Rzadko się zdarza, bym miał poczucie, iż mam cokolwiek nowego do powiedzenia, a wstydzę się powtarzać rzeczy zbyt dobrze znane – pisał Leszek Kołakowski w liście do Jerzego Giedroycia w 1975 roku.

Otrzymałem właśnie zaproszenie do uczestnictwa w Rencontres Internationales w Genewie, przy czym, jak się dowiaduję od kolegi Lipskiego, zawdzięczam Panu tę możliwość, z której oczywiście, chcę skorzystać. Chciałbym najserdeczniej podziękować Panu za pamięć i starania, dzięki którym będę miał sposobność brać udział w tej imprezie, która, o ile wiem, należy do ciekawszych spotkań międzynarodowych. Proszę więc przyjąć wyrazy wdzięczności i nadzieję, że spotkamy się we wrześniu w Szwajcarii. (4.7.1957)

Od dawna podejrzewałem, że jest Pan w zażyłych stosunkach z nieczystymi siłami, ale Pana list upewnił mnie w przekonaniu, że musi to być sam Belzebub! Na miłość boską, jak Pan to zdziałał? (Myślę, oczywiście, o wiadomości, że – jak Pan pisze – jest załatwione stypendium dla mojej żony). Nie muszę mówić, jak ważna to dla mnie sprawa i jak niezmiernie jestem Panu wdzięczny.

Spodziewam się, że niebawem będę miał sposobność wyrazić Panu swoją wdzięczność bezpośrednio, ponieważ wybieram się do Francji w końcu kwietnia na zaproszenie École Pratique des Hautes Études. Jeśli dostanę wizę francuską na czas, będę w Paryżu 28 kwietnia. Mam nadzieję, że będę mógł zobaczyć Pana, a także p[ana] Jeleńskiego. (Przyjadę na 6–7 dni). […] Dziękuję najserdeczniej za numer „Kultury”, który właśnie od deski do deski przeczytałem, oraz za książkę Hłaski i antologię Winczakiewicza.

Przyznaję, że kiedy zobaczyłem Hłaskę, przebiegła mnie lekka zgroza. W istocie, przeczytałem artykuł w „Trybunie” w tej sprawie, gdzie napisane jest zachęcająco, że Hłasko „sprzedaje się międzynarodowym 20 handlarzom bronią przeciw komunizmowi”. Wszystko napisane takim stylem, żeby go gwałtem zmusić do niewracania do Polski; mimo to, sądzę, że nie miałoby to żadnego sensu. Ten typ pisarstwa, jaki on uprawia – a wątpię, czy mógłby uprawiać inny – z trudnością daje się pomyśleć w oderwaniu od Polski. (Jest rzeczą zabawną, że anonimowy autor artykułu w „Trybunie” powołuje się na autorytet Sandauera, jeśli chodzi o ocenę Hłaski. Sandauer w istocie nienawidzi co prawda stalinistów i socrealistów, ale tak samo nienawidzi tzw. wściekłych, a sławiąc literaturę – urojoną i nieistniejącą – zgodną z jego estetyką, często spotyka się w ocenach z tymi pierwszymi, chociaż oczywiście, wychodząc z całkiem innych założeń). W każdym razie wygląda na to, że rzecz przybrała obrót groźny i że Hłasko zrobiłby mnóstwo przyjemności redaktorom „Trybuny” i ich krewnym, gdyby nie wracał do Polski. (11.4.1958)

W Polsce smutno, w Holandii głupio. Autorzy, których studiuję, pocieszali się przynajmniej, że sprawiedliwość boska wszystko wyrówna, co jest wszakże nad wyraz wątpliwe. (20.5.1958)

Doszła do mnie (godna zaufania) ciekawa wiadomość z niedawnej przeszłości. W czasie strajku w Szczecinie duża część Biura Politycznego – moczarowcy z Kępą na czele byli przeciwni temu, by Gierek jechał na rozmowy z robotnikami i żądali zmasowanej akcji wojskowej, tj. wielkiej masakry. Ostatecznie Gierek sam zdecydował pojechać, bez głosowania, które mogło wypaść po stronie tamtych. (9.5.1971)

Widziałem się właśnie z kimś nieźle zorientowanym z Polski. Wygląda na to, że gwiazda Moczara istotnie przygasa (mimo niedawnej wizyty w Olsztynie), że nieszczęsny Cyrankiewicz zdążył już dojść doskonale do porozumienia z Gierkiem i że istotnie chcieliby razem wykończyć stopniowo Moczarowską frakcję (m.in. Kępę), co bynajmniej nie jest łatwe. Zaczęła się stopniowa czystka w bezpieczeństwie. Jest oczywista i znacząca poprawa w sprawach paszportowych, nie wiadomo na jak długo.

