Bardziej chyba niż ksiądz kulturysta gorszą duchowni fizycznie zaniedbani, którym zamiast piwa, pizzy i telewizora przydałby się niejeden trening, bieg albo basen. Ksiądz kulturysta jest jeden, a tych fizycznie zaniedbanych są tysiące. Często – niestety – idzie to w parze z zaniedbaniem intelektualnym. 

Ksiądz jest człowiekiem. Ma więc ciało. Męskie ciało. Jak przeczytałem w jednej dyskusji, „Nosi sutannę by ukryć ciało!”.

Czasami jednak musi je odkryć: w swojej łazience czy u lekarza. Czasami je odkrywa, bo chce, wszak mu nikt nie każe: na plaży czy na basenie. Jeden ksiądz odkrył je nie tyle bardziej, co inaczej: na konkursie kulturystów. Zaprezentował je w układzie choreograficznym, by nie powiedzieć – w tańcu solo.

Nie wszystkim się to jednak spodobało. Skończyło się napomnieniem kanonicznym ze strony biskupa i publicznym przeproszeniem duchownego za uczynione zgorszenie. Ale co do tego, czy zgorszył – zdania są podzielone. Granice tego, co wypada, a co nie wypada robić księdzu ze swoim ciałem – jak widać – jednoznaczne nie są.

Dziwny głosu organ

Uważam, że pojęcie tabu jest nadmiernie eksploatowane, więc nie będę mówił, że księżowska męskość to temat tabu. O męskości i cielesności księdza nie mówi się tak długo, jak ta męskość i cielesność nie wejdzie w konflikt z moralnością. Jak wiadomo ze słynnej anegdoty o darowanych pończochach, „królowa Hiszpanii nie ma nóg” (ta anegdota ma wiele wersji). Dla wielu parafian z księdzem jest wciąż daleko podobnie. Nie ma on nie tylko nóg, ale pewno też innych części ciała. Ich się nie zauważa, nie mówi, nie komentuje ich istnienia. Przypuszczam, że wciąż jeszcze niejednego kapłana swoi wierni nie widzieli inaczej jak w sutannie, która miała nie tylko kształtować jego własną tożsamość, ale także nieustannie sygnalizować inność teologiczno-socjologiczną księdza wobec całej reszty.

W habicie czy sutannie człowiek wcale nie jest istotą mniej cielesną i seksualną

Tę inność doskonale wyraża anegdota o pewnym księdzu (inna wersja mówi o biskupie), który na pytanie dziecka, czy też chodzi siku, miał odpowiedzieć: „Tak, ale rzadziej”. Człowiek, a niby-anioł. Pamiętam opowiadanie starszego kapłana, którym mówił, że w jego przedwojennym seminarium była zasada, iż po usłyszeniu pukania do drzwi należało nałożyć sutannę i wziąć do ręki brewiarz, i tylko w takim stroju można było powitać wchodzącego. Nie wiem, jak jest dzisiaj, ale jakiś czas temu w niejednym klasztorze żeńskim kąpieli można było zażywać jedynie w specjalnej kąpielowej koszuli, by nie wystawić swej nagości nawet na własny wzrok, a cóż dopiero – nawet niechcący – na wzrok kogoś innego. Takie podejrzliwe podejście do własnej cielesności było dość powszechne. Owszem, sutanna czy habit mogą ciało zakryć, ale przecież go nie zlikwidują. W habicie czy sutannie człowiek wcale nie jest mniej cielesną i seksualną istotą. Pozostaje mężczyzną i kobietą.

Z tą męskością księdza bywa różnie. Już Zbigniew Herbert w swojej „Homilii” konstatował, usłyszawszy księdza na ambonie: „Jaki dziwny ma ten kapłan głosu organ / ani męski ani żeński ni anielski”. Ubocznym skutkiem sutanny może być jakaś aseksualizacja mężczyzny, który w niej chodzi. Katarzyna Leszczyńska, która badała status osób świeckich pracujących w kuriach rzymsko-katolickich, twierdzi, że „seksualność [księdza] jest czymś zupełnie naturalnym dla wielu kobiet, choć oczywiście nie dla wszystkich i niekoniecznie dla świeckich mężczyzn. Ciekawe, że dla wielu moich rozmówczyń ksiądz był prototypem męskości, natomiast dla wielu mężczyzn świeckich, z którymi rozmawiałam, duchowny na poziomie swych atrybutów był tej męskości zaprzeczeniem. Jego głos, strój, gesty, mimika były dla świeckich mężczyzn niemęskie i odstręczające od zaangażowania w życie Kościoła”.

Ja też się czasami czuję nie najlepiej, gdy wchodzę do księżowskiego mieszkania, które – pełne bibelotów, koronek, frędzli i lambrekinów – przypomina bardziej kobiecy buduar niż mieszkanie mężczyzny, w którym oczekiwałoby się pewnej męskiej i kapłańskiej powściągliwości. I nie chodzi tutaj o jakieś demonstracyjne bycie mężczyzną, które miało by być źródłem hegemonicznej dominacji, ale świadomość, że w jego człowieczeństwie i kapłaństwie partycypuje także jego płeć, której należy być świadomym.

Ludzki i nie-ludzki

Ale wróćmy do ciała. Występ księdza na zawodach kulturystycznych został skrajnie różnie oceniony. Komentatorzy podzielili się na pół, a linia podziału wcale nie jest taka oczywista.

