Św. Bernard bardzo chciał być św. Józefem, by móc przytulać i troszczyć się o samego Jezusa. Jeśli chciał tulić Chrystusa, dlaczego nie przytulał dziecka ze wsi spod Clairvaux?

Pewien chasyd żalił się rabinowi, że chciałby chwalić Boga, ale musi pracować, by utrzymać rodziców. Rabin na to: „A skąd ty wiesz, jak On chce, byś ty go chwalił?”. Ludzie nie wiedzą o wspaniałości swej codzienności. Może wszelkie poznanie i studia teologii są tu i teraz? Pięć metrów wokół mnie jest locus theologicus.

Jej wola wolą mą

Życie stałym karmieniem piersią, miesiąc po miesiącu, rok po roku, po pewnym ustabilizowaniu i dojściu do jako takiej regularności, jest życiem w regule – bardzo ścisłej, której nie można bezkarnie naruszać. To trochę jak trzyletni postulat w byciu matką, po którym już nigdy nic nie będzie takie samo.

Jedną z rzeczy trudnych w macierzyństwie jest przywiązanie do miejsca. „Miejscem” tym jest odległość matki karmiącej od dziecka karmionego. Najpierw – co najwyżej odległość paru chwil (sukcesem jest wówczas spokojna kąpiel w wannie bez wyskakiwania na karmienie), następnie godzina, potem może trzy. Planowanie dnia odbywa się w odcinkach mniej więcej trzygodzinnych: praca, zakupy, odwiedziny, gotowanie, oczywiście pomijając przewijanie, przebieranie, noszenie, zabawę i śpiewanie, usypianie etc. Cztery godziny pomiędzy karmieniami to już luksus.

Cokolwiek robię – śpię, jem, pracuję – jestem matką karmiącą

Ale wtedy pojawia się budzik – ciało, poddane dziecku, które wysyła najpierw dyskretne, potem coraz bardziej radykalne sygnały: należy karmić. Na myśl o czekającej Anuli ciało jeszcze bardziej szczegółowo pokazuje, że przecież jest gotowe. Widać powiązanie jej i mnie. Także w pracy, jestem myślą z nią i widać to także w moim ciele, także przez moją bluzkę. Macierzyństwo dotyka myśli i ciała, duszy i ciała. Platońska idea rozdzielania duszy i ciała pomyślana jest bez kobiet i bez macierzyństwa, bez jakże kobiecej tajemnicy Wcielenia.

Cokolwiek robię – śpię, jem, pracuję – jestem matką karmiącą, z naciskiem na karmiącą. Dieta matki karmiącej jest bardzo konkretna. Reguła Anulki nie przewiduje, bym piła moje ulubione mleko – jej mały brzuszek wzdyma się i cierpi, ufne oczy cierpią, bo ma skazę białkową. To pierwszy rok, w którym nie pływam w morzu, nie chodzę do kina, do teatru, nie piję koniaku, nie jadam lodów, kapusty, ogórków, owoców pestkowych, smażonych mięs. Za to: herbatka koperkowa, rumianek, gotowane jarzyny, mięso itd. Wola brzuszka Anulki wolą mą.

Dopada zmęczenie, ręce i piersi odpadają, kręgosłup leci, ale ufna minka i uspokojona buźka, wyciszenie małej istotki, znieruchomiałe rączki, gdy pierś w zasięgu policzka, oczy szukają potwierdzenia, że jestem w zasięgu wzroku, czyli świat jest w porządku. Jak niemowlę u swej matki, jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza (Ps 131). Jestem uczennicą mego dziecka, Panie, z regułą sprzed paru tysięcy lat, z mądrością teologii psalmisty, który uczył się tego od swego dziecka i pewnie od swej żony czy siostry.

Nocne czuwania

Matka karmiąca nie śpi, a jedynie sypia. Dwa, trzy razy w nocy Anula jada. Po prostu przytulamy się do siebie, czasem trzeba ponosić po karmieniu, by się nie ulewało, przewinąć, umyć pupę, czasem przebrać. Jeśli za dnia się pracuje i karmi, a w nocy karmi i śpi – jest to bardzo specyficzny okres. Najtrudniejsze jest może nawet nie permanentne zmęczenie, ale brak czasu na umycie włosów, adorację, słuchanie ptaków. Czas ten praktycznie się kradnie.