Również poprawa dość znaczna w życiu teatralnym. Trójka kierująca obecnie Komitetem Planowania jest dość dobra (Pajestka, Olszewski, Secomski ), ale fakt, że taki kretyn jak Szydlak jest sekretarzem KC do spraw ekonomicznych jest równie znaczący (okazało się, że tym, który nie dopuścił Kuzińskiego na stanowisko przewodniczącego Komisji Planowania nie był Moczar, ale Rumiński i że zrobił to na komisji sejmowej, mówiąc, co jest świętą prawdą, że Kuzińskiego rzadko można spotkać trzeźwego i że jest to człowiek nieodpowiedzialny; znam go zresztą dobrze, to też jeden z moich byłych kolegów; człowiek nieprzeciętnej inteligencji, lecz pijak i dziwkarz; w 1957 roku poszedł na służbę z pełną odpowiedzialnością, że się kurwi). (29.5.1971)

Leszek Kołakowski, Jerzy Giedroyc, „Listy 1957-2000”

Leszek Kołakowski, Jerzy Giedroyc, „Listy 1957-2000”, Wydawnictwo „Więź”, Warszawa 2016

Z Polski napłynęło do mnie dużo reakcji na mój artykuł, przeważnie (lecz nie wyłącznie) negatywnych – mianowicie na sam fakt publikacji w „Kulturze”, nie na treść. Zresztą, oczywiście, jak przewidywałem, pospolita jest reakcja typu „dobrze mu gadać, kiedy siedzi bezpiecznie w Oxfordzie”. Jest to, oczywiście, nonsens, bo wynikałoby stąd, że ci, którzy mogą korzystać ze swobody słowa, nie powinni z niej korzystać wobec samego faktu, że mogą właśnie, tj. że się nie narażają na więzienie, pisząc. (22.7.1971)

Po prostu nacjonalizm Polski po 1918 r., a tym bardziej po 1920, utożsamiał komunizm z Rosją, a partia, która bądź walczyła o „Polską Republikę Rad”, bądź chciała okroić Polskę z połowy terytorium, nie mogła liczyć na istotne poparcie w ówczesnej atmosferze; Żydzi po prostu, z oczywistych historycznych powodów, znacznie łatwiej przezwyciężali wszystkie narodowe i nacjonalistyczne opory w stosunku do komunizmu i KPP, bo zwyczajnie ich świadomość narodowa jako Polaków była nieporównywalnie słabsza, oprócz garstki zasymilowanej inteligencji.

Nie wydaje mi się, żeby można o tym nie wspomnieć, skoro już się wylicza różne przyczyny względnie znacznego udziału Żydów w KPP (40 proc., wedle tego, co słyszałem, a ok. 80 proc. w KZM – zresztą ta proporcja, jeśli prawdziwa, też jest charakterystyczna; ale wątpię, żeby można było to sprawdzić).

W samej partii pewien utajony antysemityzm był widoczny od początku, nie z uwagi na obecność Żydów w bezpiece, ale raczej z uwagi na ich dominację w aparacie propagandowym, szkoleniowym, edukacyjnym (w partii). Miałem do czynienia z tymi sprawami nieustannie, od 1945 roku i pamiętam owych chłopaczków prosto spod wierzby mazowieckiej, werbowanych do partii, słabo rozgarniętych, a pouczanych bez przerwy przez rabinów od ideologii, w autorytatywny sposób, że patriotyzm polski polega na tym, żeby kochać Związek Sowiecki.

