Projekt ustawy o szkolnictwie wyższym nadaje okrętowi naszej nauki właściwy kierunek. Jednocześnie rzuca kotwicę przeregulowania. Niestety nie zapewnia finansowego paliwa, bez którego okręt nie ruszy w rejs.

Działania Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego poprzedzające zapowiadaną reformę w sposób wyraźny odróżniają się od klasycznych konsultacji społecznych prowadzonych przez polskie władze. Ministerstwo uruchomiło cykl lokalnych konferencji, angażując do dyskusji przedstawicieli środowiska akademickiego. Zarówno comiesięczne konferencje Narodowego Kongresu Nauki, konkurs na założenia do tzw. ustawy 2.0 (w którym trzy zespoły naukowe przygotowały propozycje zmian systemowych), jak i spektakularne widowisko, jakim we wrześniu był Kongres w Krakowie, miały spowodować, że środowisko – które skorzysta z szansy wypowiedzenia się – uzna ministerialny projekt za własny.

Ten plan się częściowo udał. Na zakończenie Kongresu prof. Jarosław Górniak, kierownik Centrum Ewaluacji i Analiz Polityk Publicznych UJ i Przewodniczący Rady NKN, powiedział: „Ta ustawa jest nasza”.

Mimo że po stronie ministerstwa wyraźnie widać gotowość dialogu i otwartość na argumenty, jak dotąd projekt ustawy jednak „nasz” – czyli całego środowiska – nie jest. To nadal projekt ministerstwa i wicepremiera Jarosława Gowina, który osobiście bierze odpowiedzialność za jego finalny kształt.

Projekt nowego prawa o szkolnictwie wyższym i nauce jest niejednorodny pod względem przyświecających mu priorytetów programowych. Z jednej strony podporządkowany jest zasadzie wspierania jakości, z czego wynika chęć oddania większej autonomii uczelniom w sprawach organizacji wewnętrznej oraz uzależnienia praw do nadawania stopni doktora i doktora habilitowanego od poziomu prac badawczych prowadzonych w uczelniach. Z drugiej – niektóre zapisy świadczą o kierowaniu się autorów ustawy brakiem zaufania do środowiska. Przejawem tej postawy jest wprowadzenie zasady losowania recenzentów w postępowaniu o nadanie tytułu profesora lub wprowadzenie anonimowych recenzentów w przewodach habilitacyjnych. Mechanizmy te miałyby chronić przed patologicznymi układami i nieetycznymi recenzjami odbiegającymi od zasad uczciwości badawczej.

Brak reakcji na przypadki plagiatów i negatywne recenzje z pozytywną konkluzją są zmorą naszego środowiska

Taka ideowa dwoistość jest niestety uzasadniona. Mamy bowiem w Polsce z jednej strony znakomite centra naukowe z ich przełomowymi badaniami i dydaktykę akademicką na wysokim poziomie, którym należałoby w największym możliwym stopniu poluzować gorset administracyjny, by mogły się szybciej rozwijać i skutecznie konkurować ze światem; mamy też świat kiepskiej dydaktyki i badań naukowych, które poza odtwórczym charakterem niestety również bywają na bakier z etyką. Brak reakcji na przypadki plagiatów czy negatywne recenzje z pozytywną konkluzją są zmorą naszego środowiska. Autorzy projektu ustawy starają się stworzyć system, który dowartościuje najlepszych, a jednocześnie administracyjnie ogranicza patologie.

Projekt nadaje okrętowi naszej nauki właściwy kierunek, lecz jednocześnie rzuca kotwicę przeregulowania. Niestety nie zapewnia paliwa, bez którego okręt nie ruszy w rejs.

Przejawem przeregulowania jest projektowane ujednolicenie ustroju uczelni (choć trzeba przyznać, że w znacznie mniejszym stopniu niż w obecnie obowiązujących regulacjach). Projekt określa czas trwania kadencji rektorów oraz skład rady uczelni, nie pozostawiając możliwości określenia tego w statutach szkół wyższych. W miejsce ramowych zasad ustrojowych projekt dookreśla funkcjonowanie najważniejszych organów uczelni. Przeregulowane są również zapisy gwarantujące prawa studentów oraz rolę związków zawodowych w uczelni. Te dwie grupy mają w przepisach zagwarantowanych więcej praw niż sami badacze.

