Gdy powstawały dzieła Kina Moralnego Niepokoju, mówiliśmy do widza językiem ezopowym. Być może niedługo trzeba będzie do tego wrócić – mówi reżyser Feliks Falk w rozmowie z „Więzią”.

Damian Jankowski: Minister kultury Piotr Gliński odwołał z funkcji dyrektora Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej Magdalenę Srokę. Jak Pan to skomentuje?

Feliks Falk: To kolejny element nacisku władzy na środowisko kultury w Polsce. Powodem decyzji jest list napisany przez pracowniczkę PISF-u do prezesa Stowarzyszenia Amerykańskich Producentów Cyfrowych, w którym mowa o zagrożeniu cezurą i rządach nacjonalistów. Wszyscy, którzy czytali treść owego listu, wiedzą, że nawet forma jego napisania nie była właściwa. Jednocześnie trzeba wierzyć zapewnieniom dyrektor, że ona go osobiście nie podpisywała. Zresztą, nawet gdyby podpisała, nie jest to przestępstwo, za które trzeba karać skróceniem kadencji – tym bardziej, że Rada PISF-u przyjęła jej wytłumaczenie. Dlatego minister wykorzystał list jako pretekst.

Obóz „dobrej zmiany” chce zawłaszczyć PISF i decydować o tym, jakie filmy będą realizowane. Jako środowisko tego obawiamy się najbardziej.

Sygnały, które to zapowiadały, pojawiały się już wcześniej. Mieliśmy protesty prawicowych stowarzyszeń (wspieranych przez PiS) przeciwko „Idzie” czy „Pokłosiu”, a niedawno napisano – moim zdaniem absurdalną – petycję, by wycofać „Pokot” Agnieszki Holland z listy kandydatów do Oscara. Te przykłady są niestety zapowiedzią czegoś niedobrego.

Co teraz powinno zrobić środowisko filmowe?

 Sprawa jest delikatna. Stowarzyszenie Filmowców Polskich, które przecież brało udział w budowie struktur PISF-u, przede wszystkim powinno negocjować i powoływać się na ustawę. Odwołanie pani dyrektor było przecież niezgodne z prawem, dodatkowo odbyło się wbrew opinii Rady PISF-u

Oczywiście, raczej nie dojdzie już do powrotu Magdaleny Sroki na stanowisko. Uważam jednak, że trzeba przeprowadzić jakiś rodzaj walki o sprawiedliwe i zgodne z prawem postępowanie. Obawiam się jednak, że to będzie trudne, bo druga strona idzie w zaparte…

Starsze pokolenie filmowców ma pewne doświadczenie w walce z administracją w czasach PRL-u, co, jak pamiętam, przynosiło pewne efekty. I dlatego, mimo zagrożeń, powinniśmy się skupić na obronie naszych praw.

Mimo jakich zagrożeń?

– Przede wszystkim może zostać uchwalona nowelizacja ustawy o kinematografii lub wręcz nowa ustawa, która na przykład wprowadzi coś w rodzaju cenzury lub wyznaczy priorytety zgodne z ideologią jedynie słusznej partii. Jak narazie, nowy dyrektor – przy pomocy wyznaczonych przez ministra kultury ekspertów – może przeznaczać publiczne środki na filmy patriotyczno-historyczne lub kiczowate dzieła o tym , że to Kaczyńscy stworzyli „Solidarność”.

Jaką dyrektor PISF-u była Magdalena Sroka?

 Nie chcę oceniać pani dyrektor, tym bardziej że nie miałem z nią do czynienia. Podczas jej przerwanej kadencji nie składałem wniosków o dofinansowanie. Nie słyszałem też, żeby koledzy wchodzili z nią w konflikty.

Mówił Pan o protestach przeciwko „Pokłosiu” czy „Idzie”, czyli filmom, które podejmują trudne tematy z naszej historii. Z drugiej strony powstają takie „dzieła” jak „Historia Roja” i „Wyklęty”. Ta nowa tendencja, wspierana przez władzę, staje się dominująca?

 Wśród moich kolegów takiej tendencji nie widzę. Te kilka filmów, o których Pan wspomniał, zostały zrobione przez twórców mniej znanych, nawet powiedziałbym nieznanych (tu wyjątek stanowi Antoni Krauze ze swoim „Smoleńskiem”).

