Igor Mitoraj sam wybrał dziedzictwo. Połączył w nim w jedno dawne piękno, własną osobność i marzenia. Fragmenty figur, torsów i głów, które podjął jako motyw, miały mówić o czasie heroicznym. I tę rolę przyjęły.

Myśl twórcza, zanim w dziele na świat się wyłoni,
Już w surowym marmurze na poły wyrosła,
Lecz na to, by objawić się mogła doniosła,
Potrzebny jest jej dotyk oświeconej dłoni. (…)

Michał Anioł, „Sonety”

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, mówi potoczna mądrość. To prawda. Nawet podwójna obecność rzeźby Igora Mitoraja w Warszawie nie spowodowała szczególnego napięcia. Okazuje się, że najlepszym odbiorcą jest człowiek z ulicy. To on trafia na wystawę mimo nikłej informacji, on fotografuje rzeźby i ich dotyka, on uważnie czyta podpisy i chce dzieło rozumieć, dlatego wszczyna rozmowy; to on wreszcie dopomina się o druk związany z autorem.

Wystawę, przywiezioną z inicjatywy oo. Jezuitów na śródmiejski skwer Hoovera, spowodowało inne, ważniejsze wydarzenie – inauguracja Drzwi Anielskich do kościoła Matki Boskiej Łaskawej na Starym Mieście. Ma to związek z czterechsetleciem obecności obrazu Madonny w tej jezuickiej świątyni. Autorem nowych wrót wejściowych z brązu jest właśnie Mitoraj. Są trójpłaszczyznowe, z górującą nad postaciami aniołów Maryją. Rozpracowanie ich powierzchni nosi wszystkie cechy sztuki tego artysty – miękkość a jednocześnie siłę płaskorzeźb, a także malarski dźwięk patyn.

Uprzedzający inaugurację drzwi dwumiesięczny pokaz innych jego prac w środku Krakowskiego Przedmieścia zgromadził około trzydziestu obiektów: głów, torsów, małych grup rzeźbiarskich, kilka rzeźbiarskich szkiców do kompozycji, która jest tematem drzwi, a także zdjęcia i cztery obrazy nazwane ikonami. W tym samym czasie odsłonięto przy ulicy Bobrowieckiej stojącą na małych wodospadach „Grand Toscano, znaną rzeźbę tego samego artysty.

Wśród wielu mało już pamiętanych wystaw letnich te wydarzenia były sprawą poważną, która powinna była skierować znawców ku temu, co stoi ponad przeciętnością w mieście nie zalewanym przecież potokiem dzieł do pozazdroszczenia. Wobec odsunięcia się jednak od nich większości recenzentów i krytyków, ciekawość z całą szczerością objawiali nieprofesjonaliści.

Jak rytualna rzeźba

Pietrasanta, święty kamień, od setek lat ściągała do gór Apuańskich w środkowej Italii artystów pracujących w marmurze. Michał Anioł, największy rzeźbiarz Europy czerpał kamień ze złóż wznoszącej się nad tym miasteczkiem Altissimy. Do dziś funkcjonują w kamieniołomach jego usprawnienia techniczne. W opinii tego artysty rasowym rzeźbiarstwem było opracowywanie kamienia, podczas kiedy modelowanie kompozycji pod odlew w brązie miałoby (przez dodawanie materii, a nie jej ujmowanie) cechy bliskie malarstwu. Jednak uprawiał wszystko. Wszystkie działania były dla niego ważne, a nawet uzupełniające, tym bardziej, że miał potrzebę koloru i mimo przestrzenności rzeźby rozumiał umowność obrazu. W słynnej w tamtym czasie ankiecie Varchiego o wyższości sztuk odpowiedział, nie kategoryzując, że to nie materiał, ale intensywność idei przesądza o wadze dzieła.

Po pięciu wiekach Igor Mitoraj podzielił przekonania Michała Anioła. Zrobił to z uwagą, choć na swój sposób. W materii rzeźby poruszał się przecież sam. Uczył go kamień, uczył warsztat. Czerpiąc z najszlachetniejszych złóż marmuru nie pogardził też pospolitym szorstkim trawertynem. Sam również poznawał właściwości brązownictwa, od czego zresztą rozpoczął utrwalanie swoich rzeźb. Wierny jest rysunkowi, rysuje biegle, gdy bierze pędzel albo uzbraja patyny w kolor, odzywa się w nim malarz. Działa więc podług zasad dawnych mistrzów. Z sumy tych biegłości plastyka, jego rzeźby przyjęły charakterystyczny modelunek i z biegiem czasu coraz ekspresywniejszy udział koloru. Przecież dawniej w Krakowie studiował malarstwo i wie sporo o języku barw.