Gdy Lula śpi, nie wiem, co robić. Pranie? Kolację? Modlić się? Podlać kwiatki? Czytać zaległą książkę? A może gimnastyka połogowa? Pani Zofia mówi: „Niech pani nie robi nic”. I chyba właśnie tego mi brakuje, by patrzeć na liście, na ikonę, posłuchać ptaków na lipie obok.

Matka karmiąca nie śpi, a jedynie sypia

Wyobrażam sobie regułę jakiegoś klasztoru: trzy nocne adoracje, czuwania. Jakiż to luksus regularności pobudek, adoracji, na której jest możliwość skupienia się, czytelnej jako spotkanie z Bogiem. A tutaj – budzenie czasem co godzina, czasem co cztery. Adoracja w przewijaniu, modlitwa w karmieniu, spotkanie z Bogiem w przytulaniu. Przewijanie, pieluszka, mycie pupy, uspokajanie gestem, głosem po to, by przekazać spokój i bezpieczeństwo.

Michał mówi, że idąc nocami przez nowe osiedla, często widywał koło drugiej, trzeciej rano zapalone światła w domach, zawsze w pionie kuchni. Armia, klasztor, stowarzyszenie? Jakiś czwarty zakon kobiet karmiących. Wspólnota karmienia i czuwania.

Łaska

Regularność naturalnego karmienia odpowiada w cudowny sposób stanowi Luli. Skład pokarmu zmienia się razem z jej potrzebami, z porą dnia, z pogodą, wiekiem Anuli. Gdy jest gorąco, Maleńka je parę razy częściej, a mleko jest bardziej napojem. Gdy jesteśmy chore, zawiera antyciała, etc. Myśl Listu Pawłowego o karmieniu mlekiem Słowa Bożego w pełni może zrozumieć wyłącznie ktoś obeznany z matką karmiącą. Słowo Boże jest bowiem skuteczne jak miecz obosieczny, jak mleko zmieniające się zależnie od potrzeb, od pogody, od zdrowia, od pory dnia.

Karmienie piersią – jak łaska Boska. Wiele matek boi się, że im zabraknie pokarmu, że się skończy, więc na wszelki wypadek zostawiają trochę na później, jak w bajce o obrusie czy stoliczku, gdzie warunkiem pomyślności było zostawienie zawsze czegoś, brak łakomstwa. Tu zupełnie odwrotnie niż u Kubusia Puchatka. Prawdziwa mądrość karmienia polega na tym, by dać buźce ssać, a brzuszkowi napełniać się. Mleka robi się dokładnie tyle, ile dziecko zje, czyli albo coraz mniej, albo zawsze tyle, ile trzeba. Jeśli jest za mało, trzeba karmić częściej, a wówczas przybywa. Trochę jak z łaską Bożą, której zawsze starcza niezależnie od tego, ile by jej brać i ile by się jej domagać.

Ząbkowanie to ścisłe rekolekcje całodobowe

Ząbkowanie to ścisłe rekolekcje całodobowe. Żel przeciwbólowy da się wylizać, więc jak mi mówili w szpitalu na Żelaznej – tam przeciwbólowo działać ma lekarz, a w domu mama. No więc przytulam.

Dziecku trzeba się też dość mocno poddać. Czasem szlag trafia. Posłuszeństwo, nieustanne podporządkowanie komuś drugiemu, kto decyduje, że teraz właśnie, a nie później. Posłuszeństwo temu, że teraz spać, teraz jeść, a teraz kupkę, a teraz się ulało, a wszelkie zniecierpliwienie i pośpiech kończą się tym, że trzeba się zatrzymać i uspokajać przerażonego zamieszaniem malucha. Jeśli się słucha potrzeb Anulki, wszyscy mówią: jaka ona grzeczna i spokojna.