Była tam głucha niechęć do tych wychowawców, którzy górowali niesłychanie nad swoimi słuchaczami swoją znajomością marksizmu i wszelkich teoretycznych dogmatów. Niechęć ta była, oczywiście, tłumiona i nie do wyrażenia w latach stalinowskich, kiedy tępiliśmy bardzo ostro wszelkie objawy antysemityzmu (zresztą i syjonizmu, co było pewnym problemem w czasie walki w Palestynie i emigracji żydowskiej pierwszych lat powojennych; sam pamiętam, jak wygłaszałem jakiś referat atakujący syjonizm w 1946 roku, a potem akademicka komórka PPR w Łodzi zajmowała się długo tą sprawą i dyskutowała zażarcie, dopóki komitet miejski nie kazał nam zaprzestać dyskusji na te tematy; pamiętam także jak opracowywałem – wspólnie z dwoma czy trzema kolegami żydowskiej proweniencji – memoriał dla Komitetu Łódzkiego dotyczący infiltracji syjonizmu w środowisku PPR‑owskim w Łodzi – zresztą nie miało to żadnego podobieństwa do walki ze „syjonizmem” w 1968 roku, zarówno dlatego, że byli wtedy prawdziwi syjoniści, jak i dlatego, że nikt z nas istotnie nie miał w sobie ani cienia antysemityzmu; były to raczej brednie, ale z czysto „klasowego” i doktrynalnego punktu widzenia robione; skądinąd byliśmy bardzo wrażliwi na sprawę antysemityzmu – ja sam miałem w tej sprawie punkt widzenia absolutnie rygorystyczny i również w partii nie zgadzałem się z żadnymi, już wówczas istniejącymi próbami „niewysuwania Żydów na eksponowane stanowiska” etc.).

Nie mam odwagi do pisania żadnych apelów

Zresztą w partii polskiej nie przejmowano raczej antysemickich historii z ostatnich lat stalinowskich – ta strona procesu lekarzy, procesu Slanskiego i „walki z kosmopolityzmem” była zupełnie usunięta.

Mówili mi ludzie, którzy mieli z tą sprawą wprost do czynienia, że są poszlaki wskazujące na udział prowokacji NKWD w pogromie kieleckim. Wątpię, czy można to teraz sprawdzić, ale notuję. (12.1.1972)

Nic nie mogłem w Genewie zrobić, nawet napisać tych paru słów wstępu do Sołżenicyna i Sacharowa1, o które Pan prosił. W tej chwili pisanie w ogóle przychodzi mi z najwyższym trudem, po części wskutek różnych kłopotów. Nie wiem, czy nie za późno przesyłam tych parę słów, które w końcu nagryzmoliłem. […]

Irena Krońska wczoraj przeszła drugą operację. Nie umiem powiedzieć, w jakim jest stanie w tej chwili. Jej stan zdrowia jest zły, a plany na przyszłość – nieokreślone. (19.3.1973)

Co zaś się tyczy Deklaracji Praw Człowieka, to zdanie moje jest takie. Jest to tekst doskonały, klarowny, jednoznaczny i sam za siebie całkowicie mówiący. Doprawdy, nie wydaje mi się potrzebne dołączanie do niego jakiejkolwiek przedmowy, tylko w celu powtórzenia, że postulaty tej deklaracji nie są realizowane w państwach komunistycznych. Naprawdę uważam, że komentarz do tego tekstu jest zbyteczny. Wystarczy dodać jedno zdanie wyjaśniające, gdzie, kiedy i przez kogo został on uchwalony i podpisany. (25.10.1973)

Dowcip ostatnio zasłyszany (może zresztą jest stary, tylko ja go nie znałem): „Jaka jest różnica między syjonizmem a socjalizmem? To prawie to samo, bo jeden i drugi wymyślili Żydzi, z tym tylko, że syjonizm dla siebie, a socjalizm dla gojów”. (16.1.1974)

Wczoraj wysłałem do Pana list, a wieczorem przyszła z Warszawy depesza o śmierci Ireny Krońskiej. Czy nie sądzi Pan, że należałoby jej poświęcić kilka słów w „Kulturze”!? Czesław znał ją bardzo blisko w dawnych latach (w czasie wojny, może i przedtem)1, ja zaś byłem z nią w bliskim kontakcie przez cały okres od 1950 r. Jeśli uważa Pan w ogóle za wskazane, by coś napisać, może Pan najpierw zapyta Czesława (który zresztą do Ireny często pisywał, gdy była w Anglii). (17.1.1974)

Nadal chodzę z trudem i niewiele, ale troszeczkę mój stan się poprawił. Oprócz drobnych artykułów i recenzji, które mam do napisania, muszę przed wakacjami przygotować niewielką książkę o Husserlu, opartą na wykładach, jakie miałem w Yale w lutym. Więcej przed wakacjami nie zrobię, będę bardzo zadowolony, jeśli uda mi się tę rzecz przygotować. (7.6.1974)