Sztuka rzeźbiarska wzięła się z kamienia i jest częścią natury pejzażu. Ogniskuje sobą przestrzeń, w którą wchodzi. Podnosi i utrwala jej wyraz. Niekiedy zdradza wobec niej swoją imperialność. Jej obecność tworzy nowy układ. Może tę przestrzeń zakłócić, przyporządkować sobie albo ponad siebie wywyższyć. Może być wobec tej przestrzeni kontrastowa albo z nią spojona, bardziej lub mniej dobitna. I nie ma większego znaczenia, czy stoi pośród gęstwiny, czy jest samotna w linii horyzontu, czy też ma za tło geometrię architektury. Jest zawsze współorganizatorem zastanej rzeczywistości, narzędziem, za pomocą którego można zmienić wyraz i znaczenie każdego miejsca. Świetnie o tym wiedzieli ludzie starożytności, tworząc swoje święte giganty. Wiedział o tym człowiek średniowiecza, renesansu i baroku spajając rzeźbę z masywem katedr, wnętrzami pałaców lub zielenią ogrodów. Potwierdzali to instynktownie twórcy plemienni różnych czasów, zamieniając otoczenie w elementy rytualnej rzeźby.

Mitoraj jako jeden z nielicznych artystów współczesnych przestudiował historię, sens i funkcję formy trójwymiarowej wobec człowieka i wobec przestrzeni. Obejrzał ją wszędzie. Wypchnięty w świat mieszkaniec oświęcimskiej prowincji, nosiciel trudnej biografii, z determinacją ludzi jemu podobnych ominął otoczenie i zwrócił się w inną stronę. Poszukał odmiennego gruntu. Nie zaczynał od razu, najpierw patrzył i chłonął. Kiedy jego rówieśnicy rozpędzali się w biegu ku formie otwartej i „progresywnej”, on cofał się w przeszłość sztuki. Dawna Grecja i klasyka basenu morza Śródziemnego, ale także, dla kontrastu, pozostałości azteckie, to wszystko, co wypełnia muzea lub jeszcze stoi pod otwartym niebem,  pracują dla jego wyobraźni. W ten sposób uczył się rozumienia przestrzeni, a z drugiej strony samego człowieka oraz sensu jego wielkich mitów. Przenikliwy w materii przeszłości, nakłada ją na dzisiejszość świata. Kruszenie materii i fizyczne ułomki dawnych całości widzi symbolicznie, w kontekście słabnięcia siły ducha.

Artysta ten sam zatem wybrał dziedzictwo. Połączył w nim w jedno dawne piękno, własną osobność i marzenia. Ujawniał je przez rozbity dzisiaj obraz rzeczywistości. Fragmenty figur, torsów i głów, które podjął jako motyw, miały mówić o czasie heroicznym. I tę rolę przyjęły.

Trzeba pamiętać, że swoją koncepcję Mitoraj budował podczas największego trzęsienia ziemi w sztuce, kiedy w grę weszła wolność od starych zasad. Wielką rację miał nauczyciel Mitoraja, Tadeusz Kantor, popychając go, jeszcze przed dyplomem, w stronę decyzji o wyjeździe. Wyjechał do legendarnego paryskiego kotła, gdzie wrzało i szła wojna o nowe. To właśnie Paryż ze swoją twardą szkołą przetrwania, ale i ze swoją tradycją przyciągania marzycieli, mógł być dla Mitoraja najlepszym miejscem twórczej próby. I tak się stało. Odmiennie niż w wielu innych przypadkach uzbroił go w odporność na trudy i w „wolność od wolności”. Znaczyło to obronę siebie i własnej drogi. Znaczyło też zarzucenie malarstwa i dojrzałość do podjęcia rzeźby, i tematu człowieka. To miasto wyposażyło go więc, jak mogło najlepiej – dało mu wiedzę i bodźce, zahartowało na przyszłość. Dało też pierwszą nadzieję sukcesu. A prawdziwie wielki sukces zaczął się po zamieszkaniu we Włoszech, czterdzieści lat temu. Zaczął się w Pietrasanta.

