Samo wprowadzenie zakazu polowań nie rozwiązuje kwestii ochrony dzikich zwierząt. Możemy bowiem obejmować ochroną na papierze sóweczkę czy włochatkę, a i tak będzie po nich, gdy akceptujemy wycinanie Puszczy Białowieskiej.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7/1998.

O dzikich zwierzętach przeciętny Polak wie niewiele. Dlatego też niewiele przejmuje się ich losem.

Znamy cierpienia psów i kotów, bo one żyją blisko nas. Trudno nam sobie wyobrazić, jak może cierpieć gdzieś w lesie wilk, jeleń czy foka w morzu. Tymczasem tragedie dzikich zwierząt, choć dla nas niewi­doczne, są zwykle większe niż tych udomowionych.

Nasz zupełnie nijaki stosunek od zwierząt dzikich bierze się głównie z tego, że bardzo nam trudno wyobrazić sobie, jak taki wilk może cierpieć. Choć może akurat z wilkiem mielibyśmy najmniej problemu, bo przecież to niemal nasz pies. Gorzej na pewno byłoby z foką, nie mówiąc już o zwierzętach takich jak nietoperze.

Wszystko dlatego, że nasza wiedza o zwierzętach dziko żyjących jest znikoma. Nie dotyczy to tylko szarych zjadaczy chleba, ale też osób lub instytucji, które profesjonalnie powinny się zajmować dziki­mi zwierzętami.

Obawiam się, że nawet nie wiemy, ile dokładnie mamy zwierząt da­nych gatunków. Nie ufałbym zbytnio danym GUS, które z dokładnością co do sztuki podają, ile mamy łosi (2435 w 1996 r.), danieli (8152) i, z dokładnością co do setek, ile mamy jeleni (99 700) czy saren (520 000).

Wszystko dlatego, że metody liczenia po tropach, jakie stosowane są przez nadleśnictwa oraz koła łowieckie, są zupełnie przestarzałe i niedokładne. Polega to głównie na tym, że zawyżane są liczby zwierząt żyjących na te­renie danego nadleśnictwa. Wyobraźmy sobie, że na terenie dwóch nadleśnictw żyją sobie cztery łosie. Średnia na jedno nadleśnictwo wyno­siłaby więc dwa łosie. Ale na ogół tak nie jest. Raczej podaje się, że na terenie jednego nadleśnictwa mamy cztery łosie, na terenie drugiego też cztery, czyli razem żyje w tamtej okolicy osiem zwierząt. Wszystko dlatego, że cztery łosie… przeszły przez jedno i drugie nadleśnictwo zosta­wiając tam swoje tropy.

Oczywiście wszyscy dobrze zdają sobie sprawę z tego, że metoda liczenia po tropach jest do luftu, ale nikomu nie zależy na tym, aby ją zmieniać. Daje ona po prostu możliwości manipulowania odstrzałami, jak się komu podoba. Zależy na tym nadleśnictwom podleg­łym Lasom Państwowym, bo to one zarabiają na polowaniach. Co więcej, wśród leśników pokutuje pogląd, że to zwierzyna jest niszczycielem lasu. Prawda to o tyle, że rzeczywiście zwierzęta potrafią niszczyć, ale nie lasy naturalne, tylko sztuczne uprawy, a to już raczej wina człowieka, nie zwierząt.

Każdy bardziej przejmuje się tym, że jakieś zwierzę zostało zastrzelone, niż tym, że wycięto drzewo z dziuplą

Dopóki marny system liczenia zwierząt dotyczy gatunków, które są w miarę liczne, nie ma tragedii. Gorzej, kiedy zależy od tego los zwierząt rzadkich. Tak było na początku lat dziewięćdziesiątych z rysiem. Leśnicy i myśliwi twardo stali na stanowisku, że mamy około 500-600 sztuk tych zwierząt i można na nie spokojnie polować. Tropiąc po śniegu udowadnia­li, że terytorium samca to około 50 km kw., przez co, jak mówili, rysi jest wystarczająco dużo, aby do nich móc strzelać.

Na szczęście właśnie w tym samym czasie trwały badania telemetryczne dotyczące rysia w Puszczy Białowieskiej. Były one prowadzone przez nieocenionych naukowców z Zakładu Badania Ssaków PAN. Badania telemetryczne polegają na tym, że zwierzęta zaopatrzone w obroże z nadajnikiem są śledzone z od­dali. Tak czy inaczej naukowcy z Zakładu wykryli, że terytorium rysia może obejmować nawet 300 km kw. Oznacza to, że na danym terenie mieszka ich znacznie mniej, niż można sądzić z tropień. Zweryfikowano więc liczbę rysi i dziś mówi się o zaledwie 250 sztukach żyjących w Pol­sce. To bardzo mało. Ryś znalazł się więc pod ochroną.

Znacznie dokładniejsze dane mamy na temat zwierząt rzadkich, szcze­gólnie ptaków. Wiemy na przykład, że w Polsce zakłada gniazda około 250 par bielików. Tylko że gniazda ptaków znacznie łatwiej jest policzyć, a poza tym społeczne organizacje, które tym się zajmują, takie jak Ko­mitet Ochrony Orłów, Północnopodlaskie Towarzystwo Ochrony Ptaków czy też Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków, nie mają żadnego interesu w zaniżaniu lub zawyżaniu danych.

