Charyzmat Lasek – tak trafnie odczytany i sformułowany przez Matkę Czacką i księdza Korniłowicza przed stu laty, a wcielany w życie przez kilka już pokoleń wspaniałych sióstr, mądrych księży i ich dzielnych świeckich współpracowników – jest prawdziwym skarbem ukrytym w roli.

Laski – nazwą tą obejmuję całe tak zwane Dzieło Lasek, a więc siostry franciszkanki służebnice krzyża z ich pracą na rzecz niewidomych i działalnością apostolską wobec „niewidomych na duszy”, zwłaszcza środowisk oddalonej od Kościoła inteligencji – istnieją już od stu lat. „Więź” – od sześćdziesięciu. A nasza droga jest z Laskami od początku mocno złączona. Wyznanie Jerzego Zawieyskiego: „Laski to moja duchowa ojczyzna” wielu z nas mogłoby powtórzyć w swoim imieniu. Trwałym świadectwem tych związków ideowych i osobistych między „Więzią” a Laskami jest chociażby książka „Ludzie Lasek”, pod redakcją Tadeusza Mazowieckiego (dwa wydania: 1986, 2000), zawierająca szkice i wspomnienia o wybitnych postaciach z pokolenia założycieli Lasek, z Matką Elżbietą Różą Czacką, księdzem Władysławem Korniłowiczem (dziś oboje są kandydatami na ołtarze) i Antonim Marylskim na czele. „Laski – pisał Tadeusz Mazowiecki – są cząstką chrześcijaństwa i cząstką Polski, uformowaną przez cierpienie i przez otwartość wobec ludzi; są jednym z tych miejsc w świecie, którym dane było i jest – być dla innych znakiem na drodze”.

Jak wyjątkowym zjawiskiem były Laski na mapie polskiego katolicyzmu już w dwudziestoleciu międzywojennym, niech zaświadczy opinia francuskiego księdza Charlesa Journeta, późniejszego kardynała – który w latach trzydziestych gościł w naszym kraju – zawarta w jego książce „Exigences chrétiennes en politique” (Paris 1945): „Spotkaliśmy w pewnym zakątku Polski (…) Kościół prawdziwie franciszkański. Przyjmuje on życzliwie wszelkie nędze ciała i duszy, a jednocześnie wszelkie poszukiwania sztuki najbardziej nowoczesnej. Pełen jest cudownego poszanowania pragnień papieża i wymagań liturgii, lecz również wspaniale wolny od wszelkiego formalizmu, wolny jak obłok na niebie. Nie ma twardości ni wzgardy dla Żydów (…). Nie zna kłamstwa, jest szczery aż do przesady. Umie myśleć o komunistach, nie by ich przeklinać, lecz by ich nawiedzać w więzieniu, by gromadzić nad ich głowami węgle miłości i roztopić gorycz i bunty ich dusz. Nigdy nie miał ducha zakrystii, ale serce jego bije szerokim tętnem wielkiego Kościoła powszechnego i otwiera się (…) na wszystkie cierpienia Kościoła, na wszystkie jego niepokoje i na wszystkie nadzieje”. Tę opinię wybitnego francuskiego kardynała w pełni potwierdziła dalsza historia Lasek, wpisana w dramatyczną historię Polski i dzieje Kościoła.

Wystrój kościoła na Piwnej był symboliczną zapowiedzią głębokich zmian Soboru

We wrześniu 1939 roku, a potem podczas Powstania Warszawskiego w Laskach działa potajemnie szpital polowy, pod samym nosem stacjonujących w pobliżu Niemców. Notabene kapelanem sióstr jest wtedy ks. Stefan Wyszyński. Zakład dla niewidomych szczęśliwie przetrwał wojnę, a potem zakusy władz komunistycznych w okresie stalinizmu.

