Denis Villeneuve świetnie wyczuł to, co stanowiło esencję pierwszego „Łowcy androidów”. „Blade Runner 2049” to pięknie sfilmowana opowieść o samotnikach w bezdusznym świecie przyszłości.

Gdy w 1982 roku „Blade Runner” Ridleya Scotta wchodził na ekrany kin, nic nie zwiastowało sukcesu. Film okazał się finansową klapą. Krytyka doceniła dopiero wydaną kilkanaście lat później wersję reżyserską. Dziś „Łowca androidów” (niezbyt fortunne tłumaczenie) uchodzi za klasykę gatunku. Tym większe poruszenie wśród kinomanów wywołała informacja, że po ponad 30 latach Hollywood przygotowuje kontynuację.

Choć zadomowiony w klimatach cyberprzyszłości Scott wydawał się być naturalnym kandydatem do fotela reżysera, zdecydowano się ostatecznie na inny wariant: kreator „Obcego” pozostał producentem wykonawczym, reżyserski ster powierzono zaś Denisowi Villeneuve’owi, autorowi „Labiryntu” i „Sicario”.

Zaangażowanie do projektu twórcy „Nowego początku” przyniosło dobre rezultaty. Villeneuve wie jak budować gęsty klimat futurystycznej historii. Zdaje się świetnie wyczuwać to, co stanowiło esencję filmu z 1982 roku. Jego „Łowca androidów” AD 2017 staje się opowieścią o samotnikach w bezdusznym świecie przyszłości.

„Blade Runner 2049” to dzieło uznające wielkość oryginału, ale jednocześnie nie stanowiące jego prostej kopii. Nie tyle powiela zastane wzorce, co je rozszerza i aktualizuje. Reżyser wraz z autorem scenariusza części pierwszej Hamptonem Fancherem i scenarzystą „Logana” Michaelem Greenem uniknęli najprostszej drogi kontynuacji, w której dobrze znany bohater powraca na ekran i rozwiązuje kolejną, jedynie pozornie odmienną, sprawę.

„Blade Runner 2049” uznaje wielkość oryginału, ale jednocześnie nie stanowi jego kopii

Akcja sequela rozgrywa się ponownie w Los Angeles. Od czasów wydarzeń przedstawionych w arcydziele Scotta minęło 30 lat. Zbuntowani replikanci wciąż są ścigani przez policyjnych łowców. Tym razem jednak ci drudzy to nie ludzie, lecz także androidy, tyle że bardziej doskonałe fizycznie i silniej wyprane z uczuć niż starsze modele. Jeden z nich, oficer K (później przybierze bardziej ludzkie imię „Joe”), podczas zwyczajnego śledztwa natrafia na ślad, który zaprowadzi go do sprawy Ricka Deckarda.

W centrum „Blade Runnera 2049” nie znajdują się wcale doskonałe efekty specjalne, ale świetnie nakreślone postacie i melancholia, która je otacza. Chodzący w długim płaszczu K to przecież bohater żywcem wyciągnięty z kina noir. Kwintesencją czerpania z wyróżników filmu czarnego jest scena, w której zmęczony Rick rzuca w stronę młodego łowcy: „Możemy dalej się bić albo wyjaśnić sobie wszystko przy drinku”.

Podobnie jak przed laty Deckard, bohater grany przez Ryana Goslinga jest enigmatyczny. Nie okazuje emocji, traktuje swoje zadanie w sposób rutynowy. I podobnie jak było to w przypadku postaci odgrywanej przez Harrisona Forda przed laty, również i tym razem proste zadanie wywróci świat protagonisty do góry nogami.

Niespieszna narracja „Blade Runnera 2049” odwołuje się do formy pierwszej części. Warto wiedzieć, co stanowiło o jej oryginalności. Przed laty bowiem Scott, swobodnie adaptując na język kina prozę Philipa K. Dicka , zaproponował publiczności nieco odmienną niż powszechnie obowiązująca wersję science fiction. Jego „Łowca androidów” był kinem z intelektualnie innej półki niż „Gwiezdne wojny” czy nieco późniejszy „Terminator”. Zamiast być zabawą w kino Nowej Przygody i rozrywkowym widowiskiem, stanowił gorzko-refleksyjną opowieść o przyszłości. Zacierała się w niej granica między człowiekiem a replikantem, zaś ludzie, decydując się na akt twórczy, zapominali o odpowiedzialności za istoty, które obdarzyli tęsknotą za normalnym życiem.

