Akcja #jateż zmusiła nas – kobiety i mężczyzn – do zastanowienia się, czy odpowiada nam świat pełen przedzałożeń dotyczących tego, jak kobiety lubią być traktowane.

Internet kocha akcje viralowe, co świetnie pokazało światowe szaleństwo na punkcie Ice Bucket Challenge, gdy media społecznościowe były – nomen omen – zalewane przez filmiki, na których śmiałkowie wylewają sobie na głowę wiadro z lodowatą wodą, rzekomo w celu zwiększania świadomości społecznej na temat stwardnienia zanikowego bocznego.

Szczytne pobudki przyświecały też akcji, której uczestniczki zamieszczały na swoich profilach na Facebooku enigmatyczne wypowiedzi w stylu „Lubię na stole w kuchni”, będące odpowiedzią na niepostawione wprost pytanie: „Gdzie kładziesz torebkę?” i mające zaintrygować jak największą liczbę odbiorów w celu propagowania profilaktyki raka piersi. I choć skuteczność tego typu kampanii jest sprawa dyskusyjną, niewątpliwie dostarczają uczestnikom mnóstwo radości (sądząc po ich popularności nawet więcej niż zdjęcia z kotkami).

Najnowsze internetowe zjawisko nie ma nic wspólnego z dobrą zabawą

Najnowsze internetowe zjawisko nie ma już nic wspólnego z dobrą zabawą, choć niewątpliwie jest to bardzo dobra robota. Kobiety wrzucają na profile hasztag #metoo (w polskiej wersji #jateż), by pokazać, że zetknęły się z przemocą seksualną. Część z nich ma odwagę i siłę, by opisać okoliczności tych doświadczeń, inne poprzestają na słowach „jateż”.

Pomysł rzuciła Alyssa Milano, amerykańska aktorka i producentka, w nawiązaniu do skandalu seksualnego wywołanego przez Harveya Weinsteina – hollywoodzkiego producenta filmowego, który przez 30 lat bezkarnie molestował początkujące aktorki, wykorzystując pozycję i wpływy. Dopiero w tym roku jego ofiary zdecydowały się przerwać milczenie. A to właśnie milczenie jest głównym towarzyszem osób, które mają za sobą doświadczenie przemocy seksualnej.

Kultura, w której żyjemy, na pewno w niczym nie ułatwia kobiecie, która przeżyła coś takiego. Ofiara przede wszystkim czuje wstyd albo/i poczucie winy, a do tego zazwyczaj spotyka się z insynuacją, że odpowiedzialność leży częściowo po jej stronie – ponieważ jej spódnica była za krótka, dekolt za duży, a zachowanie nieodpowiednie.

Społeczną akceptację dla przerzucania odpowiedzialności na kobiety świetnie ilustruje fragment kultowej książki Michaliny Wisłockiej „Sztuka kochania”, w której autorka – lekarka! – pisze (a jak wieść gminna niesie, czytały ją miliony Polaków): „W dziedzinie seksu postęp i zrównanie praw dziewcząt i chłopców wyprzedziły znacznie wiedzę o niewzruszonych prawach rządzących przemianami fizycznymi i psychicznymi w organizmie młodzieży i pozostawiły dziewczęta w jakimś sensie bezbronne, narażone na agresję seksualną. Chłopców natomiast, poniesionych napięciami seksualnymi, bardzo gwałtownymi w tym wieku, zwykła lekkomyślność dziewcząt [podkr. EB] naraża na kompromitację, kary sądowe i niejednokrotnie wykolejenie się z drogi prawidłowego rozwoju już w latach młodzieńczych”.

Poza wstydem ofiara musi zmierzyć się z próbami bagatelizacji i relatywizacji jej doświadczenia. Klasykiem jest tu niewątpliwie Andrzej Lepper, który kiedyś zadał retoryczne w swym mniemaniu pytanie: „Jak można zgwałcić prostytutkę?”. Do chóru mężczyzn beztrosko lekceważących dramat ofiar ochoczo dołączył nie tak dawno Rafał Ziemkiewicz, gdy bez cienia żenady na Twitterze napisał: „No cóż, kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej, niech rzuci pierwszy kamień…”, komentując głośną sprawę gwałtu dokonanego przez zakonnika z Gdańska na śpiącej, nietrzeźwej młodej kobiecie. W ostatnich tygodniach opinia publiczna miała wątpliwą przyjemność wysłuchania opinii „eksperta” Romana Sklepowicza na temat uczestniczek czarnego protestu. Przykłady można by mnożyć.

Przyznanie się do takiego doświadczenia wymaga odwagi

To oczywiście wypowiedzi publiczne, ale akcja #metoo pokazała, że rubaszne żarciki, obłapianie, wymuszona bliskość czy zawoalowane propozycje seksualne to codzienne doświadczenie wielu kobiet. Poprawie sytuacji na pewno nie sprzyja fakt, że prawo ciągle jeszcze uznaje gwałt albo molestowanie za przestępstwa lżejszego kalibru i nieproporcjonalnie często sądy wydają wyroki w zawieszeniu. Ten fakt, połączony często z wtórną wiktymizacją ofiar (upokarzaniem podczas śledztwa, gdy kobieta musi wielokrotnie, często podczas konfrontacji ze sprawcą, ze szczegółami opowiadać o swoim dramacie), sprawia, że nie mamy w tej chwili w Polsce żadnych rzetelnych statystyk pokazujących skalę problemu przemocy seksualnej. Fundacja na rzecz Równości i Emancypacji podaje, że gwałtu bądź próby gwałtu doświadczyło w Polsce nawet do 20 proc. kobiet. Wedle niektórych badań aż 90 proc. przypadków nie zostaje zgłoszonych!

Dlatego, gdy widzę w mediach społecznościowych wpis z hasztagiem #metoo, przede wszystkim czuję podziw, bo wiem, że przyznanie się do takiego doświadczenia wymaga odwagi. Przełamania społecznego tabu, zerwania ze wstydem, wmówionym poczuciem winy i obawą przed ośmieszeniem. A o tym, że takie obawy są słuszne, niech świadczy fakt, że wielu mężczyzn zareagowało na posty swoich koleżanek z szyderstwem, kpiną lub pobłażliwością. Internet – z nużącą przewidywalnością – zapełnił się samozwańczymi ekspertami od cudzych emocji i doświadczeń.

Na tym tle niezwykle cenne są głosy mężczyzn, którzy przyznali, że dopiero teraz otworzyły im się oczy na ich błędy w relacjach z kobietami, lub którzy zrozumieli, jak wiele kobiet musi na co dzień borykać się z poczuciem zagrożenia czy – w najlepszym razie – uprzedmiotowienia.

Nie mam wątpliwości, że ta akcja zmusiła nas – kobiety i mężczyzn – do zastanowienia się nad tym, jak funkcjonujemy w społeczeństwie, czy odpowiada nam życie w ustalonych często przez kogoś innego granicach, w świecie pełnym redukcjonistycznych przedzałożeń dotyczących tego, jak kobiety lubią być traktowane.