Demoralizacja to najistotniejszy, najbardziej niebezpieczny i smutny aspekt „Big Brothera” – mówił Wojciech Eichelberger w rozmowie z „Więzią” w 2001 roku.

Rozmowa ukazała się w miesięczniku „Więź” nr 5/2001.

W warszawskim Laboratorium Psychoedukacji umówiliśmy się z Wojciechem Eichelbergerem na rozmowę o telewizyjnych programach typu „Big Brother”. Zanim zdążyliśmy zadać pierwsze pytanie, gospodarz pokazał nam tekst swojej wypowiedzi prasowej na ten temat, jaki właśnie przygotował:

„«Big Brother» to zasmucający spektakl o demoralizowaniu ludzi. Dwanaście osób zaproszono do walki o pieniądze i sławę, w imię których – na oczach milionów widzów – muszą się wyrzec nie tylko wstydu i prywatności, lecz także lojalności i solidarności, zarówno wobec towarzyszy niedoli, jak i wobec bliskich, pozostawionych w zewnętrznym, realnym świecie. Nagroda przypadnie najsprytniejszemu i najbardziej bezwzględnemu. Temu, który nie podpadnie wszechwładnemu Wielkiemu Bratu oraz zaskarbi sobie sympatię anonimowej publiczności. Cnotą staje się więc konformizm, hipokryzja, brak wstydu i skrupułów, umiejętność manipulowania innymi. Wygra ten, który pozwoli się Wielkiemu Bratu w pełni zdemoralizować. Takie są niestety reguły tej gry.

Mało kto rozumie, że ci, którzy odpadną wcześniej, mają prawo się cieszyć, bo zdołają – być może – uchronić choćby odrobinę swego serca, rozumu i poczucia godności. Mało kto dostrzeże, że prawdziwym zwycięzcą będzie ten, kto zbuntuje się przeciwko tej upokarzającej sytuacji i wyjdzie z domu Wielkiego Brata trzaskając drzwiami – tak jak to zrobił bohater filmu Petera Weira «Truman Show».

Chciałbym wierzyć, że miliony telewidzów czekają na taką właśnie chwilę. Niestety, bardziej prawdopodobne jest, że trzyma ich przed telewizorami niejasne poczucie wspólnego z bohaterami programu «Big Brother» losu oraz potrzeba podniesienia własnego upokorzenia i demoralizacji do rangi wyniesionej na medialne ołtarze cnoty”.

Katarzyna Jabłońska, Zbigniew Nosowski: Programy typu „Big Brother” określane bywają jako ZOO, cyrk, klatka, upokorzenie, nuda, igrzyska, świat na opak. Współpracujący z polską edycją programu psycholog Jacek Santorski określił „BB” jako laboratorium, „w którym ludzie mogą badać swoją naturę”, lekcję, „na którą w naszym imieniu decydują się ci odważni ludzie”. Tekst Pańskiego oświadczenia wskazuje, że nie jest Pan w stanie patrzeć na ten program jak na „narodowe laboratorium psychoedukacji” czy – słowami Santorskiego – „wielką narodową lekcję”?

Wojciech Eichelberger: W tej sprawie różnimy się z Jackiem Santorskim radykalnie. Moim zdaniem, traktowanie tego programu jako „narodowego laboratorium” jest próbą racjonalizacji ex post. Pomysłodawcy oraz wszyscy ci, którzy w jakiś sposób zaangażowali się w sprawę „BB”, zobaczyli, że urodzili potwora. Być może na początku nie byli w pełni świadomi, czym ten program rzeczywiście jest. Tak naprawdę stało się to jasne dopiero teraz, gdy patrzy się na to, co tam się dzieje. Ex post próbują więc swoją postawę racjonalizować, szukając jakiegoś samousprawiedliwienia dla tego, że współuczestniczą w takim przedsięwzięciu. Oczywiście wygodnie jest nazwać „BB” narodowym laboratorium psychoedukacji, ale ten nieszczęsny program w żadnym razie niczym takim nie jest i być nie może.

A do wymienionej przez Panią listy określeń „BB” dodałbym słowo – demoralizacja. To, moim zdaniem, najistotniejszy aspekt „BB”, najbardziej niebezpieczny i smutny. Podstawowe założenie tego programu wydaje się wynikać z syndromu demoralizacji, któremu musieli ulec jego twórcy. Nie widzę możliwości przypisania tym działaniom śladu jakichkolwiek szlachetnych intencji.