Czas stopniowego rozwoju zaczął się znów po Październiku. W roku 1957 siostry franciszkanki otrzymują w użytkowanie odbudowane z gruzów klasztor i kościół św. Marcina przy ulicy Piwnej w Warszawie i tu przenoszą się też władze zgromadzenia. Rektorem kościoła zostaje młody, 30-letni ks. Bronisław Dembowski. Barokowy kościół z początku miał odbudowane tylko mury i fasadę – wnętrze świątyni zostało wykonane po kilku latach według projektu siostry Almy Skrzydlewskiej i od razu zachwyciło warszawiaków swoim wysmakowanym surowym pięknem. Wystrój kościoła, będący harmonijnym połączeniem tradycji (wielki drewniany krucyfiks dominujący w nawie głównej) i nowoczesności (prosta droga krzyżowa ryta w świeżym tynku) był niejako symboliczną zapowiedzią głębokich zmian, jakie już wkrótce miał przynieść w Kościele powszechnym, a także w polskim katolicyzmie, Sobór Watykański II.

Zanim doświadczyłem w wielu wymiarach bliskich relacji między środowiskiem „Więzi” a Laskami, dołączywszy do redakcji miesięcznika w roku 1976, już dziesięć lat wcześniej przeżyłem osobistą duchową przygodę, która związała mnie na długie lata z kościołem św. Marcina i z aurą Lasek. Pragnę o tej przygodzie krótko opowiedzieć, spłacając w ten sposób w jakiejś mierze swój dług wdzięczności.

Po maturze w roku 1964 zostałem studentem filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Był to mój świadomy wybór. W liceum pasjonowałem się kinem i teatrem, myślałem nawet o szkole aktorskiej, trochę kusiła mnie historia – byłem uczniem legendarnej nauczycielki, Anny Radziwiłł – ostatecznie jednak przy wyborze kierunku studiów przeważyły względy, powiedziałbym, duchowe. Otóż w wieku czternastu lat przeżyłem bunt przeciwko praktykom religijnym – przyczynił się do tego klimat przedsoborowej, tradycyjnej liturgii w języku łacińskim, obudowanej sentymentalnymi pieśniami i barokowym kaznodziejstwem: to wszystko mnie nudziło, a fascynowała wielka literatura ukazująca świat ludzkich dramatów i uczuć. Z biegiem czasu umocniłem się w przekonaniu, że jestem ateistą – bliski mi był egzystencjalizm Camusa i Sartre’a. Nurtowały mnie jednak niepokojące pytania, na które literatura piękna nie dawała odpowiedzi i to mnie popchnęło ku filozofii.

Na studiach początkowo chaos w moim umyśle i duszy tylko się pogłębił, aż doszedłem do stanu, który najlepiej oddawało Heideggerowskie określenie: trwoga egzystencjalna.  W krytycznym momencie, kiedy ogarnęła mnie desperacka myśl o skończeniu ze sobą, a byłem sam w pustym mieszkaniu – zacząłem mimo woli się modlić. I nagle otworzyła się jakaś szczelina – odnalazłem w głębi siebie poczucie, że skoro ja jestem, istnieję, choć ogarnięty lękiem i pogrążony w ciemnościach, to jest Byt, jest czyste Istnienie, jest Sens. Jest Ktoś, komu mogę zawierzyć. To był mój pierwszy krok do wiary w Boga. Najpierw była to nieokreślona wiara w Absolut, w platońską Ideę Dobra. Dopiero z czasem uznałem, że ten Absolut, źródło wszelkiego istnienia i Stwórca, objawił się nam w historii jako Bóg-człowiek, Jezus Chrystus. Postanowiłem w konsekwencji szukać Go w Kościele.

Był rok 1965, właśnie zakończył się Sobór. Zacząłem chodzić na niedzielną mszę świętą do kościoła św. Marcina, na Piwną. I trafiłem tu na liturgię posoborową, po polsku, przy prostym ołtarzu, z celebransem zwróconym twarzą do wiernych. Był to wówczas jedyny w Warszawie kościół, który otrzymał od księdza Prymasa Wyszyńskiego pozwolenie na „pilotażowe” wprowadzenie liturgii odnowionej przez Sobór. Homilie, ewangeliczne, proste, pełne ludzkiego ciepła i pokory wobec tajemnic Bożych, głosił ksiądz Bronisław Dembowski.