Czy powinnam chcieć, żeby zamiast Luli był Jezus? Św. Bernard z Clairvaux bardzo chciał być św. Józefem, by móc przytulać i troszczyć się o samego Jezusa. A przecież Jezus powiedział, że kto przyjmuje dziecko, Jego przyjmuje; że jeśli wsparliśmy ubogiego lub chorego, to okaże się, że to był On. Jeśli Bernard chciał przytulać Jezusa, dlaczego nie przytulał dziecka ze wsi spod Clairvaux? Czy w takim razie rzeczywiście dostrzegłby w małym Żydzie Syna Bożego? Komu by miał uwierzyć, że to Zbawiciel, skoro nie wierzy samemu Zbawicielowi, iż jest w dziecku spod murów klasztoru? Czy oczekiwałby od boskiego Malucha nadzwyczajności? Czy marudzące Dziecko nie przeszkadzałoby w jego studiach i liturgii?

Jestem matką, czyli Anula od-chodzi

Szok totalny. Nie wiadomo właściwie, dlaczego, bo nic w tym dziwnego, że dzieci w tym wieku zaczynają same chodzić. Właściwie już od jakiegoś czasu oczekiwałam, że zacznie chodzić sama, a nie tylko za rączkę. Właściwie chciałam tego, prawda?

Łaziliśmy po Świętej Lipce, wyszliśmy przed kościół. Lula pochyla się i zrywa z trawnika stokrotkę, potem drugą. Nie bardzo chcę wchodzić za nią na wypielęgnowany trawnik, by nie gorszyć nikogo, i nagle Anulka zamiast się wycofać, puszcza moją rękę i idzie kroczek dalej, przykuca, zrywa stokrotkę. Pochłonięta, nie zauważa, że oderwała pępowinę, i dalej kroczek, i przykuca, i zrywa, i dalej. Zbiera stokrotki z całego trawnika, a ja, zachwycona, oszołomiona, stoję na brzegu trawnika i nie wiem, co robić. Wołać Michała? Przestraszę Lulę. Podejść bliżej, jakby miała upaść, przestraszyć się? Decyduję nie robić nic, nie przeszkadzać.

Nie przeszkadzać. Nadchodzi Michał i już razem nie wiemy, jak świętować, co mówić. Nie mówimy nic. Anulka zbiera stokrotki. Nie ma już nic – kościoła, upału, hałasu jarmarku, tłumu ludzi dookoła – jest tylko to jedno: Luluś zbiera stokrotki. Potem wraca i zauważa, że chodzi sama, i wtedy chwieje się, potyka, ale dochodzi. Jest święto. Luluś dumna ćwiczy łażenie ode mnie do Michała i z powrotem. Wielka radość, chwalenie i wielka duma wszystkich.

A potem nie mogę spać dwie noce wstrząśnięta. Lula chodzi ode mnie – dalej. Dotąd szłyśmy razem, w jednym kierunku, lub w tym kierunku, który wybierała ona albo ja, albo obie razem. Teraz odchodzi. Nigdy nawet kroku nie zrobiła sama. Już nie idziemy w jednym kierunku, Lula pierwszy raz odchodzi. Mam nie przeszkadzać, sama odchodzi gdzieś, a ja chwalę ją i popieram, mam nie przeszkadzać i cieszyć się, że będzie odchodzić coraz dalej, że stanie się samodzielna. Mam się cieszyć z tego, że jest samodzielna i że odchodzi – nie byłaby sobą, gdyby nie odchodziła. Ja bym też nie była sobą, gdyby ona nie odchodziła. Nie przeszkadzać.

Nie mogę spać całą noc, powalona czymś, co jest oczywiste. Płaczę i dobrze, że nikt nie pyta, dlaczego. Cóż mądrego mogłabym powiedzieć – wielka radość, a oczy pełne łez.

