Czy Indeks ksiąg zakazanych chcielibyśmy wymazać z historii Kościoła dlatego, że znalazły się na nim takie, a nie inne tytuły, czy też dlatego, że samą ideę Indeksu uważamy za błędną?

14 czerwca tego roku to okrągła rocznica, której warto chyba poświęcić trochę uwagi. Otóż dokładnie pięćdziesiąt lat temu w Kościele katolickim ogłoszono oficjalnie zniesienie Indeksu ksiąg zakazanych. Mówiąc dokładniej, spisu nie zlikwidowano; Kongregacja Nauki Wiary stwierdziła jedynie, że przestaje on mieć funkcję dyscyplinarno-karną, natomiast będzie odtąd uprzedzał lud Boży, że od czytania danej książki wiara człowieka może doznać uszczerbku. Niemniej edycja Indeksu z roku 1948 pozostała (jak dotąd) ostatnią. Dziś zdarzają się już tylko negatywne rekomendacje dla wybranych lektur ze strony poszczególnych biskupów lub episkopatów krajowych, zresztą nieczęste.

Zawsze wyobrażałem sobie, że urzędy watykańskie są aż przerażające w swej biurokratycznej skrupulatności. Tymczasem owa ostatnia, powojenna edycja Indeksu robi wrażenie, jakby polecono sporządzenie jej, bez przekonania, jakiemuś odesłanemu na boczny tor kurialiście. „Ksiądz tam przejrzy ten spis, coś z ostatnich lat dopisze, coś wykreśli; i tak nikt się już do tego nie stosuje, ale ostatnio co dekadę publikowaliśmy aktualizację, więc przyszła pora”. Większość tytułów i nazwisk nic już współczesnemu czytelnikowi nie mówi, w każdym razie w Polsce. Dominują nie dość prawowierne łacińskie traktaty sprzed 1800 roku. Poza tym gołym okiem widać, jak w przekroju geologicznym, warstwy powstałe w okresach wzmożonych konfliktów religijnych, pomiędzy którymi następowały lata zastoju, gdy nikomu się nie chciało wszczynać procedury wpisania tej czy tamtej książki na listę.

Indeks ksiąg zakazanych zniknął z praktyki duszpasterskiej jak mgła

Jest spory blok tekstów z czasów reformacji, widać wzmożenie antyoświeceniowe, antypozytywistyczne, antymodernistyczne. Uderza skupienie na literaturze włoskiej, francuskiej i hiszpańskiej, w mniejszym stopniu – niemieckiej i angielskiej. Zresztą Indeks, jakby nagroda Nobla na wspak, dobrze pokazuje, że idea uważnego śledzenia wszystkich publikacji na świecie nie jest skrojona na miarę ludzi, nawet zrzeszonych w potężnej instytucji. Dobrze to widać na przykładzie poloników, których – jeśli nie przeoczyłem czegoś na liście, obejmującej setki tytułów – jest siedem. Za grzech uznano mianowicie czytanie dwóch utworów Andrzeja Towiańskiego („Biesiady z generałem Skrzyneckim” oraz „Listu do rodaków”), dwóch tekstów Adama Mickiewicza, prawdopodobnie artykułów z prasy francuskiej o stosunku Kościoła do mesjanizmu, oraz trzech dzieł już dawno u nas zapomnianych: „Historia reformationis polonicae” arianina Stanisława Lubienieckiego z 1687 roku, „O Jezusie Chrystusie Odkupicielu tudzież o pierwotnych chrześcijanach i ich domach modlitwy” z 1857 zafascynowanego prawosławiem unity Jana Pocieja oraz z 1858 „Historia prawodastw słowiańskich” wybitnego historyka, Wacława Maciejowskiego. Niezręcznie mi wchodzić w skórę cenzora, ale choćby tylko z XIX wieku mógłbym wskazać parę tytułów, które by tu pasowały co najmniej równie dobrze, by wspomnieć tylko o twórczości genezyjskiej Słowackiego, czy o niemieckojęzycznych poematach prozą Przybyszewskiego. Widocznie jednak na uwagę Watykanu trzeba było umieć zasłużyć.

