Irena Sendlerowa była „aniołem stróżem” żydowskich dzieci ratowanych przed nazistami, szmalcownikami i Zagładą. A jednak legenda o niej jest pełna przekłamań i fałszu. Czy Annie Bikont udało się pokazać jej prawdziwą historię?

Czy mogła wmówić sobie i światu, że uratowała aż dwa i pół tysiąca dzieci z getta warszawskiego? Czy mogła być wspaniałą społeczniczką, a jednocześnie nie mieć czasu na wychowanie własnych dzieci? Czy mogła być w PZPR od początku do końca i aktywnie uczestniczyć w utrwalaniu radzieckiego ustroju w Polsce po II wojnie światowej? Dlaczego miałaby ukrywać żydowskie pochodzenie swojego drugiego męża?

To tylko niektóre pytania, krążące po głowie czytelnika w trakcie lektury książki Anny Bikont „Sendlerowa. W ukryciu” (Wydawnictwo Czarne). Autorka – a wraz z nią czytelnik – kładzie na szali legendarny wizerunek Ireny Sendlerowej, wraz z jej heroicznym wysiłkiem z czasów II wojny światowej i pogodnymi zdjęciami staruszki o wesołych oczach z ostatnich lat życia. Na drugiej szali znajduje się prawda historyczna, oparta na dokumentach, relacjach świadków i zdrowym rozsądku.

Bikont_Sendlerowa. W ukryciu_Więź

Anna Bikont, „Sendlerowa. W ukryciu”, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2017

Jako osoby, ale i zbiorowości, mamy prawo do uznawania autorytetów i oddawania czci bohaterom, potrzebujemy ich jako drogowskazów moralnych i nauczycieli historii. Odbierane od nich lekcje pomagają nam budować lepszą przyszłość. Autentyczne postaci historyczne stopniowo zanikają pod ciężarem powstających o nich legend; legendy emancypują się od swoich protoplastów i zaczynają żyć własnym życiem. Taki wyemancypowany mit przejmuje wspólnota i czyni z niego punkt odniesienia, który komunikuje: „tak trzeba żyć!”. Tymczasem lektura książki Anny Bikont wymusza na czytelniku zmierzenie się z prawdą, która może zaboleć, bo legendy zazwyczaj gryzą się z faktami. Czy stopniowe odkrywanie faktów o Irenie Sendlerowej w wydaniu Anny Bikont szkodzi „matce dzieci Holokaustu”? Nie, wprost przeciwnie.

Irena Sendlerowa, którą teraz poznajemy, jest zaangażowaną pracownicą socjalną z nowego nurtu pedagogiki społecznej ze szkoły Heleny Radlińskiej. Przed wojną pracuje dla warszawskiego magistratu wśród dzieci ulicy, ale przede wszystkim wśród kobiet z marginesu, porzuconych i zgnębionych, a także prostytutek. Jej wrażliwość społeczna i zaangażowanie dadzą o sobie znać w czasie II wojny światowej. To wtedy Sendlerowa całą sobą zaangażuje się w pomoc najbardziej pokrzywdzonym niemieckiej okupacji: polskim Żydom. Do historii przejdą jej wysiłki zwłaszcza w ratowaniu dzieci. Najpierw będzie to robić na własną rękę, wraz z koleżankami z Wydziału Opieki warszawskiego magistratu, później także w zorganizowany sposób w Radzie Pomocy Żydom „Żegota”.

W każdej chwili ratowanym i ratującym groziła śmierć ze wszystkich stron

Bikont przedstawia historie wielu dzieci i rodzin, którym pomógł oddział dziecięcy „Żegoty”, kierowany przez Sendlerową. Opisuje dramatyczne historie dzieci, które oddzielano od rodziców, i którym wmawiano nową tożsamość, kazano zapomnieć o prawdziwej rodzinie i przeszłości, a następnie zaprowadzano do nowych rodzin lub zakładów zakonnych. Sendlerowa pojawia się niemal w każdej historii. Jest niejako spoiwem narracji. To nie tyle postać pierwszoplanowa, co anioł stróż – jej pojawienie się w historii ratowanego dziecka staje się zapowiedzią happy endu.

