W starożytności i średniowieczu Bóg chodził do teatru. Potem jednak właściwie zabroniono Mu tam wstępu.

Szukając związków łączących teatr z chrześcijaństwem, trzeba pamiętać, że nie pojawiło się ono w pustce kulturowej, lecz w orbicie cywilizacji grecko-rzymskiej, która zdaniem niektórych myślicieli była największą cywilizacją, jaką stworzył człowiek . Z całą pewnością była o wiele doskonalsza od naszej, zwłaszcza w swoim wymiarze duchowym.

Chrześcijaństwo zaczyna zatem istnieć w świecie, w którym teatr odgrywa rolę religijną – właśnie tutaj, w teatrze, człowiek doświadcza katharsis, a aktor traktowany jest niemal jak wysłannik niebios. Po ceremoniach religijnych wszyscy idą do teatru, aby dopiero tam przeżyć prawdziwe oczyszczenie, odrodzenie duchowe.

Można mówić o symbiozie chrześcijaństwa i teatru w starożytności

Chrześcijaństwo nie przechodzi obojętnie wobec istnienia tak wspaniałego instrumentu, który pozwala oddziaływać na człowieka i do swojej liturgii wprowadza wiele wzorców z teatru antycznego. Zwłaszcza w starożytnych liturgiach mamy do czynienia ze swoistą formą teatralizacji wydarzenia religijnego. Jest to bardzo widoczne w liturgii, jaką w pierwszych wiekach chrześcijaństwa sprawowano na ulicach miast – w Jerozolimie, Konstantynopolu, Rzymie czy Aleksandrii.

Miasto traktowane było wówczas jako jeden wielki obiekt sakralny, w którym z okazji różnych świąt odbywały się nabożeństwa i procesje do świątyni. Podczas drogi wiele się dzieje – śpiewane są pieśni, odczytywane odpowiednie teksty, odmawiane modlitwy. Całe miasto bierze udział w takim wydarzeniu liturgicznym. Szczególnie widoczne było to w Jerozolimie.

Pielgrzymi nie zawsze zdążali do świątyni, na przykład uroczystości chrztu Chrystusa celebrowano nad Jordanem. Z Jerozolimy, Betlejem czy Jerycha wyruszały nad Jordan procesje, które miały określony plan marszu – w odpowiednich miejscach zatrzymywano się na postoje, modlitwy itd. Nad Jordanem pątnicy brali udział w wielkiej ceremonii poświęcenia wód. Kiedy wspominano dobrego Samarytanina, udawano się pod Jerycho, żeby tam – na miejscu, gdzie była gospoda – świętować to wydarzenie.

W dzień Przemienienia Pańskiego wspinano się na górę Tabor. Wszystkie tego rodzaju celebracje wiązały się z pewną teatralizacją tych wydarzeń. Warto pamiętać, że nawet duchowni brali w nich aktywny udział, wcielając się w określone role. Można zatem mówić o symbiozie teatru i chrześcijaństwa. Przyniosła ona wspaniałe rezultaty w sferze rozwoju pewnej świadomości liturgicznej chrześcijaństwa, które przejęło nie tylko tradycję starotestamentową, ale odwoływało się również do grecko-rzymskiej tradycji teatralnej. Wszystkie uroczyste wejście i wyjścia podczas chrześcijańskiej liturgii zapożyczono właśnie z teatru.

Teatr świata antycznego był domeną sacrum

Drugim źródłem, z którego czerpał Kościół, był ceremoniał dworu rzymskiego, a następnie Konstantynopola. Dla wszystkich dworów europejskich ceremoniał ten stanowił niedościgły wzór dworskiego życia i zachowania się człowieka w czasie ceremonii w ogóle. Dwór bizantyjski był dworem par excellence związanym z teatralnym „rytem”, który objawiał się zwłaszcza w kulcie władcy – padano przed nim na twarz, na jego powitanie intonowano odpowiednie śpiewy, stosowano reflektory, które go oświetlały. Wszystko to miało bardzo istotny wpływ na Kościół, ponieważ był to również wzór, jak się zachować w sytuacji kontaktu z sacrum. Teatr świata antycznego był wszakże domeną sacrum. Później, kiedy chrześcijaństwo dokonuje teatralizacji swojej liturgii, zaczyna równocześnie dystansować się od teatru.