… niech będzie

Tak jak przestrzeń jest współczynnikiem rzeźb Igora Mitoraja, tak wymiar czasu ma dla nich również swoje znaczenie. Formy wychodzące z jego pracowni wydają się na pierwszy ogląd nie podlegać przemijaniu.. Trzeba skupienia, by zrozumieć, że podjęty przez artystę dawny ideał broni się resztkami świetności – wielkością przeciw destrukcji.

Z biegiem lat łamią się lica odlewów, kamień ujawnia swoje właściwości, na powierzchniach zjawia się blady kolor patyn. Ubywa kompletności, ale narasta wyraz formy. To jest przedstawienie fizycznego działania czasu. Ale jednocześnie jest coś jeszcze – ujawnienie tego drugiego czasu zmian zachodzących wewnątrz człowieka, który jest zdolny niszczyć to, co niegdyś czcił, lub wielbić odwrotność dawnego piękna. Ostatnie prace Mitoraja stają się pełnym ekspresji przeciwieństwem pogodnego trwania. Swoistą manifestacją przyjęcia tego, co nieuchronne.

Można rzeźby Mitoraja nie przyjmować w jej koncepcji, można nie zawsze ją rozumieć, trudno jednak nie ulec za jej przyczyną poruszeniu. Nawet odrzucenie sąsiaduje tu z pobudzeniem. Klimat nostalgii tych wielkich ułamków formy popycha ku przypomnieniu Horacego: „Nie dociekaj nie nasza to rzecz Leukonoe / kiedy umrzeć mam ja kiedy ty / nie odsłaniaj babilońskich arkanów Co ma być niech będzie (…).”

Tomasz Mann w „Czarodziejskiej górzeprzedstawił historię choroby płucnej i jej konsekwencji w życiu bohatera. Joseph Conrad w powieściach i nowelach nawracał do spraw dziejących się na wschodnich morzach. Jednak za zasłoną fabuły stała u obu pisarzy ciągle ta sama potrzeba wejścia w wewnętrzny świat człowieka. Hans Castorp określiłby to naiwnie: zatrzymaniem, jak na lekarskiej kliszy, tajemnic duszy. Być może pisarze podają czytelnikom zdatniejszy klucz do zawartości słowa. Ale każda postać sztuki może być do podobnego zabiegu narzędziem, tylko nie każda z niego korzysta.

Czym jest dobro, piękno, męstwo, honor, czym twórczość właśnie, jeśli nie poszukiwaniem ideału, przekraczaniem smugi cienia, analizą i wznoszeniem siebie? Wydaje się, że takim właśnie tropem stara się w swoich rzeźbiarskich doświadczeniach iść Igor Mitoraj, czciciel idei. Pamiętając o dawnej wielkiej misji sztuki, widząc gdzie jest jej miejsce dzisiaj, chce przywołać widza do myślenia. To, co proponuje, nie jest katalogiem form, jak w dawnych wzornikach Winckelmanna, czy ilustrowaną lekcją historii starożytności.  Jest czymś zgoła odwrotnym.

Dzisiejsze świątynie nie są u nas, niestety, gościnnym miejscem dla wybitnej sztuki współczesnej. Tak już jest, że trafia do nich więcej szczerych intencji aniżeli dzieł. W potoku złych przykładów działań i realizacji inicjatywa oo. Jezuitów jest wartościowym wyjątkiem. Ważnym na dzisiaj i jutro. Drzwi anielskie ze śródmiejskiej świątyni nie są pierwszymi wrotami wykonanymi przez Mitoraja.

W Rzymie są  – obok innych monumentów artysty – drugie, od warszawskich dwukrotnie większe. Znaleźć je można u wejścia do kościoła Santa Maria degli Angeli e dei Martiri, w dawnych termach Dioklecjana, przywróconych chrześcijaństwu przez Michała Anioła. Mitorajowe wrota były na miarę wagi miejsca, więc zostały entuzjastycznie przyjęte. Taką właśnie drogą śmiało stawianych zadań i ambitnej na nie odpowiedzi powinno się iść i u nas.

Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Więź” nr 10/2009.