Jeśli demoralizacja, to dlaczego? Co jest tutaj najgroźniejszym jej przejawem?

– Najtrudniejsze do przyjęcia dla psychoterapeuty jest to, co wiąże się tutaj z manipulacją i zdradą w relacjach z innymi ludźmi. Założeniem „BB” jest, że ludzie mają spędzić ze sobą dziewięćdziesiąt dni w szczelnej izolacji od zewnętrznego świata i w bardzo szczególnej sytuacji psychologicznej. W tego rodzaju warunkach muszą się wytwarzać silne i ważne więzi między ludźmi i ważne związki. Oni wszyscy postawieni zostali przecież w sytuacji ekstremalnie trudnej. Gdyby wszystko toczyło się w otoczeniu gwarantującym dyskrecję i bezpieczeństwo, prowadziłoby do integracji, autentycznego zbliżenia, do wydobycia z ludzi tego, co najlepsze: solidarności, bliskości, przyjaźni, współodpowiedzialności, głębokiego i rzeczywistego kontaktu.

Natomiast związki, w jakie wchodzą bohaterowie „BB”, są z góry skazane na powierzchowność i hipokryzję. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że ludzie ci są ustawicznie podglądani, ale przede wszystkim dlatego, że uczestnicy tej strasznej gry z założenia muszą siebie zdradzać, muszą siebie nawzajem eliminować.

Chodzi o to, żeby tylko jeden wygrał, zdobywając sławę i pieniądze. Resztę trzeba wykończyć. To wzór wzięty z filmów o zdemoralizowanych poszukiwaczach skarbów, którzy najpierw się gromadzą w solidarnej grupie, żeby pomagać sobie w dopłynięciu do miejsca, gdzie ukryty jest skarb. Jednak od pewnego momentu każdy zaczyna przemyśliwać, jak pozbyć się pozostałych współtowarzyszy, aby móc zagarnąć skarb dla siebie. Pieniądze stają się najważniejsze. To właśnie – poddanie się manipulacji i zdrada współtowarzyszy niedoli oraz własnych uczuć i sumienia – jest najbardziej demoralizujące i upokarzające w „BB”. Rujnuje to moralny potencjał uczestników gry i promuje złe, nieludzkie postawy.

Koronnym argumentem twórców i obrońców programu jest twierdzenie, że przecież każdy z mieszkańców domu „Wielkiego Brata” zamieszkał w nim na własne życzenie i miał świadomość, na co się godzi. A w doborze kandydatów brali udział psychologowie.

– Tak naprawdę najważniejszym motywem udziału w „BB” jest chęć zdobycia pieniędzy i sławy. Ludzie nie dlatego angażują się w ten program, żeby przeżyć coś szczególnego. Tego rodzaju argumentacja jest próbą racjonalizowania świństwa, nadawania sensu czemuś, co głębszego sensu nie ma. Nawet jeśli jakiś psycholog próbował im wyjaśnić, na co się decydują, to nie sądzę, żeby byli oni tym naprawdę zainteresowani.

Na podstawie swojego trzydziestoletniego już doświadczenia w psychoterapii wiem na pewno, że nikt – z psychologami włącznie – nie jest w stanie ani sobie wyobrazić, ani przewidzieć tego, co będzie się działo w sytuacji, jaką stwarza „BB”. Dlatego udział w tego rodzaju eksperymencie nie może być w pełni świadomą decyzją. Dowodzą tego doświadczenia wyniesione z profesjonalnie prowadzonych spotkań psychoterapeutycznych. Przygotowujemy i prowadzimy je zawsze z wielką ostrożnością.

Nie wolno świadomie dokonywać medialnej manipulacji na żywych ludziach

Podczas takich kilkudniowych sesji ich uczestnicy mogą w każdej chwili komunikować się z zewnętrznym światem, i wszystko podporządkowane jest tam temu, żeby realizować cele, które wzbogacają ludzi, autentycznie ich rozwijają, otwierają wzajemnie na siebie, budują solidarność grupową, zaufanie, lojalność, zrozumienie, empatię, więź. Celem takiego treningu jest zawsze także i to, aby uniezależniać uczestników od autorytetu terapeuty. Zakwestionowanie tego autorytetu pozwala ludziom wziąć pełną odpowiedzialność za siebie, za innych oraz za to, jaki sens nadają swojemu istnieniu w tej grupie.