Władza, jeśli będzie miała pomysły utopienie naszej kinematografii w historycznej tematyce, to prawdopodobnie będzie sięgała właśnie po takich reżyserów, którzy – w jakiś sposób wygłodzeni – prawdopodobnie takiej pracy się podejmą. Są oczywiście wyjątki, ale nie będę wymieniał nazwisk. Kilku moich bardziej znanych kolegów podjęło się pracy na zamówienie władzy i realizują filmy, bądź seriale o tematyce historyczno-patriotycznej.

To jest bardzo poważny problem. Boję się, żeby kontrowersje dotyczące kina historycznego nie spowodowały braku realizacji poważnych i uczciwych filmów sięgających naszej przeszłości czy próbujących rozliczać pewne wydarzenia. Filmy historyczne przecież powstawały w ciągu ostatnich lat, niezależnie od partii, która była u władzy. Jako przykład mógłbym podać „Idę”, moją „Joannę” czy „Wołyń” Smarzowskiego.

Nie chodzi wcale o to, by robić kosztowne widowiska historyczne. Nie potrzeba nam nowych „Krzyżaków”. Po pierwsze nie mamy na to pieniędzy, niezależnie od tego, ile władze będą chciały ściągnąć funduszy z państwowych firm. A poza tym takie filmy nie mają szans na świecie – po prostu w świecie nikt ich nie zauważy.

Powróćmy do kina bardziej uniwersalnego. Czy widzi Pan w obecnej sytuacji społeczno-politycznej materiał na współczesną wersję „Wodzireja”?

 Często słyszę to pytanie. Nawet ostatnio w wywiadzie dla Onetu proponowałem konkretne postacie z naszej bieżącej polityki, które mogłyby być takim modelowym bohaterem nowego „Wodzireja”.

Ten film mógłby powstać, tylko już trochę inny, ponieważ realia i rzeczywistość socjalistyczna była jednak zupełnie inna niż obecna. Walka o władzę była mniej spektakularna. Robienie kariery dzisiaj jest czymś innym. Żyjemy w pewnej sferze wolności, nie wiadomo jak długo jeszcze, ale jednak. I ta wolność inaczej determinuje nasze myślenie o dążeniu do władzy i kariery.

A druga rzecz – posiadamy teraz szeroki, swobodny dostęp do mediów, i pomijając Telewizję Publiczną, one nam codziennie przekazują jakąś prawdę o naszej rzeczywistości. I dlatego proste powielanie ich w filmie byłoby zadaniem nieciekawym.

Gdy powstawały dzieła Kina Moralnego Niepokoju, były to najczęściej metafory, aluzyjne filmy, mówiliśmy ezopowym językiem. Ludzie odczytywali ten kod językowy, dlatego, że wiedzieli co się dzieje, mimo iż media im tego nie przekazywały. Myślę, ze wówczas było to atrakcyjne dla widza – szukanie w kinie czegoś, co jest w jakiś sposób zakazane.

Dziś tego nie ma, ale – jeśli sytuacja zmieni się na gorsze – to być może trzeba będzie wrócić do takich metaforycznych filmów, które operują aluzją i odbiorca będzie się tym znowu rzeczywiście pasjonował.

Mówi Pan: „nie wiadomo jak długo jeszcze będziemy żyli w wolności”. To wszystko – włącznie ze sprawą, od której zaczęliśmy naszą rozmowę – zmierza, Pana zdaniem, do autorytaryzmu?

– Tak. Jeszcze za „pierwszego” PiS-u mówiłem dosyć często, ze mamy taki „pełzający totalitaryzm”.

Myślę, że obecna sytuacja jest jeszcze groźniejsza. Władza ma większość w parlamencie, służby do swojej dyspozycji, może o wszystkim decydować. Mam wrażenie, że zręby dyktatury już są skonstruowane. Nie muszę nawet podawać przykładów, myślę, że każdy inteligentny człowiek to dostrzega.

Feliks Falk – ur. 1941, reżyser filmowy i teatralny, scenarzysta, dramatopisarz, malarz i grafik. Jeden z najważniejszych twórców Kina Moralnego Niepokoju. Autor „Wodzireja”, „Szansy”, „Samowolki”, „Joanny” (Złote Lwy za reżyserię). Jego film „Komornik” w 2005 roku wygrał 30. Festiwal Filmowy w Gdyni.