Krzątanina wokół córki staje się esencją myślenia, rozmawiania, studiów

Anula ćwiczy co chwila chodzenie, nieśmiało i triumfalnie jednocześnie. Ćwiczy w całym domu. Zdarza się, że któraś z wędrówek jest za długa na jej siły – główka w dół, mina bezradna, woła, bym przyszła. Nie idę, przykucam, otwieram ręce i wołam na powitanie: Lulka? Moja Lulka? A ona odzyskuje siły, uśmiecha się i biegnie, po prostu biegnie do mnie. Przytulam i nagle rozumiem – tak wygląda śmierć: jak już będę tak opadać, trzeba podbiec, a Ty złapiesz.

Na początku była absolutna jedność między mną a Lulą. Tak się wydawało: razem w jednym ciele, potem jedność karmienia: czasu, miejsca, akcji, zdrowia, nastrojów, spania, przytulania, jedność czasami trudna do uniesienia, ale nie do ruszenia. Teraz widzę, jak bardzo – mimo wszelkich moich wysiłków odgadywania, co ona ma na myśli – jak bardzo przecież to był rodzaj jedności zdominowany przeze mnie, to ja odgadywałam jej życzenia, to ja decydowałam, które można zrealizować.

Teraz widać, że Maleńka to druga osoba, inna. Moja córka odchodzi, mam jej nie przeszkadzać i tylko w taki sposób mogę być bliżej niej. Ona ma wzrastać, a ja w jej życiu mam powoli coraz bardziej się umniejszać. Tylko przez to, że będę robiła miejsce dla niej, dla jej osobowości, jej wyobrażeń, jej myśli, jej rodzaju zabaw, jej słów, jej upodobań – tylko tak mogę być obecna przy niej i w niej. Ona ma iść swoją drogą, ja mam stać za nią, być jej wsparciem. Anula odchodzi i tak jest dobrze.

Dom, czyli liturgia

Krzątanina wokół Luli to mnóstwo drobiazgów, które tworzą codzienność. Niegdyś przeszkadzały mi one w czytaniu, studiach, myśleniu, rozmawianiu; obecnie są formą myślenia, rozmawiania, studiów, stają się ich esencją. Responsoryjne pytania Lulki skłaniają do odpowiedzi czułych i uważnych. Łatwo się skupić na czymś przy myciu naczyń, ale trzeba jeszcze nie przypalić kaszy, posolić zupę, poprawić skarpetki i lewy bucik, ugotować makaron, umyć rączki, wytrzeć, odcedzić makaron, podać drugą lalę, wytrzeć nosek, dać buzi, posolić sos, pomóc ubrać lalę, odebrać telefon, wykonać dwa następne, by załatwić sprawę, wyłączyć zupę. Jeszcze sałatka, a w tym czasie stałe pogaduszki z Lulką,

Czy dziecko przeszkadza? Uniemożliwia? Co uniemożliwia, w czym przeszkadza? Czy bliskość Boga, obecność Boga jest zastrzeżona „bardziej” dla tych, którzy mają – jak Merton – osobny domek czteropokojowy, z sypialnią, kaplicą, gabinetem do pisania, kuchnią i łazienką, a jedzenie podaje się im tak, by nie zakłócać świętego skupienia? Dla tych, którzy w błękicie morza i nieba wśród starych ikon, piękna pustyni, w klasztorach z ogrodem, skupieni na własnym wnętrzu, mają czas na pokusy, walkę duchową, rozważania, piękno modlitwy, liturgię?

Jeszcze w czasie studiów brałam udział w rozmowie o modlitwie nieustannej z Atosu. Agnieszka zastanawiała się, jak mogłaby połączyć powtarzanie modlitw z nauką i byciem z pacjentami. Stanęło wówczas na tym, że tylko w chwilach wolnych od pracy można dbać o modlitwę zgodną z oddechem i w takim razie w życiu świeckim nie da się osiągnąć takiego stanu bliskości Boga i świętości jak mnisi z Atosu. Agnieszka mimo to postanowiła być lekarzem. Czułam wówczas bunt, mimo że tak ponętne wydawało mi się bycie sakramentką czy redemptorystką. Pomyślałam sobie w końcu: no trudno, nie muszę być tak święta jak mnisi, będę na tyle, na ile się da, najważniejsze, żebyś tylko stale Ty był ze mną. Dzisiaj odprawiam domową liturgię razem z Lulą.