Tymczasem niemal każda opisywana historia pełna jest nieustannej walki. Nie było mowy o stabilizacji. W każdej chwili groziła śmierć ze wszystkich stron. Nowi opiekunowie dzieci mogli na przykład stwierdzić, że za ryzyko przetrzymywania Żyda należą im się większe pieniądze. Jeszcze większe zagrożenie stanowili plotkujący sąsiedzi i dzieci, które doszukiwały się semickiego wyglądu u rówieśników (ciekawe, skąd się wzięło w nich to wyczulenie na „innych”). Mieszkania i zakłady opiekuńcze trzeba było regularnie zmieniać, bo plotkujący sąsiedzi najczęściej ściągali szmalcowników, a ci byli już zagrożeniem śmiertelnym.

Szmalcownicy zbierali swoje żniwo w złocie i śmierci, niemal fizjologicznie potrafili „wywęszyć” ukrywających się Żydów i opiekujących się nimi Polaków. Figura szmalcownika przewija się przez książkę Anny Bikont nieustannie, tak jak cała zgraja szantażystów czaiła się przed bramami do getta, wyłapując z tłumu tych, którzy budzili podejrzenia. Przeraża skala tego zjawiska i stopień społecznego przyzwolenia na nie. Pomaganie Żydom było zdecydowanie najbardziej ryzykownym zajęciem konspiracyjnym, o czym świadczą relacje ocalałych i pomagających (jak choćby Władysława Bartoszewskiego). Sendlerowa była doskonałą organizatorką, cechy tej nie straciła na starość. To w wielkiej mierze dzięki niej udało się uratować… kilkaset dzieci. W każdym razie na pewno nie dwa i pół tysiąca, jak głosi legenda.

Pamięć potrafi płatać figle, zwłaszcza wtedy, gdy funkcjonowało się w warunkach konspiracji

Czy ta liczba jakkolwiek umniejsza jej bohaterstwo? Zdecydowanie nie! Stawia jednak w innym świetle opowieści okupacyjnej „Jolanty” o samej sobie. Pamięć potrafi płatać figle, zwłaszcza wtedy, gdy funkcjonowało się w warunkach konspiracji, w ukryciu, tajemnicy, ciągłym stresie i nieustannym zagrożeniu życia. Trzeba było ukrywać, także przed najbliższymi, szczegóły swojej działalności, ciągle uważać na to, co się mówi i używać pseudonimów. To, co prawdziwe, co usłyszane i co wymyślone na potrzeby konspiracji, zaczęło się plątać, zwłaszcza po kilkudziesięciu latach. Sendlerowa uwierzyła w opowiadaną o niej samej historię, choć wiele z jej legendy było przeinaczeniem, niedopowiedzeniem lub zwykłym kłamstwem. Przykładem może być legendarna lista 2500 uratowanych przez nią dzieci, których imiona – według rozpowszechnianej także przez nią opowieści – miała zapisać na karteczkach, schować w słoiku i zakopać w podwórku domu przy ul. Lekarskiej. Według wiarygodnych ustaleń Anny Bikont jakaś zakopana lista, owszem, była, ale jej rzeczywista autorka, Jadwiga Piotrowska, spisała na niej kilkadziesiąt imion i zakopała w butelce, nie w słoiku.

Czy podobne przekłamania nie dotyczą wielu innych bohaterów historii Polski XX wieku? I czy aby na pewno szramy na ich życiorysach ujmują im bohaterskości? A może raczej dodają im komponentu ludzkiego, grzesznego, tak bardzo znanego każdemu z nas?

Imponuje wysiłek, który w napisanie „Sendlerowej” włożyła Anna Bikont. To autorska książka w pełnym tego słowa znaczeniu. Bikont przejrzała stosy archiwów, przegadała setki godzin z ludźmi, którzy znali Sendlerową, wykonała niesamowitą robotę dziennikarsko-śledczą, by dojść do prawdy. Interesuje ją tylko cała prawda, co nie znaczy, że brak jej wyrozumiałości wobec bohaterki książki. Wprost przeciwnie, Bikont stara się zrozumieć Sendlerową i jej fenomen. Szuka tego (i wskazuje), co czyniło z niej tak niezwykłą osobowość. Robi to, nie pomijając błędów i wielkich życiowych porażek bohaterki.