Przepisy z wczesnych wieków chrześcijaństwa na przykład zakazywały władcom i duchownym żenienia się z aktorkami. Brzmi to niemal jak dyskryminacja, warto jednak pamiętać, że w czasach Justyniana Wielkiego nie było aktorek w naszym rozumieniu. Wszystkie role – jak wiemy – grali wyłącznie mężczyźni. W tym przepisie prawnym chodziło w istocie o tancerki, które były równocześnie… striptizerkami. W tej sytuacji nietrudno się chyba dziwić, że domagano się, aby władcy i duchowni nie żenili się z przedstawicielkami tej profesji. Niestety, w tłumaczeniu starożytnych tekstów używa się słowa „aktorka”, mając na myśli tancerkę.

Światy równoległe

Jeżeli jednak aktor zapragnąłby zostać duchownym, musiał zaprzestać wykonywania swojego zawodu. Ci, którzy braliby udział w nabożeństwie przez niego celebrowanym, mogliby bowiem nie być pewni, czy aby nie odgrywa w tym momencie również roli jako aktor.

Zaczęto wyraźnie rozróżniać, czym jest teatralizacja nabożeństwa i czym jest teatr. Sam teatr również zaczyna się emancypować. Wyzwala się powoli spod opiekuńczych skrzydeł religii świata antycznego oraz Kościoła i zaczyna żyć własnym życiem. Wtedy właśnie pojawia się rozdźwięk.

Jednak przez długie wieki – o czym zupełnie zapomniano – świątynie na Wschodzie i na Zachodzie były miejscem, w którym odbywały się przedstawienia religijne. Oczywiście, nie wystawiano tam sztuk teatru dworskiego, lecz przedstawiano teksty ze Starego i Nowego Testamentu. Odbywały się wówczas wspaniałe inscenizacje – kiedy na przykład pokazywano trzech młodzieńców w piecu ognistym, rozpalano stos czy ognisty piec; można to zobaczyć w filmie „Iwan Groźny” Siergieja Eisensteina. Odgrywano narodzenie Chrystusa, ucieczkę do Egiptu, no i przede wszystkim wydarzenia związane z Wielkim Tygodniem, które przeradzają się wręcz w formę teatru religijnego, jaką są Kalwarie.

Dla określonego gatunku sztuk o charakterze religijnym przez długie wieki świątynia była właściwie teatrem. Spowodowało to istnienie niejako dwóch równoległych światów.

Dla określonego gatunku sztuk przez długie wieki świątynia była teatrem

Ten konflikt zaostrzył się jeszcze w Odrodzeniu, które tworzy się pod wpływem Greków, uciekinierów ze Wschodu przed inwazją arabską, a potem turecką. To, co ze sobą przynoszą – całe dziedzictwo antyku, całą swoją świadomość, także religijną – jest dla ludzi Zachodu zdumiewające i powoduje całkowitą zmianę światopoglądową. Ostatni związek, jaki istnieje między teatrem a religią, ulega wówczas rozerwaniu. Teatr staje się wyłącznie domeną życia dworskiego – właśnie ten rodzaj teatru uważany jest za najwspanialszy i najwłaściwszy. Prócz tego są przedstawienia o charakterze jarmarcznym, cieszące się ogromnym powodzeniem u gawiedzi.

W świątyniach jeszcze przez pewien czas grane będą inscenizacje scen religijnych, powoli jednak również i one przejmowane będą przez teatr, zwłaszcza ludowy. W końcu jednak nastąpił całkowity rozłam – w Kościele nie uświadczy się już żadnego przedstawienia teatralnego. W tym momencie świątynia została potraktowana wyłącznie jako miejsce kultu religijnego, które nie ma już jakiegokolwiek odniesienia do teatru. I tu czas na pytanie, postawione przez organizatorów Rekolekcji Teatralnych: Czy Bóg chodzi do teatru?

W czasach antycznych, w Średniowieczu z całą pewnością Bóg chodził do teatru, potem jednak właściwie zabroniono Mu tam wstępu, twierdząc, że teatr to zupełnie inna domena, obca Bogu.

To wydzielenie sacrum z całości rzeczywistości uważam za coś w chrześcijaństwie bardzo niewłaściwego. Przypomnijmy sobie choćby, jak wyglądało miasto w średniowieczu – wokół wspaniałej gotyckiej świątyni tętniło wówczas życie. Nie była ona, jak to jest dzisiaj, sterylnym miejscem w mieście, wokół którego jest pustka, wydzielony plac, na którym nic nie ma i nic się nie może dziać.