Minęło trochę czasu, zanim dojrzałem do kolejnego kroku: postanowiłem, po czterech latach przerwy, pójść do spowiedzi. Naturalnie – w kościele św. Marcina. Młody ksiądz w konfesjonale moje wyznanie grzechów skomentował jednym prostym zdaniem: „Spotkała cię wielka łaska”. Był to ksiądz z Lasek – Andrzej Santorski. Towarzyszył mi potem jako spowiednik przez kilka lat, z czasem jeździłem do niego do Izabelina, gdzie objął funkcję proboszcza po śmierci zmarłego w opinii świętości ks. Aleksandra Fedorowicza. Stary drewniany kościół parafialny w Izabelinie (dziś już zamieniony na murowany) czy drewniana kaplica w Laskach, to – jak się wyraził pewien prawosławny – przestrzenie sakralne, które „same się modlą”. A sakrament miłosierdzia – to charyzmatyczni księża z Lasek. Trzeba tu koniecznie przywołać zwłaszcza jedno nazwisko – księdza Tadeusza Fedorowicza. Z jego kierownictwa duchowego korzystał – jak wiadomo – Karol Wojtyła, także już jako papież.

Laski – to piękna liturgia, to przestrzeń ciszy i życia wewnętrznego, otwarte serce sióstr i ich ujmująca gościnność. Kiedy się przyjeżdża niespodziewanie, pytają przede wszystkim: „Czy pan już jadł?”. W latach siedemdziesiątych zebrania kolegium redakcyjnego „Więzi” często odbywały się właśnie w Laskach, w domu rekolekcyjnym, między innymi dlatego, że tutaj czuliśmy się bezpieczni, nienarażeni na inwigilację i podsłuch. Takie „zaplecze” kościelne miało ogromne znaczenie w pełnych ryzyka, ale też pasjonujących latach siedemdziesiątych, w czasie jawnie choć nielegalnie działającej opozycji demokratycznej, która przenikała się z legalną działalnością Klubu Inteligencji Katolickiej i „Więzi”. W Laskach niejeden raz znajdowali schronienie i warunki do spokojnej pracy ludzie związani z opozycją.

W Laskach znajdowali schronienie i warunki do pracy ludzie związani z antykomunistyczną opozycją

Dla mnie niezapomnianym przeżyciem pozostanie Msza święta w kościele św. Marcina w intencji zamordowanego Staszka Pyjasa, odprawiana z wielkim spokojem przez ks. Bronka Dembowskiego, gdy tłum wypełniający świątynię naszpikowany był ubekami i w każdej chwili groziła prowokacja. A potem słynna głodówka na Piwnej w intencji uwolnienia aresztowanych członków KOR-u, w bocznej, zamykanej okutymi drzwiami kaplicy św. Franciszka, gdzie zdarzyło mi się raz odwiedzić głodujących u boku Tadeusza Mazowieckiego, pełniącego funkcję ich rzecznika.

Dla Tadeusza Mazowieckiego i Stefana Frankiewicza, zaprzyjaźnionych z wieloma siostrami, zwłaszcza z siostrą Marią Miriam Gołębiowską, czyli Agnieszką Wajngold, adresatką przejmujących „Listów” Jerzego Lieberta, Laski były przez lata jakby drugim domem i azylem, dla tego drugiego – także dosłownie. Otóż kiedy przyjechał on z Rzymu do Polski latem 1982 roku, w stanie wojennym, będąc od 1979 roku pracownikiem „L’Osservatore Romano”, znalazł się pod nękającą asystą esbecji. Chciano go pewnie w ten sposób zastraszyć i zmusić do współpracy. W tej sytuacji zwrócił się do księdza prymasa Glempa, a ten poradził mu schronić się w „szpitaliku” w Laskach. Tak się też stało. Auto z funkcjonariuszami stało dzień i noc koło bramy wjazdowej, w zaroślach, gdzie… gryzły ich komary.

Wreszcie nastąpił przełomowy rok 1989. Zdawałoby się, że wraz z upadkiem komunizmu i nastaniem politycznej „normalności”, kiedy Kościół nie musi już pełnić funkcji zastępczych, a wszyscy w ramach demokratycznego porządku mogą swobodnie pracować na rzecz wspólnego dobra, rola Lasek jako „duchowego zaplecza” dla naszego środowiska przestanie być tak ważna jak dawniej. Ale człowiek jest tylko człowiekiem, a życie społeczne nie przestaje być areną ścierania się różnych sprzecznych racji. Paradoksalnie, w warunkach demokracji i wolności ujawniły się w społeczeństwie i w Kościele ostre podziały ideowe i polityczne.

