Przesłanie „Człowieka z magicznym pudełkiem” Bodo Koxa można by sprowadzić do pozornie banalnego spostrzeżenia, że w zmierzającym do zagłady świecie liczy się tylko miłość.

Gdy kilka lat temu Bodo Kox zadebiutował pełnometrażową „Dziewczyną z szafy”, wiadomo było, że w polskim kinie pojawiła się oryginalna osobowość. Reżyser, święcący wcześniej triumfy jako artysta offowy, udowodnił, że większy budżet i profesjonalizacja produkcji nie pozbawiły go wcale osobistego rysu, stworzyły jedynie większe pole dla jego wyobraźni. Potwierdzeniem tego jest „Człowiek z magicznym pudełkiem” – kolejny projekt w filmografii twórcy „Nie panikuj”.

Akcja filmu rozgrywa się w Warszawie roku 2030. Dotknięty zanikiem pamięci Adam zaczyna pracę jako sprzątacz w potężnej korporacji. Poznaje w niej atrakcyjną Gorię, z którą nawiązuje romans. Jednocześnie chłopak dokonuje niezwykłego odkrycia. W swoim nowym mieszkaniu znajduje stare radio, które emituje fale umożliwiające teleportację w czasie.

Właściwie na poziomie fabularnym „Człowiek z magicznym pudełkiem” nie jest niczym odkrywczym. To ekscentryczne science fiction utkane z zapożyczeń. Odnajdziemy w nim estetyczne odwołania do „Seksmisji” Juliusza Machulskiego, „Equilibrium” Kurta Wimmera i dzieł Piotra Szulkina. Koxa, jak sam od dłuższego czasu powtarza, nie interesuje jednak robienie kina polskiego. Dlatego tak wyraźnie inspiruje się zachodnimi mistrzami gatunku. Wątek romansowy odsyła do „Kodeksu 46” Michaela Winterbottoma. Kilka ujęć przypomina takie filmy jak „Ludzkie dzieci” Alfonso Cuaróna czy „Raport mniejszości” Stevena Spielberga. Jedna scena to dokładny cytat z finału „Fight Clubu” Davida Finchera.

„Człowiek z magicznym pudełkiem” zbudowany jest na specyficznym klimacie

Największą siłą filmu Koxa jest podejście do tematu wykreowania futurystycznego świata. Reżyser doskonale wie, że w polskich warunkach produkcyjnych niemożliwe pozostaje nakręcenie obrazu, który rozmachem dorównywałby produkcjom hollywoodzkim. „Człowiek z magicznym pudełkiem” zbudowany jest zatem nie tyle na widowiskowej realizacji, co na specyficznym klimacie. Zamiast komputerowych efektów oglądamy jaskrawe kostiumy, łysiejącego androida oraz miasto pełne śmieci i spowite dymem. Wszystko to zostaje okraszone odwołaniem do rodzimej kultury popularnej – tłem opowieści nie staje się żaden z amerykańskich przebojów, ale dobrze znany hit Maanamu i szlagier „Pierwszy siwy włos” z repertuaru Marty Mirskiej.

Zaserwowana wizja przyszłości sprawia wrażenie gruntownie przemyślanej. Kox ma świadomość tego, że opowiada o niezbyt odległej przyszłości. Jego Warszawa AD 2030 na pierwszy rzut oka nie różni się znacząco od stolicy, którą znamy z rzeczywistości. Obok przygnębiająco pochmurnej aury zauważamy jednak jej niepokojące elementy: internet stał się narzędziem jeszcze większej inwigilacji, korporacje wydają się jeszcze bardziej wpływowe, na ulicach panoszy się wojsko, zaś krajem rządzi władza, odwołująca się do idei narodowego dobrobytu. Dodatkowo całość zostaje wzbogacona o dosyć czytelne aktualne aluzje polityczne i stwierdzenie, że historia, którą oglądamy „już się kiedyś w kraju zdarzyła”. Najnowszy film Koxa, pod atrakcyjną i oryginalną formą, skrywa bowiem jednoznaczną krytykę utylitaryzmu i totalitaryzmu, którym – jak zdaje się wierzyć twórca „Marco P. i złodziei rowerów” – wciąż bliżej do przyszłości, a nie przeszłości.

Reżyser celnie punktuje fakt, że w takiej rzeczywistości najbardziej cierpią relacje międzyludzkie. Bohaterowie „Człowieka z magicznym pudełkiem” to postacie typowe dla kina Koxa – protagonistami opowieści stają się odmieńcy i samotnicy, ludzie, którzy z jednej strony nie potrafią odnaleźć się w bezdusznym świecie (Adam), z drugiej zaś swoją niedojrzałość skrywają pod płaszczem oschłości i wyrachowania (Goria). Mimo wszystko jako widzowie kibicujemy ich staraniom, aby ekranowej rzeczywistości nadać sens, by zapewnienia o tym, że „lepsze jutro było wczoraj” nie pozostały puentą ekranowej historii.

Niezależny rodowód Koxa staje się jednocześnie zaletą i wadą jego najnowszego dzieła. Subiektywny świat przedstawiony „Człowieka z magicznym pudełkiem” zdumiewa pomysłowością i wrażliwością twórcy. Z drugiej strony jest jednak mocno hermetyczny, w wielości metafor gubi się zaś klarowność scenariusza – fabuła momentami sprawia wrażenie zaledwie naszkicowanej, urywanej lub niezbyt zręcznie dopowiedzianej.

Na osobną wzmiankę zasługują aktorzy „Człowieka z magicznym pudełkiem”. Kojarzony głównie z teatrem Piotr Polak w roli Adama to najciekawsze filmowe objawienie ostatniego czasu. Partnerująca mu Olga Bołądź jest nie tylko zjawiskowo piękna (to zresztą komplement, który pojawia się w filmie), ale także intrygująca. Świetny pierwszy plan zostaje jednak momentami przyćmiony przez kreacje na pierwszy rzut oka zupełnie niepozorne: wyśmienicie wypadają Helena Norowicz w roli ekscentrycznej staruszki z mechanicznym psim odkurzaczem i Sebastian Stankiewicz jako niezbyt inteligentny i w gruncie rzeczy przepełniony smutkiem android.

W ponurej wizji Bodo Koxa uczucie pomiędzy parą głównych bohaterów ciekawie ewoluuje wraz z rozwojem filmowych zdarzeń – przelotne zbliżenia zmierzają w kierunku wyznania: „chyba cię kocham” i gotowości poświęcenia za partnera. Przesłanie „Człowieka z magicznym pudełkiem” można by zresztą streścić krótkim zdaniem: w tym szalonym, zmierzającym do zagłady świecie liczy się jedynie miłość. Brzmi jak banał? Mam wrażenie, że za 13 lat przyznamy reżyserowi rację.