Zabawa z dzieckiem jest jak modlitwa – chodzi o czas przeżyty razem

Nieustanny spacer pośród ikon zawieszonych wzdłuż schodów jest właściwie jedynym stałym wspierającym ceremoniałem mego dnia. Dziwię się teraz na samą myśl, jak mogłam się zastanawiać, gdzie je umieścić. Są, a mało kto je widzi. I tak w nieustannych spacerach po schodach po majteczki, spodenki, lalę – Zdrowaś.? Chaire, Kecharitomene. Ciesz się, Najpiękniejsza, Obecność Boża w Tobie, o najszczęśliwsza z kobiet! Twoje życie zaowocowało Jezusem w Tobie! Przyjaciółko Boga i Matko, bądź z nami upadającymi, teraz i w godzinie spotkań – amen.

Pewien młody duchowny zwierzał mi się kiedyś z żalem, jak chciał zadbać o duchowość kobiet, a jednak pracujące matki nie dawały się namówić na codzienną Mszę świętą, choć tłumaczył, że Najświętszy Sakrament, obecność Boża, Pan czeka. W tej chwili również mną by się załamał: nie ma mowy o codziennej czy choćby częstej Eucharystii. W sytuacji matki luksus liturgii czy Eucharystii jest ściśle reglamentowany, niedostępny. Bo cóż oryginalniejszego niż matka małych dzieci jadąca na „dni skupienia”? Jakimże luksusem byłaby reguła zakonna chociażby na parę dni! Ale kto by wówczas karmił Lulę?

Co myślą żony-matki, czytając zwierzenia zakonnika, który z zachwytem i wdzięcznością wylicza szeregi rekolekcji, na które regularnie jeździ? Czy należy regularnie brać urlop osobno od rodziny, by móc się rozwijać duchowo? Wcale nie chce mi się wierzyć, że bycie z Lulą oddziela od Ciebie.

Siostra Klara, sakramentka, furtianka, zawsze, nawet w momencie Podniesienia, na dźwięk dzwonka u furty natychmiast wstawała z kolan i szła otworzyć. Wreszcie kiedyś ośmielono się zwrócić jej uwagę: „to jedyna przecież Eucharystia, tu Pan Jezus przychodzi”. Wówczas odpowiedziała: „Pan Jezus właśnie przyszedł i czeka na mnie przy furcie”.

Czas  ceremoniał spotkania

Lula sadza mnie przy swojej zabawkowej kuchni, gotuje mi obiad, podaje talerzyki, celebruje. Nagle zdaję sobie sprawę, że czekam, by skończyła, by iść robić tzw. ważne rzeczy: tym razem obiad dla niej, a tu ona powtarza nasz rytuał obiadowy, z rozkładaniem talerzy, poprawianiem filiżanek. Odwróciła role: zwykle ona czeka, ja podaję. Co chwilę, odwracając się do mnie, mówi ze skupioną miną: „Mamusiu, czekaj – teraz ja gotuję ci obiad”. Nagle zdaję sobie sprawę, że zabawa z dzieckiem jest jak modlitwa – chodzi o czas przeżyty razem, a nie o osiąganie celu, który jest sprawą do załatwienia. Nie ma ważniejszych spraw, które w tym momencie mogłabym załatwić, nie ma w tej chwili nic ważniejszego niż właśnie to siedzenie przed Lulą.

Podobnie siedzenie przed Tobą – ceremoniał spotkania, które prowadzi ktoś inny, a ja czekam; nie, nawet nie czekam, bo wszystko już jest. Obecność, bycie dla kogoś, nie zaś pełne poświęcenia odmawianie modlitw, nie – pełne poświęcenia siedzenie przy dziecku. Nie czas „poświęcony na modlitwę”, nie czas „poświęcony dla dziecka” – lecz bycie tu i teraz z kimś, czyli w kimś.