Siostra Maria Gołębiowska z niewidomym chłopcem z przedszkola

Siostra Maria Gołębiowska z niewidomym chłopcem z przedszkola. Ze zbiorów Sióstr FSK

Potrzebna jest nam dziś jak tlen do oddychania taka przestrzeń, gdzie różniąc się, moglibyśmy prowadzić dialog przy wzajemnym szacunku. Sądzę, że nieprzypadkowo próbę stworzenia takiej przestrzeni dialogu podjął niedawno właśnie w Laskach ks. Sławomir Szczepaniak. Notabene to on był bodaj jedynym przedstawicielem duchowieństwa, obok śp. arcybiskupa seniora Tadeusza Gocłowskiego, który publicznie, na łamach „Gazety Wyborczej”, ujął się za godnością Lecha Wałęsy, kiedy ten stał się obiektem inspirowanej od góry kampanii pogardy i nienawiści.

Cóż, gorzka prawda jest taka, że życie, niezależnie od warunków społecznych i politycznych, po prostu ze swej natury jest raniące. Są i zawsze będą wśród nas ludzie poranieni, na ciele i na duchu. Dlatego myślę, że charyzmat Lasek, tak trafnie odczytany i sformułowany przez Matkę Czacką i księdza Korniłowicza przed stu laty, a wcielany w życie przez kilka już pokoleń wspaniałych sióstr, mądrych księży i ich dzielnych świeckich współpracowników, jest prawdziwym skarbem ukrytym w roli.

Niech mi będzie wolno na koniec podzielić się dwoma osobistymi doświadczeniami, które pozwoliły mi obserwować z bliska ten Laskowy charyzmat uważnej, czułej i delikatnej miłości do człowieka potrzebującego.

Cezary Gawryś z kard. Marianem Jaworskim

Cezary Gawryś z kard. Marianem Jaworskim w klasztorze na Piwnej. Fot. ze zbiorów Cezarego Gawrysia

Po roku 1989 wiele razy zaglądałem do klasztoru na Piwnej, by porozmawiać z kardynałem Marianem Jaworskim, profesorem filozofii religii, od roku 1991 arcybiskupem metropolitą lwowskim, który zatrzymywał się właśnie tutaj w pokoju gościnnym, ilekroć był przejazdem w Warszawie. Przy tej okazji poznałem siostrę Mirosławę. Kardynał zwracał się do niej z wielkim szacunkiem, ale i serdecznie, nazywając ją swoją „siostrą opiekunką”.

Nie jest tajemnicą, że ks. Marian Jaworski, jeszcze jako młody adept filozofii, zaprzyjaźnił się z innym filozofem, ks. Karolem Wojtyłą, i ta ich przyjaźń trwała aż do końca. Kardynał Jaworski jest człowiekiem niezwykle skromnym i tą przyjaźnią nigdy się nie afiszował. To właśnie on, obok ks. Stanisława Dziwisza, był przy łożu umierającego Jana Pawła II. A jeszcze dawno temu, kiedy jechał w zastępstwie kardynała Wojtyły wygłosić odczyt w pewnym mieście w północnej Polsce, w wypadku kolejowym stracił lewą dłoń. „To za mnie” – miał podobno wtedy powiedzieć jego Przyjaciel. Brak jednej dłoni jest oczywiście dużym dyskomfortem. Dlatego też siostra Mirosława zawsze z wyjątkową troską i delikatnością opiekowała się dostojnym gościem, któremu pewne czynności przychodzić musiały z trudem, albo wręcz były dla niego niemożliwe, jak na przykład zapinanie licznych guzików w sutannie czy sznurowanie butów. Siostra Mirosława miała świadomość, że dla osoby proszącej zwracanie się za każdym razem o pomoc jest jakimś upokorzeniem. Wpadła więc na pomysł, by zainstalować księdzu kardynałowi gumowe sznurowadła, które same się rozciągały, gdy za pomocą łyżki na długim drążku wsuwał buty na stopy… Czy w tym jej innowacyjnym pomyśle nie wyraził się cały charyzmat Lasek: takie podejście do człowieka potrzebującego, aby on sam mógł sobie radzić w życiu, nie będąc zmuszony do przyjmowania często upokarzającej usługi ze strony innych? Taka właśnie idea legła u podstaw służby niewidomym, gdy  na początku XX wieku rodziło się Dzieło Lasek.