Nikogo z Polski w ostatnich tygodniach nie widziałem i nie wiem, czy są jakieś godne uwagi wydarzenia. Mam nadzieję, że jednak nie dojdzie do żadnych dramatycznych wybuchów, a rządzący na pewno jeszcze nie zapomnieli na tyle, aby nie zrobić wszystkiego, co w ich mocy dla uniknięcia nowego grudnia. (11.4.1975)

(…) muszę powiedzieć jeszcze raz: nie mam odwagi do pisania żadnych apelów. Takie rzeczy mogą być pisane przez jakieś partie polityczne czy ośrodki, ale nie przez prywatne osoby. Myślałem ostatnio – ale nie mam żadnej pewności w tej sprawie – że, być może, PPS powinna w jakiś sposób spróbować organizować się w Polsce (nie tylko w oparciu o starych działaczy, którzy, jeśli żyją, są w części za starzy, w części zbyt pod okiem władz, a w części doszczętnie zdeprawowani, ale raczej sięgając do młodzieży). Wiem, oczywiście, mgliście, o ich emigracyjnych rozłamach i myślałem, raczej o tej PPS, która odeszła od wszelkich „legalistycznych” fantazji. Czy to realne? Nie wiem. Ale jest to partia, która może pretendować do tego, że reprezentuje pewną ciągłość tradycji politycznej i, być może, mogłaby się odrodzić w oparciu o krajowe siły. Dla ludzi pojedynczych jest to prawie niemożliwość – realizować tak potrzebną ideę fuzji inteligencji z klasą robotniczą; pewien zbiorowy autorytet jest tu konieczny.

Co do Bromkego: być może, nie doceniam niebezpieczeń- stwa neoendecji, chociaż zgadzam się, że widać objawy pewnego renesansu tej formacji. (1.5.1975)

Co do Pana idei sformułowania zwięzłego głównych postulatów „minimalnych” (tak to rozumiem, tj. postulatów, które można w obecnych warunkach wysuwać) to zgadzam się, że taka lista jest potrzebna. Wprawdzie jest już w tej chwili znaczna ilość dokumentów programowych (włączając ów wielki program porozumienia niepodległościowego czy jak to się nazywa), ale zapewne potrzebna jest taka lista, bez obszernych uzasadnień, sloganowa raczej. Nie mam wyraźnego pomysłu co do tego, w jakiej formie należałoby ją napisać. Pomówię o tym z Brusem i Michnikiem, który, zdaje się, zjawi się tutaj lada dzień. (7.11.1976)

Doszedłem do wniosku – być może poniewczasie, że mojej „autobiografii” drukować nie warto i nie należy. Jeśli Pan ją dał do listopadowego numeru, to trudno, ale jeśli nie – prosiłbym o wycofanie. Po prostu to chyba nie jest tekst do druku. Przepraszam. (1.11.1977)

Kiedy po powrocie z Ameryki zastałem Pana list, zrobiło mi się przykro, gdyż sugeruje Pan, że uchylam się lub odmawiam pisania do „Kultury”. Nie jest tak jednak. Pisuję nieczęsto, to prawda, lecz główny powód tego jest taki, że w sprawach, które koncentrują uwagę pisma, tj. polskich, rzadko się zdarza, bym miał poczucie, iż mam cokolwiek nowego albo interesującego do powiedzenia, a wstydzę się powtarzać rzeczy zbyt dobrze znane i wielekroć napisane. (24.9.1978)

Z opóźnieniem – przepraszam – dowiedziałem się, że jakąś okrągłą rocznicę Pana świętowano niedawno. Chcę po prostu przyłączyć się do wszystkich, którzy z całego serca życzą Panu wszelkiej pomyślności i jak najdłuższych lat pracy, tak nadzwyczajnej i nieporównywalnej w wynikach, dla naszej sprawy. I chociaż przyznaję, że niektóre teksty w ostatnich paru latach ogłaszane w „Kulturze” dość mnie gniewały, wiem przecież, czym to pismo było i jest dla nas wszystkich. (10.8.1991)

Fragmenty zbioru: Leszek Kołakowski, Jerzy Giedroyc, „Listy 1957-2000”, Wydawnictwo „Więź”, Warszawa 2016.