Kiedy złamałem kręgosłup, miałem szesnaście lat i byłem zupełnie inną osobą, niż jestem dzisiaj. Z czasem moim życiowym credo stała się zasada: wiem, co mogę i godzę się z tym, czego nie mogę.

Niejednokrotnie zdarzało mi się przekonywać przyjaciół, którzy ubolewali nad moim wypadkiem, że płyną z niego również pewne konkretne korzyści. Choćby to, że gdyby się nie wydarzył, byłbym zapewne mechanikiem samochodowym – złamałem kręgosłup, kiedy zdałem do drugiej klasy technikum samochodowego.

Niczego nie umniejszając mechanikom samochodowym, dzisiaj z perspektywy czasu widzę, jak wielu niezwykłych i pięknych rzeczy mogłem doświadczyć, ilu wspaniałych ludzi spotkać, ile udało mi się osiągnąć – właśnie mnie, człowiekowi, który jest niemal całkowicie sparaliżowany i nie może funkcjonować samodzielnie. Wypadek spowodował więc, że moje życie jest zdecydowanie ciekawsze niż to, jakie wiódłbym zapewne w warsztacie samochodowym.

Nie zamierzam tu jednak uprawiać jakiejś radosnej twórczości i twierdzić, że złamanie kręgosłupa to wydarzenie szczęśliwe. To był koniec mojego świata i daleki byłem od deklaracji: no dobrze, teraz będę jeździł na wózku i też będzie OK. Oczywiście, że się buntowałem i pytałem: dlaczego właśnie mnie musiało to spotkać, dlaczego ten skok do wody musiał się tak fatalnie skończyć?!

Kiedy złamałem kręgosłup, miałem szesnaście lat i byłem zupełnie inną osobą, niż jestem dzisiaj. Potrzebowałem czasu, żeby wydobyć się z buntu, podźwignąć z rozpaczy. Musiałem nauczyć się akceptacji, musiałem do niej dorosnąć, wypracować ją. Bardzo pomogli mi na tej drodze moi bliscy – rodzice, przyjaciele, a także wiara – zaufanie Bogu.

Dziś jestem wdzięczny za wiarę w nowy początek i za ludzi, którzy pomagali mi nie pogrążyć się w tym, czego nie mogę i dopingowali do szukania tego, co jest dla mnie – człowieka, którego ciało jest niesprawne – dostępne.

Akceptacja swojego losu sprawiła, że mogę realizować pasje

Mogłem zafiksować się na marzeniu, że jeszcze kiedyś wyjdę na boisko i będę grał w moją ukochaną koszykówkę – przed wypadkiem namiętnie ją trenowałem. Gdybym jednak zatrzymał się na tych marzeniach, dwadzieścia sześć lat swojego życia spędziłbym w domu zadręczając najprawdopodobniej siebie, rodzinę, Boga, dlaczego nie nadchodzi ten szczęśliwy moment, dlaczego ja ciągle nie mogę chodzić. Moim życiowym credo stała się zasada: wiem, co mogę i godzę się z tym, czego nie mogę.

Akceptacja swojego losu sprawiła, że pomimo niesprawności mogę robić mnóstwo różnych rzeczy, mogę realizować swoje pasje. Największą z nich jest działanie na rzecz niepełnosprawnych – zabieganie o stwarzanie ludziom takim jak ja szans do jak najnormalniejszego życia. Temu służy Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji, które jest największą w Polsce platformą informacyjną, zajmującą się problemami niepełnosprawnych. Czuję wielką satysfakcję, że mam swój udział w tym dziele.

A wszystko zaczęło się od wariackiego pomysłu dwóch niepełnosprawnych facetów, czyli mnie i mego znajomego. Był maj 1994, kiedy postanowiliśmy, że będziemy wydawać gazetkę dla niepełnosprawnych. Nie mieliśmy żadnego zaplecza ani pieniędzy, a jednak w październiku tego samego roku ukazał się pierwszy numer „Integracji”. Namówiliśmy jakąś drukarnię, która wydrukowała 15 tys. egzemplarzy pisemka liczącego wtedy osiem stron. Składane było u mnie w domu, kolportowane przez znajomych i znajomych znajomych.

Początkowo pisywaliśmy tylko we dwóch, używaliśmy różnych pseudonimów, żeby nie było monotonnie, ale dość szybko udało się nam zgromadzić spore grono redakcyjne. W następnym roku zwiększyliśmy objętość do szesnastu stron. Półtora roku później dostaliśmy od urzędu miasta mały pokoik na naszą redakcję, mieszkanie moich rodziców nie wytrzymywało już bowiem naporu… integracyjnych działań.

Potem założyliśmy Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji i w pewnym momencie staliśmy się instytucją numer jeden w Polsce, jeśli chodzi o tę tematykę. Teraz pismo ma sto stron i ukazuje się w nakładzie 50 tys. egzemplarzy.

Magazyn to zaledwie jedno ogniwo naszej działalności. Pięć lat temu uruchomiliśmy portal informacyjny, który też nie ma konkurencji. Ostatnio świętowaliśmy rekord – 215 tys. wejść w skali miesiąca! Mamy cotygodniowy program w telewizji. Uruchomiliśmy ogólnopolską infolinię dla tych, którzy nie mogą czytać i nie mają dostępu do internetu. Stworzyliśmy centra informacji, w których zatrudniamy psychologów, prawników, doradców zawodowych – można tam uzyskać różnorodną pomoc, także w znalezieniu pracy. Inicjujemy wiele kampanii społecznych i wydarzeń. Do połowy tego roku z naszej pomocy skorzystało ok. 40 tys. osób.

„Integracja” stała się ogromną maszyną, dzisiaj jestem pracodawcą, który zatrudnia sto dwadzieścia osób na etacie, ponadto jest całe grono osób, które z nami współpracują na umowy zlecenia, a także wolontariuszy.

I jestem szczęśliwy, że jestem tu, gdzie jestem. Nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach, nie przypuszczałbym, że uda się nam osiągnąć tak wiele, że ja będę uczestniczył w tak spektakularnych działaniach.. Oczywiście, nie byłoby to możliwe, gdyby nie pomoc – na początku rodziców i przyjaciół, potem mojej żony. Wiele zawdzięczam również Joni Eareckson-Tada, która uległa takiemu samemu wypadkowi jak ja.

Jestem szczęśliwy, że jestem tu, gdzie jestem

Joni zainspirowała mnie do szukania odpowiedzi na pytanie, jak spędzić dany mi tutaj na ziemi czas, żeby go nie zmarnować i żeby zostawić po sobie jakiś dobry ślad. Szukanie tej odpowiedzi zajęło mi trochę czasu, ale było bardzo twórcze.

Studiowałem w Instytucie Studiów nad Rodziną, następnie był Uniwersytet Warszawski i filozofia. Planowałem wtedy, że będę naukowcem, wydawało się, że w mojej sytuacji to najsensowniejszy pomysł – mogłem pracować w domu, przy maszynie do pisania, potem przy komputerze. Przez trzy lata uczyłem się japońskiego, myśląc też o zawodzie tłumacza.

Szybko zrozumiałem jednak, że tak nie dam rady żyć – że potrzebuję… muszę być między ludźmi, to dopiero mnie inspiruje i daje mi radość. Posłuchałem tego pragnienia. Czuję, że tu, gdzie jestem, jestem na swoim miejscu. Jeśli to nie jest szczęście, to czym ono jest?

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11-12/2008. Redakcja zwróciła się wówczas do wybranych osób z pytaniem: „Szczęście – czym ono jest?”. Odpowiedzi złożyły się na tekst „Żywot człowieka szczęśliwego”.