Potrzebna jest nam dziś jak tlen przestrzeń, gdzie moglibyśmy prowadzić dialog przy wzajemnym szacunku

Drugie moje doświadczenie jest stosunkowo świeże, a łączy się z postacią śp. siostry Noemi, zmarłej po ciężkiej chorobie nowotworowej 26 czerwca 2015 r. Siostra Noemi, przed wstąpieniem do zgromadzenia Ewa Wróbel, absolwentka fizyki na Uniwersytecie Wrocławskim, przez wielu nazywana była matką Noemi, jako że w latach 2001-2007 pełniła funkcję przełożonej generalnej. Kiedy ją poznałem, była znów po prostu skromną zakonnicą, w białym roboczym habicie. Jej szczupła sylwetka dla tych, którzy ją pamiętali z dawnych lat, zdradzać musiała wyniszczającą chorobę. Ja nie zdawałem sobie z tego sprawy, widząc jej zwinne ruchy i pogodny uśmiech.

Któregoś dnia odebrałem telefon z Piwnej z pytaniem, czy nie porozmawiałbym z podopiecznym klasztoru, niedowidzącym młodym mężczyzną, chorym na padaczkę, zupełnie samotnym, do tego gejem. Znane jest moje publicystyczne zaangażowanie w kwestię obecności osób homoseksualnych w naszym społeczeństwie i Kościele. Oboje z żoną  przyjmujemy u nas w domu wiele takich osób – zarówno tych, które los skazuje na życie w samotności, tych, które świadomie wybierają samotność, jak i tych, które decydują się żyć w związku z przyjacielem. Zgodziłem się więc bez wahania – i w ten sposób poznałem siostrę Noemi i Kamila. Ona, gdy się zjawiał, częstowała go ciepłym obiadem, potem na odchodne wręczała mu jeszcze pakunek z obfitym zapasem jedzenia, a my szliśmy rozmawiać do pokoiku zwanego Kącikiem pod Wieżą. Kamil opowiadał mi o swoim życiu, ja uważnie słuchałem, czasem wtrącając jakiś komentarz. Był chory, stale na lekach, bez wykształcenia i zawodu, na zapomodze, mieszkał w wynajmowanym pokoju. Wspomnienia z rodzinnego domu – koszmar. Dość powiedzieć, że ojciec, za to, co mu robił, trafił w końcu na kilka lat do więzienia. Kamil miał za to jeden talent: piękny głos i słuch. I miał też związane z tym marzenie: że kiedyś wyjedzie do Ameryki i tam zrobi karierę w show-biznesie. Ubierał się przy tym ekstrawagancko, nosił różne ozdoby i kiedy czasem odprowadzał mnie w stronę redakcji, ludzie dziwnie nam się przyglądali. Za którymś razem poprosiłem Kamila, by mi coś zaśpiewał. I wtedy z Kącika pod Wieżą na wirydarz klasztorny wypłynął protest-song po angielsku, tak mocny, że niemal mury drżały. Śpiew był piękny, ale po paru minutach urwał się… Kiedyś, gdy szliśmy Krakowskim Przedmieściem, Kamil nagle zatrzymał się i powiedział: „Pan i siostrzyczka Noemi jesteście dla mnie jak rodzice”. Wkrótce potem siostra Noemi zmarła, pogrzeb był w Laskach. Kamil zawiadomił mnie, że wyjeżdża. A kilka miesięcy później przysłał jeszcze wiadomość esemesem, że zmarł mu ojciec. Załączył też zdjęcie, na którym był on przy łóżku szpitalnym swego taty. Czy mu przebaczył?

Znane są słowa papieża Franciszka, że Kościół ma być „szpitalem polowym”. Nie trzeba rozwijać tej metafory. W Laskach ważnym i znanym miejscem jest „szpitalik”. Pomyślałem sobie, że w panoramie polskiego Kościoła Laski są właśnie takim „szpitalikiem polowym”… Kiedy tą refleksją podzieliłem się z moim przyjacielem, Stefanem Frankiewiczem, który akurat, tak się złożyło, przebywa po operacji złamanego kolana w Laskowym szpitaliku, odparł z mocą: „Tak było od początku – i niech tak zostanie”.