowadziłem „grupę zaufania” w lubelskiej Odwadze. Potem utrzymywaliśmy kontakt, Piotrek odzywał się parę razy do roku, śledziłem w ten sposób jego losy. Któregoś roku zaprosił mnie i moją żonę do siebie do Lublina na swoje święto: zamiast imienin czy urodzin obchodził rocznicę swego przyjęcia do posługi lektorskiej – 8 grudnia. Zawsze był specjalny program. Najpierw msza, on służył przy ołtarzu, mnie proszono o odczytanie lekcji. Potem zwiedzaliśmy jakiś ciekawy obiekt – raz była to Kaplica Zamkowa z freskami, innym razem podziemia lubelskie, zakrystia w katedrze, obóz na Majdanku – potem smaczny obiad przygotowany przez niego (świetnie gotuje). W tych spotkaniach uczestniczyło czasami kilka innych osób, znajomych czy przyjaciół, wśród nich ksiądz.

Dwa lata temu poinformował mnie, że nie będzie urządzał swojej rocznicy. Co się stało? Przyparty do muru, opowiedział, co się wydarzyło. Do kościoła, w którym od dziesięciu lat niemal codziennie o siódmej rano służył do mszy, został przydzielony nowy ksiądz wikary, który zauważył, że Piotr rzadko przystępuje do komunii. Najpierw upomniał go, że powinien pójść do spowiedzi. Kiedy to nie odniosło skutku, zadał Piotrowi w zakrystii przy innych osobach pytanie, czy żyje w konkubinacie, bo jeśli nie, to nie ma żadnych przeszkód w skorzystaniu ze spowiedzi. I oświadczył mu, żeby w takim razie więcej nie przychodził służyć do mszy, bo „sieje zgorszenie”. Nie dał mu szansy na wyjaśnienie sytuacji, nie zaproponował przyjacielskiej rozmowy, tylko oznajmił krótko: „Więcej nie przychodź!”…

Piotr poczuł się głęboko zraniony. Przestał chodzić – po latach – do swojego ulubionego kościoła, odwiedza inne, ale unika mszy. Wyznał mi, że uczestniczenie we mszy, kiedy stoi wśród innych osób, jest teraz ponad jego siły: patrząc z daleka na ołtarz, czuje taki ból, że trudno mu powstrzymać się od płaczu.

A jest silny, zahartowany, radzi sobie z przeciwnościami. Ja sam nigdy nie widziałem go załamanego, skarżącego się, ze łzami w oczach. Co mogę mu powiedzieć?

Zasmuciłby się papież Franciszek takim przykładem (nie)miłosiernego rozeznania…