W rezultacie lista ksiąg zakazanych, którą wyobrażałem sobie jako okropnie wstydliwy przejaw naszego obskurantyzmu, w tej swojej ostatniej wersji zwraca uwagę głównie bałaganem. Jest tu „Mit XX wieku” Rosenberga, ale nie ma „Mein Kampf”. Nie ma – choć podobno był wcześniej – „Manifestu komunistycznego”, ale są dzieła wszystkie anarchisty Prudhona. Autorzy Indeksu oczekują, że katolicy będą się spowiadać z grzechu czytania „Krytyki czystego rozumu” Kanta i „Ewolucji twórczej” Bergsona, ale nie wciągnęli na listę Fryderyka Nietzschego.

Spis powieści, z którymi zapoznawać się nie wolno, budzi uśmiech pełen zażenowania. Otóż łacińska formuła Omnes fabulae amatoriae, która oznaczała chyba wszystkie powieści danego autora, znajduje się m.in. przy następujących nazwiskach: Balzac, d’Annunzio, Aleksander Dumas (ojciec i syn), Stendhal, Eugeniusz Sue (kto pamięta „Tajemnice Paryża”, bestseller sprzed 170 lat?) i Emil Zola. Inni powieściopisarze traktowani są wybiórczo: szkodę na duszy można ponieść, sięgając po „Nędzników” i „Katedrę Marii Panny w Paryżu” Victora Hugo, ale nie na przykład po „Pracowników morza”; podobnie grzeszna okazuje się lektura „Pani Bovary” i „Salammbô” Flauberta – ale nie, co już zupełnie humorystyczne, „Kuszenia św. Antoniego tegoż autora. W całkowite osłupienie wprawiła mnie obecność na liście ksiąg zakazanych dzieł wszystkich Maurycego Maeterlincka oraz esejów Michela Montaigne’a, a nieobecność powieści markiza de Sade.

Po co o tym pisać? To na szczęście przeszłość. Kościół późno bo późno, ale przyjął do wiadomości, że zakazy druku, rozpowszechniania, posiadania i czytania pewnych książek są nieskuteczne, a po doświadczeniach XX wieku okrywają hańbą stronę, która tych zakazów się domaga. A jednak są trzy powody, dla których będę jeszcze przez chwilę trzymał się swojego tematu.

Pierwszy powód: pokuta. Indeks ksiąg zakazanych zniknął z praktyki duszpasterskiej jak mgła. Wypominają go Kościołowi jego przeciwnicy, my natomiast wzruszamy ramionami: tak, było coś takiego, ale to już dawno, dawniej, niż wynikałoby z pięćdziesiątej rocznicy jego zniesienia, bo przecież co najmniej od końca XIX wieku Indeks nie miał już w większości krajów prawnej mocy, a i w sumieniu chyba nie obowiązywał (trudno mi wyobrazić sobie katolika, który w przededniu II wojny światowej spowiadał się, że przeczytał „Życie pszczół” Maeterlincka).

Książki nie są niewinne

Jako historyk literatury byłem ciekaw tego spisu i do niedawna nie umiałem go znaleźć; zresztą zważywszy nierzetelność wielu publikacji internetowych także stronie, z której w tej chwili korzystam, przydaję więcej wiarygodności, niż doradza rozsądek. Tymczasem zarówno w stosunku do historii mojego narodu, jak w stosunku do historii mojej wspólnoty religijnej, przemilczanie kompromitujących faktów z przeszłości wydaje mi się wyjściem niegodnym. Owszem, nasz Kościół, w imię źle pojętej gorliwości, przez stulecia wybierał obskurantyzm jako mniejsze zło. A warunkiem odpuszczenia grzechów jest ich jasne nazwanie.

Powód drugi: efektem tego naszego zbiorowego milczenia jest tląca się gdzieniegdzie myśl, że może Indeks ksiąg zakazanych nie był wcale takim złym rozwiązaniem. Czasopismo „Fronda”, z właściwą sobie dezynwolturą, prowadziło nawet jakiś czas temu rubrykę pod tytułem „Index Librorum Prohibitorum”, w której piętnowało książki, uważane w tym kręgu za niestosowne, niebezpieczne (choć – dodajmy koniecznie – radziło, by ich nie czytać, a nie, by je palić). Ale marzenie o cenzurze nie jest obce wielu politykom, skądinąd nie tylko w Polsce. Choć w dającym się przewidzieć czasie decydujące będzie chyba, czy wolność wypowiedzi zostanie utrzymana w internecie, nie zaś, czy da się ogłosić taki czy inny tekst na papierze.