Podczas naszych sesji zawsze na miejscu jest dwóch psychoterapeutów, czuwających nad tym, aby żadnej z uczestniczących w terapii osób nie stało się nic złego. Mimo że terapeuci są w ciągłym, żywym kontakcie z uczestnikami, to jednak czasami trzeba „gasić pożary”, dbać o to, żeby uczestnicy nie wyrządzili sobie krzywdy, żeby to doświadczenie było dla nich czymś naprawdę pozytywnym, kształcącym i wzbogacającym. W przypadku „BB” niestety nic takiego się nie dzieje.

Organizatorzy zapewniają, że bohaterowie mają zapewnioną pomoc psychologiczną, że na zapleczu domu „BB” czuwają nad jego mieszkańcami psychologowie i psychiatrzy.

– Nawet jeżeli jest tam terapeuta, to przecież zasady gry sprawiają, że ma on ograniczone możliwości działania, może poruszać się tylko w ściśle określonych ramach. Myślę, że byłoby lepiej, gdyby psychologa tam w ogóle nie było, bo poprzez swoją obecność w „BB”, chcąc nie chcąc, daje świadectwo moralności czemuś, co z samej swej istoty jest niemoralne, sprzeczne z powołaniem psychologa i z zasadami etycznymi tego zawodu.

Czyli udział psychologa w „BB” uznać można za coś w rodzaju jawnego naruszenia lekarskiej zasady: „po pierwsze nie szkodzić”?

– Tutaj z założenia się szkodzi. Reguły tej gry są z założenia demoralizujące. Bolejemy w środowisku psychologów i psychoterapeutów nad tym, że poprzez udział naszych kolegów po fachu w „Big Brother” program ten został w jakiś sposób nobilitowany do rangi psychologicznego eksperymentu. A przecież psychologowie angażujący się w to przedsięwzięcie tak naprawdę nie mieli żadnego wpływu na jego kształt.

Przecież to jest impreza, która ma prostu przynieść dochód telewizji TVN. Człowiek się tutaj zupełnie nie liczy, jest traktowany jako część show-biznesu. A przecież to nie są aktorzy, dla których jest to praca. Ci ludzie „grają” swoimi prawdziwymi uczuciami i swoim prawdziwym życiem. Psychologowie nie powinni brać udziału w tego rodzaju działaniach, ponieważ w ten sposób podważają wiarygodność swego zawodu i swego powołania.

„Być może mamy unikalną możliwość, aby zacząć rozmawiać o prywatności, intymności, lojalności, współpracy. Paradoksalnie, dzięki temat podmiotowości człowieka trafił na pierwsze strony gazet” – pisze Jacek Santorski. Jego zdaniem, ten program może być „lekcją o intymności. Nawet o godności, która może być tu narażona na szwank”.

– Ta debata się oczywiście rozpętuje, tyle że poprzez gwałcenie wartości, których dotyczy. Rolą psychologa jest bronić człowieka, jego podmiotowości, jego wewnętrznej autonomii i integralności. Nie wolno świadomie poświęcić dobra, godności i podmiotowości choćby jednego człowieka po to, aby rozpętać narodową dyskusję na temat podmiotowości i moralności. Cel nie uświęca środków. Psycholog ma przecież służyć człowiekowi. Jego zawsze interesuje pojedynczy człowiek.

Nie może być tak, że komuś dzieje się krzywda po to, żeby inni na tym skorzystali. To jest niedopuszczalne i wbrew wszelkim zasadom. Nie wolno też świadomie dokonywać medialnej manipulacji na żywych ludziach – a tym jest właśnie „BB” – po to, żeby wywołać dyskusję na temat medialnej manipulacji. Jest to nie tylko wbrew etyce psychologii, ale wbrew etyce w ogóle.

Udział psychologów w tego rodzaju eksperymencie to nieuczciwość i hipokryzja

Gdyby psycholog, angażujący się w „BB”, chciał być w zgodzie z etyką zawodową, powinien starać się nie dopuścić do tego, aby kandydat w ogóle chciał wziąć udział w tej grze. Powinien pokazać mu, jak bardzo to może zaszkodzić. To jest obowiązkiem psychologa.