Nawet dane dotyczące zwierząt ginących pozostawiają wiele do życze­nia. Ot, chociażby taki żbik, dziki kot. Znajduje się on wprawdzie pod ochroną, ale nie wiadomo, czy jeszcze jakiekolwiek dzikie żbiki w Polsce żyją. Czy są to może mieszańce z kotem domowym? Choć żbik na papie­rze chroniony jest od lat, to dopiero teraz rozpoczynają się badania, które mają stwierdzić, jak go chronić, oczywiście jeżeli jeszcze jest. Przykład żbika pokazuje nasze dość niefrasobliwe podejście do problemu ginących gatunków zwierząt dzikich. Nie ma w Polsce żadnej służby lub placówki, która koordynowałaby badania i mierzyła stan populacji takich zwierząt.

Puszcza Białowieska

Puszcza Białowieska, fragment kartki pocztowej z 1935 r.

Dlatego wyginął w latach osiemdziesiątych drop. I dlatego zapewne już za chwilę pożegnamy się z głuszcami, które żyją w tej chwili w małych od­dzielonych od siebie populacjach. Doprowadziły do tego i nie kontrolowa­ne polowania, i wycinka lasów. Dziś, nawet gdybyśmy zaczęli wypuszczać na wielką skalę głuszce z hodowli, to i tak może być za późno. Problem polega też na tym, gdzie znaleźć pie­niądze na ratowanie takich gatunków jak głuszec. Przecież mało kto przejmuje się w tym kraju wielkim czarnym ptaszyskiem, które głuchnie w trakcie pieśni godowej.

Zresztą samo wprowadzenie zakazu polowań na jakiś gatunek jeszcze nie rozwiązuje problemu. Polowania zwykle są tylko ostatnim gwoździem do trumny danego gatunku. Bardziej niebezpieczne jest niszczenie naturalnych miejsc życia zwierząt. Możemy bowiem obejmować ochroną na papierze sóweczkę czy włochatkę, a i tak będzie po nich, gdy akceptujemy wyci­nanie Puszczy Białowieskiej – ich największej ostoi na nizinach. W sumie to takie samo niszczenie gatunku, jak byśmy do niego strzelali, tyle tylko, że rozciągnięte w czasie. Oczywiście każdy bardziej przejmuje się tym, że jakieś zwierzę zostało zastrzelone, niż tym, że wycięto drzewo z dziuplą. Tymczasem ta dziupla to dom dla sóweczki, włochatki, muchołówki i wielu, wielu innych gatunków skazywanych przez nas na powolną, nieefektowną śmierć.

Bolesna jest natomiast śmierć z rąk kłusownika. Trudno nawet osza­cować, jak wiele zwierząt rocznie ginie w Polsce z rąk kłusowników, ale na pewno są to dziesiątki, jeżeli nie setki tysięcy osobników. W niektó­rych regionach Polski, gdzie istnieją całe „zagłębia” kłusownicze, trudno jest wręcz spotkać zająca. Tak jest na przykład na Kielecczyźnie, gdzie tradycyjnie używa się do kłusowania chartów i ich mieszańców. Jest to tragiczne, bo nie dość, że cierpią dzikie zwierzęta dławione przez psy, to jeszcze wyrok śmierci z rąk myśliwych, lekarzy weterynarii lub policjan­tów jest wykonywany na Bogu ducha winnych chartach, które po prostu są szkolone przez ludzi do gonienia i zabijania.

Człowiekowi ujętemu na trzymaniu charta oczywiście dzieje się najmniejsza krzywda, bo jest skazywany wyłącznie na grzywnę i to niewielką.

Charty to oczywiście nie jedyne z kłusowniczych narzędzi. Kłusownicy chodzą do lasu wyposażeni zarówno w broń typu samoróbka, jak i w mordercze kałasznikowy. Do dyspozycji mają też potrzaski, które można za parę złotych kupić na jakimkolwiek targu od handlarzy ze Wschodu.

Największym przekleństwem polskich lasów są wnyki

Ale największym prze­kleństwem polskich lasów są wnyki. Jest to niezwykle proste i efektywne urządzenie. Wystarczy mieć kawałek stalowej linki, zrobić z niej pętlę i umocować na ścieżce zwierząt. Takich pętli można w ciągu dnia ustawić kilkadziesiąt. Zwierzę, które w nie wpadnie, będzie miało dużo szczęścia, jeżeli złapie się za szyję. Dusić się będzie kilka minut lub kilka godzin. Ale widziałem też wilka, którego wnyk schwytał za brzuch. Stalowa linka wrzynała się powoli, zwierzę konało ponad tydzień w okropnych mę­czarniach. Wilk nie dostał litościwego ciosu siekierą, ponieważ kłusownik, który stawia wiele wnyków, mógł o jednym z nich po prostu zapomnieć.

Walka z kłusownictwem nie należy do najłatwiejszych. Obawiam się, że nieprędko sobie z tym problemem poradzimy. W wielu miejscach kłu­sownictwo jest po prostu wynikiem biedy. Ludzie, którzy stracili pracę w pegeerach, coś jeść muszą i czasami nie mają innego wyjścia. Muszą kłusować.

Ale są też kłusownicy, którzy uprawiają ten proceder dla sportu. Złapać ich nie jest trudno i zwykle lokalna policja wie, jak to zro­bić.

Problemy pojawiają się dopiero w sądzie. Nie wiedzieć czemu, sądy traktują kłusownictwo jako proceder o niskiej szkodliwości społecznej i albo uniewinniają kłusowników, albo skazują ich na śmiesznie niskie kary. Niedawno pewien białowieski kłusownik został skazany na… 130 złotych grzywny, pomimo że znaleziono u niego w domu wnyki i zabitego jelenia. Sędzia posłużył się formułą o „niskiej szkodliwości”. Widać nawet dla ludzi tak inteligentnych jak prawnicy cierpienia zwierząt dzikich są równie trudne do wyobrażenia, jak dla całego naszego społeczeństwa.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7/1998.