Nowy „Blade Runner” kontynuuje filozoficzne rozważania poprzednika. Nie oglądamy już tak poetyckich scen jak monolog umierającego androida z części pierwszej, zakończony pamiętnymi słowami: „Wszystko to rozpłynie się jak łzy na deszczu, pora umierać”. Zamiast nich obserwujemy wewnętrzną walkę o prawo do emocji i wysłuchujemy mów o tym, że „warto się poświęcić dla sprawy”. Problematyka metafizyczna nie straciła nic ze swojego ciężaru, pewne akcenty uległy jednak przesunięciu.

W filmowym 2049 roku w miejsce korporacji prowadzonej kiedyś przez Eldona Tyrella powstaje firma Niandera Wallace’a (Jaret Leto) – quasi-religijnego maniaka, który również za wszelką cenę chce być Stwórcą. W doskonałym świecie nowoczesności nie ma miejsca na lament przestarzałych modeli replikantów, odsyłanych do niewolniczych kolonii. Z mroku zaczyna jednak przebijać nadzieja. „Nie widziałeś cudu” – mówi głównemu bohaterowi filmu likwidowany właśnie android, zaś wyjaśnienie tych słów stanowi oś dramaturgiczną fabuły.

Zmieniła się nieco estetyka świata przedstawionego. W dalszym ciągu obserwujemy gwar tłocznych uliczek wielkiej metropolii, na pierwszy plan scenografii wysuwają się jednak opuszczone przestrzenie. Futurystyczne Miasto Aniołów Villeneuve’a to bezduszny moloch, schronienie istot samotnych.

„Blade Runner 2049” to najpiękniej sfilmowany film ostatniej dekady

Najciekawiej wypada osobisty wymiar ukazanego na ekranie dramatu. 35 lat temu widownia snuła przypuszczenia, czy czasem sam tytułowy bohater nie jest androidem. Villeneuve wprost, choć subtelnie, nawiązuje do tego wątku i go rozwija. Jednak to nie Deckard jest protagonistą nowego filmu (Ford pojawia się na ostatnie 40 minut), ale Joe K (wyraźny ukłon w kierunku Kafkowskiego „Procesu”). Szybko okazuje się, że jego sterylny świat to iluzja: codzienność podszyta jest egzystencjalną pustką, którą bohater próbuje zagłuszyć związkiem z wykreowaną cyfrowo dziewczyną (urocza Ana de Armas). Dawniej tytułowy bohater mógł snuć luźne dywagacje na temat tego, czy wspomnienia androidów są prawdziwe czy jedynie implikowane. Teraz ten problem dotyczy osobiście K, który przecież nie jest człowiekiem. Przed laty replikanci śnili o godności i akceptacji, ich najnowszy model, Joe, marzy o posiadaniu duszy i odegraniu dziejowej roli. Androidy są przecież „bardziej ludzcy niż ludzie”.

Villeneuve przyznał niedawno, że chciał swoją wizję przyszłości wytłumaczyć za pomocą zdjęć. Zamiar ten wybitnie widać na dużym ekranie. „Blade Runner 2049” to bodaj najpiękniej sfilmowany film ostatniej dekady. Operator Roger Deakins podąża za estetyką oryginału, ale też wprowadza urozmaicenia. Oglądamy nie tylko skąpane w nocnym deszczu neony wielkiego miasta, ale także katastroficzne pustkowia, ujęcia bieli padającego śniegu i staroświecki hotel, żółtymi odcieniami nieco zbliżony do barw z dzieł Wesa Andersona. Właściwie każdy kadr nadaje się do oprawienia i zawieszenia na ścianie. Autor zdjęć był dotychczas 13-krotnie nominowany do Oscara, oby najnowsze rozdanie przyniosło mu upragnioną nagrodę.

Nowy „Łowca androidów” jest ucztą filmową, choć zapewne nie skierowaną do wszystkich. Denis Villeneuve nie proponuje rozwiązań typowych dla rozrywkowego kina. W niemal trzygodzinnym metrażu nie ma widowiskowych scen zbiorowych i nagłych zwrotów akcji, licznych bijatyk i strzelanin. Jest za to mrok, ontologiczne rozważania i klimatyczne zdjęcia, czyli wszystko to, za co fani pokochali arcydzieło Scotta. „Blade Runner 2049” to wysokobudżetowy sequel, ale rozegrany kameralnie, nakręcony w refleksyjnym, niemal kontemplacyjnym tempie. Jeśli tak ma wyglądać kino science fiction XXI wieku, nie mam nic przeciwko temu. Warto było śnić o kontynuacji.