Projekt ustawy w zbyt małym stopniu zapowiada podniesienie budżetowego finansowania nauki i szkolnictwa wyższego, tymczasem – przypomnijmy – procent PKB przeznaczany na ten cel należy w Polsce do najniższych w Europie (znacznie wyprzedzają nas np. Czechy czy Węgry). Proponowane zapisy gwarantują minimalne wynagrodzenia na różnych stanowiskach, liczone jako wielokrotność pensji minimalnej, lecz ich wysokość nadal pozostawia wiele do życzenia. Czy zdołamy zatrzymać najzdolniejszą młodzież na uczelniach, oferując jej pensje o połowę niższe niż w innych gałęziach gospodarki, i trzykrotnie niższe niż na uczelniach Europy zachodniej?

Budżet na naukę – wspomniane paliwo dla okrętu – to newralgiczny element planowanej reformy.

To, że reforma jest konieczna, powtarzane jest od dawna. Zawsze jednak przypomina się, że sama strukturalna zmiana systemu nie pozwoli na jakościową poprawę sytuacji. Badania naukowe oraz edukacja akademicka będą lepsze tylko dzięki trzem występującym jednocześnie czynnikom: 1. rozluźnienie administracyjnych więzów, które pozwolą na stworzenie zróżnicowanego i elastycznego systemu akademickiego; 2. zapewnienie trwałego finansowania badań naukowych i szkolnictwa wyższego na poziomie odpowiadającym przynajmniej średniej europejskiej, oraz 3. stworzenie systemu oceny jakości, będącego podstawowym kryterium finansowania uczelni i instytucji badawczych.

W debacie o zmianach na polskich uczelniach diagnoza ta powtarzana jest od dawna. Niedawny raport Komisji Europejskiej, wykonany na prośbę Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, jednoznacznie wskazał, że nasz sektor badań naukowych i szkolnictwa wyższego potrzebuje więcej pieniędzy i więcej różnorodności. Projekt nowej ustawy jedynie w części odpowiada na te potrzeby.

Bez wątpienia pozytywnie należy ocenić zapisy zmieniające funkcjonowanie studiów doktoranckich, wprowadzające stabilność zatrudnienia oraz zróżnicowany model kariery akademickiej (np. możliwość wyboru ścieżki dydaktycznej i zniesienie obowiązku habilitacji). Ważnym ułatwieniem funkcjonowania uczelni mogą być przepisy dotyczące finansowej gospodarki szkół wyższych. Projekt wiele kluczowych rozwiązań ceduje na statuty uczelni oraz samo środowisko akademickie. Zgodnie z zapisami to uczelnie same określą skład swoich rad uczelnianych, zasady oceny okresowej pracowników oraz stawiane im wymagania, a także kryteria wyboru kandydatów do pracy na uczelni. To uczelnie – i to im lepsze, w tym większym zakresie – będą miały swobodę w projektowaniu programów studiów.

Przed nami trzy wielkie niewiadome. Po pierwsze, czy ustawa zostanie uchwalona w formie zbliżonej do obecnego projektu? Po drugie, czy jej wdrażaniu towarzyszyć będzie trwałe podnoszenie budżetu na naukę i szkolnictwo wyższe? Po trzecie, czy środowisko akademickie roztropnie wykorzysta wolność, którą projektowana ustawa może mu zapewniać?

Na razie oczekiwania są duże, a stawka ogromna. Czy można być optymistą? To zależy, jak oceniamy aktualną sytuację w kraju. Ale zależy to nie tylko od tego, jakie są nasze władze, lecz również jakie jest samo środowisko naukowe. Na dwoje babka wróżyła: albo będzie sukces, albo na dekady ugrzęźniemy w przybrzeżnym mule.