Powód trzeci jest najważniejszy i proszę zapiąć pasy, bo szykuję się do myślowego salto mortale. Otóż gorszenie się faktem, że ktoś zakazywał czytania „Czerwonego i czarnego” Stendhala, „Bajek” La Fontaine’a lub „Kubusia fatalisty i jego pana” Diderota, to – powiedzmy sobie szczerze – rozrywka dosyć tania. A teraz wyobraźmy sobie inną treść Indeksu ksiąg zakazanych. Niech będzie tam „Mein Kampf” i antysemickie publikacje Leszka Bubla, w rodzaju broszury „Poznaj Żyda”. Wyobraźmy sobie, że nasze dziecko, powiedzmy, czternastoletnie wyciąga rękę, gdy na stole leży „120 dni Sodomy” markiza de Sade. I teraz spróbujmy powtórzyć głośno: „Książek nie należy zakazywać; idea, że od czytania można ponieść szkodę na duszy, jest nonsensowna”. Czy te zdania przejdą nam przez gardło, a głos nie zadrży?

Innymi słowy problem rysuje się następująco: czy Indeks ksiąg zakazanych chcielibyśmy wymazać z historii Kościoła dlatego, że znalazły się na nim takie, a nie inne tytuły, czy też dlatego, że samą ideę Indeksu uważamy za błędną? Obawiam się, że te dwie motywacje nam się mieszają. Tymczasem dla higieny myślowej należy je wyraźnie rozdzielić. Co do mnie, kompromitujący charakter Indeksu mam raczej za przejaw innej choroby, a mianowicie postawy lękowej, z jaką nasza wspólnota podchodziła do modernizującej się kultury europejskiej. W skryty sposób oddziaływał na nas grzech lenistwa, gdyż łatwiej czegoś zakazać, niż zastanowić się, co zrobić z krytyką, nowym prądem myślowym czy szokującą i może nawet nie dającą się zaakceptować koncepcją społeczną.

Naturalnie nie chcę powiedzieć, że i we mnie wezbrało marzenie o cenzurze, tyle że światłej (cokolwiek to znaczy). Nie traciłbym jednak z oczu faktu, że cena wolności wypowiedzi bywa zawrotnie wysoka, a ponadto, że nie wszystko jest dla wszystkich. W gruncie rzeczy nawet najbardziej liberalni pośród nas podskórnie to czują, nie godząc się, by „Historię oka” Bataille’a publikować w szacie graficznej, sugerującej, że to trzeci tom „Kubusia Puchatka”, i akceptując prawny zakaz szerzenia zbrodniczych ideologii.

Tak, chciałbym móc przeczytać „Moją walkę” Hitlera, bo wydaje mi się, że lepiej zrozumiałbym wówczas krwiożercze szaleństwo, jakie prawie już sto lat temu ogarnęło Niemców – ale wizja, że mógłby to być bestseller w księgarniach Białegostoku – z całą życzliwością dla przyzwoitych mieszkańców tego miłego miasta – jeży mi przecież włos na głowie. Książki nie są niewinne, choć odpowiedzią na ten fakt powinno być odpowiedzialne wychowanie i samowychowanie, nie zaś biurokratyczny zakaz z jednej ani kulturowy leseferyzm z drugiej strony.

Kiedy jako osiemnastolatek pojechałem na obóz dla ministrantów, wziąłem ze sobą przekornie pamiętnik Sartre’a „Słowa”. Nad tą lekturą zastał mnie pewnego dnia towarzyszący nam kleryk. Zapytał, co czytam, a potem uśmiechnął się i powiedział: „To pomódl się za autora (ów trzy miesiące wcześniej zmarł), bo sporo w życiu nagrzeszył”.

W tym przypadku to było tyle, ile trzeba. Czasem wystarczy jeszcze mniej. Niekiedy warto dorzucić coś jeszcze. Natomiast tworzenie indeksów ksiąg zakazanych – to przekroczenie miary.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 2/2016.