Rzeczywistości sacrum i profanum nie mają dziś ze sobą nic wspólnego

Dziś bardzo często dzieje się tak, jakby rzeczywistości sacrum i profanum nie miały ze sobą nic wspólnego i były sobie absolutnie obce. W Średniowieczu nie było takiej radykalnej granicy, światy te się przenikały. Wokół każdej świątyni tętniło życie, nieustannie odbywały się święta różnych cechów, które miały swoje ołtarze i swoje uroczystości religijne. Towarzyszył im pewien rytuał o charakterze teatralnym – uroczyste wejście starszych cechów, niesienie sztandarów itp.

Wokół świątyni rozstawiano kramy, był tam regularny bazar, tam też pojawiały się trupy teatralne. W bezpośredniej bliskości świątyni wystawiano przedstawienia ludowe, które cieszyły się ogromną popularnością. A niektórzy kaznodzieje wręcz zachęcali swoich wiernych, żeby po nabożeństwie poszli je zobaczyć, bo na przykład pokazują sztukę opowiadającą o nawróceniu Marii Magdaleny.

Na grzbiecie nieba

Potrzeba wydzielenia dla świątyni szczególnego miejsca pojawiła się dosyć późno, bo około XVI wieku. Punktem krytycznym jest tutaj reformacja. Odżywają spory, które toczyły się w pierwszych wiekach chrześcijaństwa – o coś, co było radykalnie nie do pogodzenia ani z myślą żydowską, ani grecko-rzymską. Głoszono bowiem, że nie ma żadnej granicy pomiędzy Bogiem i stworzeniem, ponieważ wcielenie Chrystusa raz na zawsze łamie wszelkie granice pomiędzy sacrum i profanum, Bogiem i człowiekiem – teraz one już nie istnieją. Nauczanie to jest szokujące zarówno dla Greków, jak i dla Żydów.

Pamiętajmy, że dla świadomości religijnej Żydów kluczowe jest przeświadczenie – najbardziej radykalnie wyrazi to później Majmonides – że Bóg w nic nie może się wcielić. Może jedynie ukazać się jako władca w trzęsieniu ziemi, huraganie, błyskawicach. Nie może być mowy o jakimś bliższym kontakcie – Bóg jest przede wszystkim prawodawcą.

W myśli grecko-rzymskiej, wbrew pozorom, było podobnie. Chociaż Zeus miał zwyczaj romansowania ze śmiertelniczkami, nie znaczy to jednak, że wcielał się w człowieka – on jedynie przybierał ludzką postać, sam zaś pozostawał radykalnie transcendentny w stosunku do ziemskiego świata.

Bardzo pięknie przedstawione jest to u Platona w wizji rydwanów, którymi bogowie przekraczają granice pomiędzy rzeczywistością noumenalną a naszą. Mogą stanąć na czymś, co Platon określił jako grzbiet nieba, człowiek natomiast tego zrobić nie może. Gdyby człowiek stanął na grzbiecie nieba i zobaczył rzeczywistość noumenalną, wstrząs byłby dlań tak wielki, że postradałby zmysły lub w najlepszym razie doznał olśnienia i stał się wielkim artystą. Nadal nie miałby jednak udziału w boskiej rzeczywistości. Chrześcijaństwo zaś twierdzi, że ja i ty możemy w tej rzeczywistości mieć bardzo konkretny udział, na przykład poprzez sakramenty. Nie ma tu żadnej granicy. Wydawałoby się zatem, że wszystko jest jasne, zwłaszcza od pojawienia się w roku 787 dogmatu o kulcie ikony, co potraktować można jako otwarcie się na możliwość istnienia w chrześcijaństwie sztuki sakralnej.

Okazuje się jednak, że w Oświeceniu dochodzić zaczyna do głosu to samo, co było przedmiotem sporów w tamtych czasach. Czym bowiem jest deizm, jeśli nie radykalną próbą postawienia granicy pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Deizm jest chyba najpopularniejszym oświeceniowym światopoglądem i odbija się rykoszetem także na chrześcijaństwie, na sposobie rozumienia relacji Boga do człowieka.

