Szymanowski, wbrew pozorom, był późnym romantykiem, i za takiego się uważał. Pogodziła mnie z nim jego III Symfonia, natchniona i do tego skrajnie osobista.

Bierzemy na warsztat muzykę późnych romantyków. Mahler, Bruckner, Ryszard Strauss, Skriabin, Szymanowski. Zaraz, zaraz – zdziwi się uważny czytelnik tego tekstu – skąd ta kolejność, czemu raptem od trudniejszego do łatwiejszego, dlaczego najpierw (przed chwilą) buntowniczy, awangardowy, hermetyczny wiek XX, a dopiero po nim (teraz) piewcy rozbuchanych, ale przecież swojskich uczuć?

Odpowiedź to moje osobiste doświadczenia. Długo, bardzo długo nie cierpiałem mahlerów, brucknerów, straussów (ryszardów), skriabinów, a z Szymanowskiego zdolny byłem słuchać tylko młodzieńczej Etiudy b‑moll. Nie trawiłem w muzyce rozwichrzenia, a także dłużyzn, chlipań, patetycznych łomotów. Miałem wybitnie restrykcyjny gust, ukształtowany na Bachu, Scarlattim, klasykach wiedeńskich i Chopinie. Ład, porządek, lapidarność, perfekcjonizm, a jeśli emocjonalność, to poddana natchnieniu w natężeniu najwyższym, rozwiewającemu wszelkie wątpliwości.

Pamiętam, jak raz, wychodząc od Stefana Kisielewskiego w jego mieszkaniu na Szucha, rzuciłem, nader sobą zachwycony: „wolę Jana Straussa od Ryszarda”, a on (wielki Ryszarda Straussa admirator, autor pracy dyplomowej o jego poematach symfonicznych) tylko się dobrotliwie uśmiechnął.

I kiedy mi się wreszcie w głowie rozjaśniło, kiedy mi opadły klapki z uszu? Dopiero po pierwszej udanej próbie zajrzenia w świat dwudziestowiecznych prowokatorów i burzycieli. To się może wydać nielogiczne: jakżeby akurat mieli stanowić zbawienną odskocznię do muzyki późnych romantyków, przecież komponowali właśnie przeciw nim!

Te dwa światy są w sposób oczywisty całkiem różne (z klasyków XX wieku jeden tylko Szostakowicz zawdzięczał coś niecoś Mahlerowi). Ale rzecz nie w pokrewieństwie, tylko – jak się domyślam – w ozdrowieńczym efekcie szoku, jakim było dla mnie osłuchanie się z muzyką buntowników, szpileczki Prokofiewa i pohukiwania Bartóka musiały mi przetkać jakieś kanaliki w uszach i w mózgu, opadła ze mnie estetyczna restrykcyjność, otworzyłem się z lekka na odmienne, obce gusta i stopniowo, jeden po drugim, późni romantycy zaczęli mnie wciągać w swój mroczny bądź błazeński świat.

Moje osobiste doświadczenie może tu być niemiarodajne, z tego, że mi się akurat przytrafiło, nic jeszcze przecież nie wynika, przez świat dźwięków wiedzie wiele dróg. Ale jeśli nie chcę proponowanej tu marszruty brać z sufitu, cóż ma stanowić dla mnie busolę, jak nie szlak, którym kiedyś szedłem sam? Zatem po klasykach XX wieku rozwichrzeni późni romantycy.

Mahler. Skrajnie wylewny liryk, tylko że na sposób dodatkowo osobliwy: kazał płakać wielkiej orkiestrze symfonicznej! Dziewięć symfonii plus fragment dziesiątej. A najlepsza… pierwsza. Nabita treścią, kipiąca od pomysłów, niosąca w sobie zarodki wszystkich symfonii pozostałych, cały Mahlerowski dalszy ciąg. Do tego najbardziej zdyscyplinowana, zdystansowana. Miałem szczęście słyszeć ją w Nowym Jorku graną przez tamtejszą Filharmonię pod dyrekcją Leonarda Bernsteina. Z pozostałych warto na dłużej zatrzymać się przy piątej: tu Mahlerowski ból osiąga apogeum, najsilniej przemawia do naszych dusz.

Późni romantycy stopniowo zaczęli mnie wciągać w swój mroczny bądź błazeński świat

Bruckner. Bardziej epicki od Mahlera. Raczej opowiada, niż przeżywa. Trochę ciężkawo, solidnie, monumentalnie, z namaszczeniem. Ktoś powiedział „muzyka emerytalna” i jest coś na rzeczy: straszliwe dłużyzny, powtórzenia, powtórzenia, powtórzenia. Tylko że te powtórzenia nie są puste, stanowią immanentny składnik jego metody snucia wątków, rozwijania tematów. To technika długooddechowa. Jak w dobrym amerykańskim filmie katastroficznym, zanim coś zacznie się dziać, idzie seria całkiem prozaicznych scenek niby nic jeszcze nie zapowiadających, a już przygotowujących wydarzenie, tak u niego ważny motyw potrafi długo, bardzo długo i do tego sennawo się wyłaniać z rusztowania absolutnie niezbędnych podpórek. Nieśmiertelność zapewniły Brucknerowi wspaniałe, najwspanialsze od czasów Beethovena adagia (wolne części), zwłaszcza te z symfonii o numerach 7 oraz 8.