Kiedy przychodzi do gabinetu ktoś, kto jawnie działa na swoją szkodę, to rzecz jasna psycholog nie mówi: „nie rób tego” – nie może tego powiedzieć, bo nie może w imieniu drugiego człowieka podejmować decyzji. Próbuje jednak tak pracować nad jego świadomością, wydobywać z niego takie ukryte możliwości i cechy, które pozwolą mu zobaczyć, co robi – że szkodzi sobie i innym. Tutaj ten warunek absolutnie nie został spełniony. Udział psychologów w tego rodzaju eksperymencie to nieuczciwość i hipokryzja.

Nie tylko psychologowie ulegli urokowi Wielkiego Brata. W programy tego typu zaangażowali się także wybitni dziennikarze, jak Grzegorz Miecugow czy Piotr Najsztub. Słuchaliśmy radiowej audycji z udziałem Miecugowa, który twierdził, że program jest po prostu ciekawy i właśnie dlatego bierze w nim udział. On musi być tam, gdzie dzieje się coś ciekawego.

– Mam wrażenie, że Miecugow zapisał się do stronnictwa „BB” i w tej chwili nie może mówić inaczej. Jednak, kiedy patrzę na jego oczy i twarz w czasie programu, to widzę, że jego dusza cierpi. Być może on sam nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy. Mam podobne odczucie również, gdy patrzę na Jacka Santorskiego. Ludzie ci – podobnie zresztą jak bohaterowie „BB” – zaangażowali się w coś niedobrego, czego nie przewidzieli i teraz muszą sami siebie uwiarygadniać.

Jednym z refrenów obrońców „BB” jest ten, że rzeczywistym Wielkim Bratem są ci, którzy ten program krytykują. Nie pozwalają bowiem ludziom oglądać tego, co pragną, albo brać udziału w tym, czego sobie życzą. Wielkim Bratem są zatem według nich: Polskie Towarzystwo Psychologiczne, Rada Etyki Mediów, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, a także Pan i my.

– Nie chodzi o to, żeby czegokolwiek komuś zakazywać. Nie o tym przecież rozmawiamy. Ja bym nie posunął się do tego, żeby czegoś zakazywać. Muszę jednak ostrzegać, mogę też wygłaszać swój pogląd i osąd.

Dotykamy tutaj jednak dylematu dotyczącego istoty demokracji. Stajemy wobec pytania: w którym momencie się ona kończy? Czy na przykład w ramach demokracji ludzie mogą zrezygnować z niej samej i powiedzieć: teraz chcemy być niewolnikami? Czy należy im na to pozwolić?

Podobnie demokratycznie moglibyśmy zadecydować, że upokorzenie człowieka wcale nie jest upokarzające.

– Na pewne rzeczy nie należy pozwalać, istnieje granica, której się nie przekracza – nawet jeśli umawiamy się na demokrację, nie wolno nam przekroczyć zakazu podważenia jej. Jeśli nie będzie ograniczeń, to zaprzepaścimy demokrację.

W przypadku działań w rodzaju „BB” dochodzimy również do pewnej granicy. Czy można pozwalać ludziom na to, żeby rezygnowali ze swojej wolności? Czy to jest właściwe postępowanie? Dla mnie jest oczywiste, że nie. Jacek Santorski powie: „ale przecież to jest nagminne, tak działa system, kultura”. Rzeczywiście, wielu ludzi musi rezygnować ze swojej wolności, żeby zarobić i przeżyć. Do tego skłania system, w którym istniejemy i ta tendencja się nasila. Ponieważ jednak jest to groźne i szkodzi ludziom, trzeba o tym mówić, pokazywać konieczność ograniczeń i drogi ratunku, a nie wchodzić w medialne manipulacje.

Mówi Pan, że „BB” szkodzi ludziom. I nie są to jacyś wymyśleni przez scenarzystę bohaterowie telenoweli, lecz konkretni ludzie, z imieniem i nazwiskiem, z realnym życiorysem. Ci ludzie to, jak się nam wydaje, jedyny element rzeczywistości w tym gatunku, który paradoksalnie nazwano „reality-show”. Wiadomo, że to fikcja, a nie rzeczywistość, lecz w pewnej części to jest „reality” – rzeczywiści, konkretni żywi ludzie, stają się przedmiotem show.

– Istotnie, już sama nazwa pokazuje, jak bardzo jest to pęknięte, jak wielką jest hipokryzją. To ani show, ani reality, to po prostu jedna wielka fikcja. Właściwie nie wiadomo, co to jest.

