Wyczuwało się przy nim marność frazesów i form nieistotnych. Tęskniło się za prostotą myśli, którą niosły ludziom jego pełne smutku i zadumy dobre oczy.

Tekst przemówienia wygłoszonego podczas mszy świętej za duszę Janusza Korczaka w kościele ss. Wizytek w Warszawie w dniu 29 grudnia 1971 r.

Można zapytać, dlaczego właśnie dzisiaj msza św. w intencji Janusza Korczaka, Starego Doktora, przyjaciela dzieci.

Przecież dziś nie przy­pada ani rocznica jego śmierci, ani urodzin. Przeżywamy jednak w tej chwili okres Bożego Narodzenia, w którym chrześcijanie całego świa­ta gromadzą się przy Dziecku. Reverentia puero — jak mówili sta­rzy. Janusz Korczak jest chyba jednym z najserdeczniejszych mędrców, którzy pokłonili się Dziecku. Stąd ten nieoczekiwany może dla wielu związek pomiędzy czasem, który przeżywamy, a mszą.

Na półtora roku przed II wojną światową przed mikrofonem Polskie­go Radia tak przemawiał w jednej ze swych „gadaninek”, pt. „Samotność i starość” – Janusz Korczak, dr Henryk Goldszmidt, zwany powszech­nie Starym Doktorem:

żyłeś ile przeorałeś
ile wypiekłeś chleba dla ludzi
ile włożyłeś pod budowę –
zanim odejdziesz
ile przyszywałeś guzików
ile połatałeś ubrań
ile cerowałeś
komu i ile dawałeś ciepła
jaka była twoja służba
kogo wsparłeś, kiedy się zachwiał
kogo uczyłeś nie spekulując na pokaz, wdzięczność, zapłatę.

Znamy z lektury i legend ostatnie chwile życia Starego Doktora – bu­dzącego sumienie.

Wyrzucony przez Niemców z getta w środę 5 sierpnia 1942 roku, stanął na czele 200 podopiecznych dzieci niosących zielony sztandar Domu Sie­rot – na punkt przeładunkowy przy ul. Stawki.

Nie znamy dalszego przebiegu tej krótkiej już, bezpowrotnej podróży – wprost do komór gazowych w Treblince. Wiemy tylko, że nie opuścił dzieci, choć mu proponowano uwolnienie i możliwość osobistego ratun­ku. Trzymał je za ręce. Razem zginęli. Odszedł w wytartym mundurze polskiego lekarza wojskowego, który włożył w pierwszym dniu wej­ścia Niemców do Warszawy i nosił ostentacyjnie aż do śmierci.

Nie obawiam się mówić o Korczaku rzeczy już znanych, bo te rzeczy znane są wciąż jednakowo wzruszające i bliskie; obawiam się, że bę­dę mówił jednym tchem, nieskładnie, mocno nie po kolei, jak dziecko, które chce powiedzieć o kimś, kogo kocha, wszystko, ale nie wie co naj­pierw, co potem, co ważne, a co mniej ważne – bo wszystko wydaje się wtedy najważniejsze.

Janusz Korczak był wychowawcą. Porzucił praktykę lekarza medycy­ny, aby wychowywać dzieci. Stał się bezdzietnym ojcem niezliczonej ilości cudzych dzieci. Założył dwa sierocińce – jeden żydowski na ul. Krochmalnej, drugi chrześcijański w Pruszkowie, przeniesiony potem na Bielany.

Maria Grzegorzewska w „Listach do młodego nauczyciela” pisze, że był wychowawcą niezwykłym. Wyzwalał prawdę już samą swoją obecnością. Każdy, kto obracał się przy nim – czuł się so­bą. Wyczuwało się przy nim marność frazesów, form nieistotnych. Tęskni­ło się za czystością, prostotą jego myśli, które niosły ludziom jego pełne smutku i zadumy dobre oczy.

Korczak stał się bezdzietnym ojcem niezliczonej ilości cudzych dzieci

Był odrębnym filozofem. Kiedyś tak przemawiał do wychowanków wyruszających w daleką drogę, którą nazywał życiem: „Nie dajemy wam Boga, bo sami musicie Go odszukać we własnej duszy w samotnym tru­dzie. Nie dajemy wam ojczyzny, bo musicie odnaleźć ją własną pracą swego serca i myśli. Nie dajemy wam miłości dla ludzi, bo nie ma miłości bez przebaczenia, a przebaczenie to wielki mozół i trud, którego trzeba się podjąć. Dajemy wam tęsknotę za lepszym życiem, którego nie ma, a które kiedyś będzie. Może ta tęsknota doprowadzi was do Bo­ga, ojczyzny i Miłości”.

Był związany z kulturą i obyczajem polskim. W swoim „Curriculum vitae” po­daje, że w okresie Bożego Narodzenia ojciec oprowadzał go po jaseł­kach i szopkach. Wychowywał się na twórczości Brzozowskiego i Świę­tochowskiego, Nałkowskiego, Norwida, Dygasińskiego, Konopnickiej, Pru­sa. Jako chłopiec wyczekiwał kiedyś w parku w Nałęczowie z takim wzruszeniem, z jakim kiedyś oczekiwał Sprężycki we „Wspomnieniach niebieskiego mundurka” – przejeżdżającego Syrokomlę.

Był pisarzem. Kto z nas nie pamięta jego „Króla Maciusia 1” i „Maciu­sia na bezludnej wyspie”, jego „Pedagogiki żartobliwej”, jego „Sam na sam z Bogiem, czyli modlitwy tych, co się nie modlą”.

Znał język dziecka. Mówił o zegarku obiecanym przez wujka, o kolo­rowych ołówkach, o jednym kasztanie znalezionym w parku, o kurze, o kucyku, pieczątce, o wycieczce łódką do Gdańska, o podróży w stalowej kuli dookoła Księżyca.

Był lirykiem, lekko pochylonym panem z małą siwiejącą bródką, szaro-niebieskimi oczami i powiekami czerwonymi często od wzruszenia, przy­wiązującym wagę do sentymentalnych pamiątek, starych listów i zasuszonych kwiatów, co nie przeszkadzało mu być trzeźwym, kiedy banda­żował, jodynował pokrwawione palce, zaglądał do gardła, pytał o gruczo­ły i infekcje.

Stał poza oficjalnymi wyznaniami, chociaż tak często mówił o Bogu i wracał do Biblii. Na grobie swej matki wyrył napis z Pięcioksięgu: „Nie zapomniałem Twoich przykazań ani ich nie przestępowałem”.

W „Trzech wyprawach Herszka” pisze: „Była wojna. Tytus spalił świątynię. Był pożar. Paliły się książki Boga, ale tylko papier się pa­lił, litery pofrunęły i żyją”.

Nie był formalnie związany przez chrzest z Jezusem, ale ile z jego ży­cia i śmierci możemy się uczyć my, chrześcijanie.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 6/1972 pod tytułem „O Januszu Korczaku”.