Ryszard Strauss. Też przeciwieństwo Mahlera, tylko że na trochę inny sposób. Mahler, piewca uczuć, przeżyć, stanów duszy – Strauss, ilustrator, malarz zewnętrzności, kształtów, barw. Mahler, muzyka cierpień, bólu, rozpaczy – Strauss, muzyka raczej szelmowska. Poematy symfoniczne: „Don Juan”, „Życie bohatera”, „Symfonia domestica”, „Symfonia alpejska”, „Ucieszne figle Dyla Sowizdrzała”… Humor, luz, niezwykły orkiestrowy blask.

Kto ma silne nerwy, niech odsłucha, a najlepiej zobaczy jednoaktówkę „Salome”, straszliwą, porywającą makabreskę, z muzyką, która, chcąc iść za librettem, zatem nie pudrować, nie lukrować, nie upiększać, a służyć tylko prawdzie, nie cofa się przed niczym w gwałceniu miłej dla ucha fałszywej operowej sztampy.

Piotr Wierzbicki, „Jak słuchać muzyki”

Piotr Wierzbicki, „Jak słuchać muzyki”, Wydawnictwo „Więź, Warszawa 2016

Jeśli, Muzyczny Wędrowcze, po tym ryzykownym doświadczeniu chciałbyś szukać ukojenia, znajdziesz je… u Ryszarda Straussa. Zapewnią ci je z naddatkiem jego „Cztery ostatnie pieśni” na sopran i orkiestrę, arcydzieło piękna czystego, absolutnego, balsamicznego, niezmąconego żadną obcą myślą.

Skriabin. Najbardziej z całej piątki pokręcony, a przy tym, jak się mawia ostatnio, zakręcony, dawniej powiedziano by „szalony”. Orgie dźwięków. Ale to tylko pierwsze, powierzchowne wrażenie. Gdy się ze Skriabinem oswoić, wychodzi na jaw, że sprawy mają się na odwrót: za fasadą rozwichrzenia, rozbuchania, chaosu płynie muzyka precyzyjnie ujmowanych znaczeń, i to nad wyraz subtelnych, niebanalnych, niestandardowych, wcześniej nieznanych mowie dźwięków.

Jest tu Skriabin przeciwieństwem Debussy’ego, którego dzieła, łaskoczące uszy, wyrażają zawsze tyle tylko, ile może się zmieścić w tytule, sugerującym co najwyżej jakiś obraz. Skriabin obywa się zazwyczaj bez tytułów, znaczenia kryją się w motywach, motywikach, pojedynczych tonach.

Muzyczny Wędrowcze, jeśli chciałbyś się ze Skriabinem zmierzyć względnie bezwstrząsowo, spraw sobie na początek płytę z jego dwunastką etiud zagranych czternastego stycznia 1952 r. w Moskwie przez Światosława Richtera. Preludia zdają się sprawiać zawód, nie są tak miłe, jak by należało oczekiwać (jeśli nie liczyć młodzieńczych, opus 11, w których Skriabin jeszcze nie jest w pełni sobą): dysonanse, fragmentaryczność, przepaścistość. Spośród dziesięciu sonat można sobie darować pierwsze trzy, każda z pozostałych, jednoczęściowych, to cały wielki, odrębny świat i tu właśnie, gdzie i miejsca jest więcej (niż w małych formach), i czasu, Skriabinowska rozrzutność w wyrażaniu myśli jest w stanie zamanifestować się najpełniej. Należał – obok Bacha, Scarlattiego, Chopina, Liszta, Debussy’ego – do tych nielicznych, u których fortepian brzmi pięknie nawet wtedy, gdy wypada mu się zmagać z erupcją złych skojarzeń, brzydkich uczuć. I to nie przypadek, że poemat Prometeusz, najwspanialsza spośród Skriabinowskich kompozycji symfonicznych, cały jest utkany z motywów zaczerpniętych właśnie z sonat.

Szymanowski. Może trochę dziwić w tym miejscu nazwisko kompozytora, który był rówieśnikiem Bartóka. Czy z tej racji nie wypadało wspomnieć o nim wcześniej, w ustępie poświęconym klasykom XX wieku? Tylko że my tu piszemy nie historię muzyki, lecz wielce subiektywny, hipotetyczny scenariusz melomańskiej inicjacji, wędrówki poprzez kolejne strefy i poziomy mowy dźwięków, a Szymanowski, który, wbrew pewnym pozorom (jego „modernizm”), był późnym romantykiem, i za takiego się uważał, jeśli stanowić może na tej drodze problem, to nie światoburcze zgrzyty go stanowią (bo ich tu brak), lecz właśnie owo późnoromantyczne rozwichrzenie, właściwe Mahlerom, Brucknerom, Straussom i Scriabinom.

Sam mogłem już z zachwytem słuchać Prokofiewa, a jeszcze mnie odpychał Szymanowski! Pogodziła mnie z nim jego III Symfonia, natchniona i do tego skrajnie osobista: przebił w tym samego Mahlera! IV Symfonia, z fortepianem w roli głównej, przyciąga delikatną, ażurową, mgiełkową szatą dźwiękową dwóch pierwszych części, na temat trzeciej, zamaszyście hołubcowej, można by długo dyskutować. Mazurki, w których mazowieckość pożeniona została – na sposób wręcz schizofreniczny – a góralszczyzną, zyskały wielu entuzjastów, niektórzy stawiali je nawet wyżej od Chopinowskich. Żwawa muzyka z baletu „Harnasie”, doskonałe „Stabat Mater”, piękne oba koncerty skrzypcowe.

Fragment książki Piotra Wierzbickiego „Jak słuchać muzyki” (podrozdział „Rozwichrzenie”), Wydawnictwo „Więź”, Warszawa 2016.