Książka ma – z góry założony – charakter polemiczny, gdyż dojście do prawdy wymagało podważenia przyjmowanych powszechnie „dogmatów” o Sendlerowej. Do wielu ustaleń wiodły tylko poszlaki, trzeba było skonfrontować relacje Sendlerowej z… Sendlerową, a właściwie z jej relacjami o samej sobie z różnych lat, wypowiadanymi w różnych kontekstach. Anna Bikont jest bardzo przekonująca w swoich ustaleniach, może z wyjątkiem kilku epizodów – jak choćby nieco na siłę, mam wrażenie, dopisywany wątek miłosny do historii Jana Dobraczyńskiego i Jadwigi Piotrowskiej. Autorka książki wykonała niewiarygodną pracę, za którą trzeba ją docenić.

Czy to nie marcowa narracja dochodzi do głosu w Polsce AD 2017?

Na marginesie, u progu Roku Ireny Sendlerowej (110. rocznica urodzin) i zarazem 50. rocznicy Marca ’68 nie sposób przeoczyć bieżącego kontekstu polityczno-społecznego. Choć Bikont nie nawiązuje bezpośrednio w swojej książce do dzisiejszych realiów, to w rozdziale poświęconym polskim Sprawiedliwym zauważa, że kult Sprawiedliwych jest w pewnej mierze spuścizną właśnie po Marcu (choć książka Bartoszewskiego i Zofii Lewinówny „Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939–1945” powstała oczywiście wcześniej).

Autorka pisze: „Sprawiedliwi pierwszy raz tak wyraziście zaistnieli wtedy w świadomości publicznej. Propagowanie tezy, że Polacy masowo ratowali Żydów, było integralną częścią ówczesnej antysemickiej propagandy. Do tego stopnia, że w 1968 roku spisywaniem list Polaków ratujących Żydów zajmowała się Służba Bezpieczeństwa. Opowieści o Sprawiedliwych towarzyszył przekaz o żydowskiej niewdzięczności”.

Czy to nie marcowa narracja dochodzi do głosu w Polsce AD 2017? Także dziś obecna jest charakterystyczna narracja o Sprawiedliwych – z wyolbrzymianiem skali pomocy ze strony Polaków – jako alibi dla dawnych pogromów w Jedwabnem, Radziłowie, Szczuczynie i Kielcach. Gdy w zeszłym roku zapowiedziano utworzenie Centrum Edukacyjnego Polskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, wicemarszałek Senatu Adam Bielan pisał: „Polacy stanowią dziś największy odsetek spośród nich [Sprawiedliwych wśród Narodów Świata] Choć niewątpliwie jest to jedynie mała część spośród setek tysięcy obywateli, którzy w najrozmaitszy sposób nieśli ratunek Żydom”. Skąd marszałek wziął liczbę setek tysięcy ratujących? A nawet gdyby było ich tylu, to wciąż mowa co najwyżej o 1-3 proc. społeczeństwa.

„Nie wiesz, Czesiu, że Holokaust zabija?” – odpowiedziała Czesławowi Miłoszowi Maria Iwaszkiewicz na pytanie, dlaczego jej mąż Bogdan Wojdowski, ocalały jako dziecko z Zagłady, popełnił samobójstwo w 1994 r. Holokaust zabijał okrutnie w czasie wojny i jeszcze długo po jej zakończeniu. W życiorysie Ireny Sendlerowej stał się cezurą, która zmieniła wszystko: był bodźcem do wielkich i bohaterskich czynów, ale przyczynił się też do tego, że – jak sama pisała w liście do Wandy Rottenberg – jej dalsze życie stało się „mroczne”.

Anna Bikont rozprawia się w „Sendlerowej” z legendą o Sendlerowej. I wszyscy są wygranymi tego pojedynku. Upadek legendy odsłonił prawdziwą bohaterkę.