Oświeceniowy deizm powoduje, że chrześcijanie nabierają dystansu do wszystkiego, co nie jest związane z sacrum

Chrześcijanie zaczynają, niestety, podzielać deistyczny pogląd, że Bóg jest całkowicie transcendentny. Znakomicie obrazują to barokowe przedstawienia Boga Ojca jako starca, unoszącego się w chmurach, czyli istniejącego w rzeczywistości zupełnie innej niż nasza, niemającej z nią kompletnie nic wspólnego.

Deizm powoduje, że również chrześcijanie zaczynają nabierać dystansu do wszystkiego, co nie jest ściśle związane z sacrum. Czy jednak postawienie takiej granicy jest w ogóle możliwe? Czy rzeczywiście wolno nam twierdzić, że jakiś fragment ludzkiej rzeczywistości nie mieści się w przestrzeni sacrum? Teza taka jest dosyć niebezpieczna, oznacza bowiem wydzieranie człowieka z tej sfery. A człowiek – jeżeli jest chrześcijaninem – powinien mieć świadomość, że w myśl nauki świętego Pawła każdy ochrzczony jest członkiem mistycznego ciała Chrystusa. To zaś oznacza, że pomiędzy nim a rzeczywistością sakralną, noumenalną, nie ma żadnej granicy – jest wszczepienie. Oczywiście, grzech i zło wyrywają człowieka z tej przynależności do sacrum, ale nigdy w pełni.

Czy już z samego faktu, że człowiek w bardzo ścisły sposób związany jest ze sferą sacrum, nie wynika, że przynależy do niej wszystko, co człowiek robi, w tym cała domena jego twórczości?

Istnieją na ten temat różne poglądy. Mnie samemu najbliższe jest twierdzenie Paula Evdokimova że w dniu ostatnim, kiedy Pan będzie przechodził przez ten świat, dotknie sztuki i ona pozostanie na zawsze. Dotknie sztuki, a nie czegoś innego, ponieważ to właśnie ona jest w pełni wyrazem człowieka. Evdokimov pozostaje tutaj pod bardzo silnym wpływem Bierdiajewa, zwłaszcza jego książki „Sens twórczości”, w której mocno podkreślona została wartość twórczości. Aktywnej twórczości człowieka który – według Bierdiajewa – przez nią upodabnia się do swojego Stwórcy.

Człowiek scholastyczny i granice

Scholastyka sprowadza człowieka wyłącznie do sfery rozumu. Ale przecież człowiek zakochany nie przeprowadza analizy, czy jego uczucie zostało ulokowane właściwie, czy nie. Nie wiem, jak postępuje scholastyk, kiedy się zakocha, uważam jednak, że jego wizja szalenie ogranicza człowieka.

W wizji biblijnej – którą po raz pierwszy w formie antropologii chrześcijańskiej uporządkował św. Grzegorz z Nyssy – człowiek jest traktowany przede wszystkim jako byt niewiele mniejszy w swej godności od aniołów, pozostający w bezpośredniej relacji do Boga. Ten sposób myślenia szczególnie mocno obecny jest w psalmach – psalmista w każdej sytuacji swojego życia ustawia się w relacji do Boga.

W tej wizji wcale nie ma, tak akcentowanego w scholastyce, uznania dla rozumu. Nie ma tam choćby wzmianki, że ludzki rozum jest najdoskonalszym narzędziem człowieka. W psalmach człowiek nie jawi się również wcale jako istota zrównoważona, wybierająca dobro i kierująca się zasadą złotego środka. Przedstawiany jest tutaj raczej jako istota gwałtowna, kierująca się impulsami.

Teatr powinien mieć śmiałość opowiadania o człowieku chodzącym po antypodach dobra i zła

W osobie Chrystusa również trudno odnaleźć wizję statycznego absolutu, który – jak obrazowo nazwał to Olivier Clément – jest kimś w rodzaju „kosmicznego szpiega”, nadzorującego, czy wszyscy dobrze postępują. W biblijnej wizji w ogóle nie ma żadnej buchalterii. Bóg jawi się tam jako gwałtowny, zwłaszcza w swojej miłości wobec człowieka – do tego stopnia gwałtowny, że gotów jest odwoływać się do teofanii. Celem jest bowiem zbawienie człowieka, a nie nade wszystko to, aby rozwijał się intelektualnie. Wspominam o tym dlatego, żeby pokazać, jak duże braki – w porównaniu z wizją zawartą w Starym Testamencie – ma to spojrzenie, która jednostronnie podkreśla intelektualizm człowieka.