Być może samo wzięcie udziału w zawodach kulturystycznych nie byłoby takie dla niektórych szokujące. W seminariach są sale gimnastyczne i siłownie. Mamy przecież księży piłkarzy, pingpongistów, hokeistów, rowerzystów czy biegaczy. Oni też muszą się mniej lub bardziej rozebrać. Czy muszą? Jest ksiądz, co biega maratony w sutannie. W seminariach tradycjonalistycznych i niektórych zgromadzeniach do dzisiaj gra się w piłkę w sutannie czy habicie.

Trudno jednak uprawiać kulturystykę w sutannie, wszak jej istotą jest ukazywanie ciała i jego budowy. W tym przypadku rzeczywiście więcej trzeba odkryć niż zakryć. Ktoś powie, że już samo stanięcie do konkursu, gdzie oceniane jest ciało, nie licuje z godnością księdza, który winien być świadkiem wartości duchowych, a nie cielesnych. Że nie ma gorszego już „targowiska próżności” niż wystawianie własnego ciała do zawodów. Ktoś inny zareaguje dopiero na fakt, że to ciało musiało zostać pokazane w odpowiedni sposób: za pomocą choreografii, która, jak się okazuje, została przez wielu odebrana jako erotyczna – co może się kłócić z oczekiwaniami, jakie się stawia księdzu, bo nie powinien być elementem erotyzacji życia.

Ale gdzie są granice owej erotyzacji? Pamiętam debatę z czasów, gdy byłem duszpasterzem akademickim. Studenci kłócili się, czy taniec jest ze swej natury grą erotyczną czy też nie. Trudno o taką, gdy się tańczy z własną matką. Ale gdy ksiądz tańczy z rówieśnicą? Czy to, że są mężczyzną i kobietą, automatycznie przekształca taniec w zaloty? Takie oceny będą oczywiście uwarunkowane przyjętą perspektywą.

Dla jednych ksiądz jest przede wszystkim osobą duchowną ze wszystkimi tego konsekwencjami aż do swoistego unieważnienia jego człowieczeństwa wraz z jego cielesnością i seksualnością. Ksiądz nie jest już człowiekiem jak wszyscy. I oczekuje się od niego diametralnie innego postępowania. Inność teologiczna musi się odznaczać innością socjologiczną, swoistością zachowań, określonym kodem gestów, czynności, a nawet ruchów, które go odznaczają. W szkicu o społecznych uwarunkowaniach powołania L. Dingemans OP pisał: „opinia [społeczna] uważa za normalne wymaganie, żeby pewien udział w boskiej transcendencji ujawnił się nie tylko w postępowaniu moralnym i religijnym księży, ale także w ich zachowaniach społecznych”.

Dla innych z kolei ksiądz jest człowiekiem jak każdy, a kapłaństwo w żaden sposób nie unieważnia jego człowieczeństwa, wszak „człowiekiem jest i nic, co ludzkie, nie jest mu obce”. Jedni oczekują nie-ludzkiego księdza, drudzy – księdza bardziej ludzkiego. Czasami jest to nawet zrozumienie i akceptacja przekraczające granice narzucone przez dyscyplinę Kościoła. Wydaje się, że opinia publiczna przesuwa się w kierunku większej akceptacji – powiedzmy – księżowskiego człowieczeństwa. Że ludzie oczekują księdza, który jest do nich podobny.

Wielebności

Ale jak daleko można się w tym podobieństwie posunąć? W roku 1958 kard. Ratzinger pisał: „Kierowani nowoczesnym podejściem, nie tylko uzmysłowiliśmy sobie, że obnoszenie się z wielebnością jest niewłaściwe, a kapłan zawsze jest sługą, lecz także pracowaliśmy nad tym wewnętrznie, żeby nawet nie wstąpić na taki wysoki piedestał”.

Czy trzeba się rozebrać do rosołu, by nie zostać wielebnością na piedestale? Pewno nie. Są na to także inne i chyba lepsze drogi niż eksponowanie własnego ciała. Nie namawiałbym zbyt gorliwie do naśladownictwa. Nie można jednak temu księdzu odmówić zapału, dyscypliny, pracowitości, których – miejmy nadzieję – nie szczędzi także dla pracy parafialnej i społecznej (Bieg Świętego Maksymiliana). A że tak jest, to wystarczy poczytać opinie parafian, którzy swego proboszcza dobrze znają.

A co do zgorszenia, jeśli mówimy już o księżowskim ciele, to chyba bardziej gorszą duchowni fizycznie zaniedbani, którym zamiast piwa, pizzy i telewizora przydałby się niejeden trening, bieg albo basen (wszak „w zdrowym ciele zdrowy duch”, a pewno i dusza czuje się lepiej). Ksiądz kulturysta jest jeden, a tych fizycznie zaniedbanych są tysiące. Często – niestety – idzie to w parze z zaniedbaniem intelektualnym. To o nich pisał Herbert: „na ambonie mówi tłusty pasterz”, a mówią czasami naprawdę ku zgorszeniu wiernych. I nikt niestety do takich wielebności nie biegnie z kanonicznym napomnieniem. Jak się okazuje, jedne, nie do końca zakryte pośladki wciąż gorszą więcej niż nieuctwo czy głupota.