Za mało czasu spędzam z Lulą na zabawie według jej pomysłu, robi mi się wstyd, ale chciałabym mieć więcej czasu na coś tam – czytanie, studia. Jest mi głupio, strasznie, przecież to Anulka jest moją mater et magistra, a ja chcę jakichś książek czy rozmyślanek. Jest mi wstyd. Uśmiechnięta Lulka kończy obiad, bo z taśmy słychać jej ulubiony kanon z Taizé. Ciągnie mnie za rękę, pyta: „Tańczymy?”. Tańczymy, nie mniej i nie bardziej na chwałę Panu niż nasze gotowanie obiadu.

Moja córka uczy mnie bycia matką i dzieckiem jednocześnie

Brzuszek boli! Trzeba przebierać po każdym nocniczkowaniu. Mała celebracja cierpienia i pocieszania małego człowieka: przynieść nocnik, zdjąć spodenki, rajstopki, majteczki, posadzić, pomasować brzuszek, pocieszyć, że się tak stało. Ubranka mokre i brudne, ale to nic. Zdjąć spodenki, rajstopki i majteczki, zanieść do łazienki, umyć pupę, wytrzeć, przytulić, pocieszyć, że już wszystko dobrze, ubrać w nowe majteczki, rajstopki, spodenki, poprawić bluzkę i sweterek, przytulić, pochwalić, że już ładnie i czysto wygląda. Mała celebracja parę razy dziennie, przy której należy poratować, wszystko oczyścić, posprzątać i pocieszyć.

To jak ze mną i z Tobą – też jak nabrudzę, ratujesz; posprzątasz za mnie i pocieszasz, zbierasz po mnie rozdygotane emocje, pocieszasz ludzi, których poraniłam, pocieszasz mnie, że to jeszcze nic, że będzie dobrze, że jeszcze da się z tego coś ku Tobie wyprowadzić. Teraz mogę poczuć się jak Ty i jak Anula jednocześnie.

Anulka mówi do mnie odległej o metr: „Mamo, chodź do mnie”. Bo coś robię obok, zajmuję się czymś innym niż ona, więc pyta mnie tak samo jak Ty: „Adamie, gdzie jesteś?”. Oboje wymagacie pełnej obecności, pełnego tu i teraz. Moja córka uczy mnie bycia matką i dzieckiem jednocześnie.

W Obecności

Od czasu mojego nawrócenia mam wrażenie, że Ty nie masz nic innego do roboty poza zajmowaniem się mną stale i wszędzie.

Czas po porodzie był praktycznie jednym wielkim czuwaniem, przeżywaniem i niedowierzaniem, patrzeniem i nadsłuchiwaniem: czy oddycha, czy łapki ciepłe; jaką minkę zrobi, gdy się obudzi; czy ma już jeść; czy dobrze śpi, co się śni w małej główce. Ja to robiłam, niezliczone matki to robią, a Ty tego cały czas nie robisz? Ależ myśl śmieszna. Czym byłoby niebo, jeśli można by sobie wyobrazić, że właśnie w każdej najmniejszej chwili przez jedną chwilę tu i teraz nie zajmujesz się każdym z nas?

Matka to obecność stała, a nie zjawiskowa

Anula biega spokojnie po domu, bo wie i kątem oka widzi, że jestem; wie o tym, chociaż nie siedzi u mnie na kolanach ani nie stoi przede mną. Po prostu sprawdza co jakiś czas, że jestem. Matka – to obecność, stała, nie zjawiskowa, nie wyjątkowa, nie sanktuaryjna. To taka obecność jak powietrze, jak woda, jak to, co koniecznie potrzebne.

Tak i Ty jesteś ze mną! Jak to dobrze pomyśleć, że zawsze – na przystanku autobusowym, przy zmienianiu pieluchy, gotowaniu obiadu, pod prysznicem – ciągle Jesteś, i można się nieustannie, z sensem i bez sensu, odzywać do Ciebie. Właściwie odzywać, nie odzywać? Może po prostu wisieć na Twojej Obecności, czy raczej w Twojej Obecności?

Nieustanna paplanina dziecka, które cały czas coś mówi, bo mówi, bo czuje i potwierdza obecność, bo sprawdza ilość uwagi i ciągłość. Czy ja mówię do Ciebie tyle razy w ciągu dnia, ile Anulka do mnie?

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/2001.