„Wszyscy ludzie są dobrzy” – mówi Jeszua w „Mistrzu i Małgorzacie”, a słowa te wprowadzają Piłata w zdumienie. I słusznie! Autentyczny Chrystus nigdy takich słów nie wypowiedział. Zdarzało Mu się mówić o człowieku bardzo ostro, wspomnijmy chociażby słowa z Ewangelii Mateusza: Węże, plemię żmijowe, jak wy możecie ujść potępienia w piekle? (23, 33).

Istota zdolna do zbrodni i do świętości – to biblijna wizja człowieka. Dlatego właśnie ulubionym motywem literatury patrystycznej jest wizja dwóch dróg: każdy z nas ma do wyboru dwie drogi, jedna prowadzi do zbawienia, druga do potępieniu – człowiek ma wolną wolę, decyzja należy do niego. Warto sobie tutaj również uświadomić, że to w końcu chrześcijaństwo stworzyło pierwszą w dziejach koncepcję człowieka, traktującą go jako niepowtarzalną osobę. Człowiek antyku w ogóle nie znał tego terminu.

Stary Testament żyje w oczekiwaniu na przyjście Mesjasza, który zmieni wszystko, całą rzeczywistość – wówczas człowiek odzyska swoją pierwotną naturę, którą utracił wskutek upadku. Chrześcijaństwo głosi zupełnie to samo, mówi tylko, że zostało to już sakramentalnie zrealizowane: Chrystus w czasie Ostatniej Wieczerzy oraz poprzez swoją śmierć i zmartwychwstanie na nowo sakramentalnie stwarza świat. Jest to świat, który znajduje się w tej chwili w drodze ku przemianie finalnej. O tym mówi św. Paweł głównie w listach do Tesaloniczan. Kiedy wybuchły gwałtowne spory na temat, co będzie przy końcu czasów, Paweł odpowiada, że będzie nowe niebo i nowa ziemia, czyli całkowicie nowa rzeczywistość.

Już samo pojawienie się Chrystusa było taką nową rzeczywistością. On sam przekraczał granice, wytyczone przez ówczesny świat i panujące w nim prawa i tabu. Chrystus rozmawia z Samarytanką, co dla Żydów jest do dzisiaj szokujące, ponieważ oni nadal tego nie robią. Niemal na każdej stronie Ewangelii napotykamy Jego konflikty z faryzeuszami, ponieważ przeciwstawiał się tej formie obłudy religijnej, która sprowadza wszystko do rygoryzmu prawnego.

Istota zdolna do zbrodni i do świętości – to biblijna wizja człowieka

Również teatr był i jest miejscem przekraczania granic. Nie wszyscy to akceptowali, widząc w takich działaniach liczne niebezpieczeństwa. Jednym z głównych zagrożeń, jakie spostrzegano w teatrze, było to, że stwarza iluzję życia, stwarza iluzję rzeczywistości, w którą widz może się zaangażować, zwłaszcza jeśli traktuje ją bez dystansu. To może być groźne, ponieważ teatr kreuje pewne wzorce człowieka, postępowania, świata, Boga, które nie zawsze muszą być zgodne z prawdami wiary. Teatr jest jednak narzędziem, które umożliwia pokazanie rzeczywistości taką, jaka ona jest. Nie powinien zatem omijać spraw trudnych, przeciwnie – powinien mieć odwagę, jak na przykład Dostojewski, zstąpić do otchłani człowieczeństwa.

Teatr i sztuka w ogóle powinny mieć śmiałość opowiadania o człowieku, który chodzi po antypodach dobra i zła. Taką śmiałość znaleźć można w wielu miejscach Ewangelii, znakomitym jej przykładem jest przypowieść o synu marnotrawnym, w której zawarta została sama istoty chrześcijaństwa.

W przypowieści tej Chrystus rysuje wspaniałą ikonę swojego Ojca, który przebacza, bo chrześcijaństwo jest nade wszystko religią przebaczenia, jest religią, która przekracza wszelkie granice W historii zbyt często chciano pastwić się nad człowiekiem, dotyczy to także chrześcijaństwa. To błąd. Chrześcijaństwo powinno głosić przebaczanie i wskazywać człowiekowi możliwość powrotu do domu Ojca. Być może teatr również mógłby mieć tu niemało do powiedzenia, zwłaszcza dzisiaj, kiedy człowiek udręczony jest tak wieloma doświadczeniami bezdomności.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/2007.