Janusz Czapiński trafnie wskazał gdzieś na to, co tutaj jest atrakcją. W przeciwieństwie do wszystkich innych show, które mają swój sztywno określony scenariusz, zaplanowaną pointę (widzowie nie znają zakończenia, ale ten, kto rzecz wymyślił, zna je doskonale już od samego początku) – w „BB” nie do końca wiadomo, jak się to wszystko skończy. Nikt nie napisał szczegółowego scenariusza, nie ma takiej osoby, która znałaby koniec. To, co wydarzy się między bohaterami „BB”, jest wielką niewiadomą. Tylko w tym sensie „BB” przypomina życie – nie wiemy, co zdarzy się jutro. Poza tym to żadne reality.

Bo jaką prawdę tutaj dostajemy? Bohaterowie wiedzą, że są podglądani, zachowują się sztucznie. Stąd też ta pewna bezgrzeszność odczuwana przez podglądających, gdyż to podglądanie jest umowne. Chociaż. W przypadku „BB” ono nie jest chyba jednak do końca umowne, ponieważ jego bohaterowie przeżywają czasami prawdziwe emocje. Próbują się z tym ukryć, choćby w toalecie, ale oczywiście nie mogą, tam też kamera ich wytropi – i to jest żenujące i straszne.

Dla wewnętrznej konstrukcji uczestników programu druzgocąca może być sytuacja, w której są nieustannie podsłuchiwani i obserwowani. Mają świadomość, że muszą sobie zaskarbić sympatię publiczności, ale nie wiedzą, co jest przez tę publiczność akceptowane, a co odrzucane. Ta sytuacja wywiera na nich ogromny demoralizujący wpływ.

Czy można przewidzieć, co będzie się działo z bohaterami programu po wyjściu z domu „Wielkiego Brata”? Z jakimi trudnościami mogą się borykać? Co może okazać się najtrudniejsze?

– Ludzie ci staną wobec bardzo skomplikowanych problemów. Bardzo trudny będzie ich powrót do swoich środowisk. Utracili przecież anonimowość, która jest niezwykle ważną wartością, chociaż się jej nie docenia.

Spójrzmy na Adama Małysza, który publicznie narzeka, że popularność jest miła, ale on potrzebuje również odrobiny prywatności. I że to, co się wydarzyło, przerosło go. To samo może być udziałem ludzi uczestniczących w eksperymencie „BB”, zwłaszcza że w ich przypadku rzecz przybrała znacznie większe rozmiary. Popularność może być nie tylko trudna do wytrzymania, ale sama w sobie demoralizująca. Jeżeli ktoś chce ją mądrze unieść, musi nieustannie zadawać sobie pytanie, kim naprawdę jest i nie przypisywać sobie zasługi.

W przypadku bohaterów „BB” upublicznienie przekracza wszelkie wyobrażenie. Już teraz, podczas emitowania programu, wiadomo, że osobom z najbliższego ich otoczenia bardzo trudno jest patrzeć na to, co tam się dzieje.

Chociaż w większości mówią, że są dumni ze swoich bliskich, że im kibicują, że chcą, aby dotrwali do końca.

– Każdy z nas może sobie łatwo wyobrazić, jak by się czuł, gdyby wysłał najbliższą sobie osobę na trzy miesiące w takie miejsce. I gdyby jedna trzecia Polski patrzyła na nią, jak myje zęby czy wkłada bieliznę (na takie właśnie sceny polują kamery). To może w zasadniczy sposób zmienić naszą relację z tą osobą. Nie mówiąc o tym, że teraz mąż czy dziecko słucha cały czas dowolnie wymienianych opinii o tym, jak jego bliski wygląda, jak je, co mówi.

„BB” jest ponurym spektaklem

Podstawową zasadą wszelkich treningów i spotkań terapeutycznych jest dyskrecja. Tam wszyscy zobowiązują się respektować zasadę, że to, co działo się podczas sesji, nie może wydobyć się poza obręb grupy w taki sposób, który pozwalałby na zidentyfikowanie kogokolwiek z jej uczestników. Wyjątek stanowi tutaj zachowanie prowadzącego.

Zachowania uczestników, ich przeżycia, w ogóle wszystko, co ich dotyczy, jest pod całkowitą ochroną. To daje poczucie bezpieczeństwa. Zasada dyskrecji jest przestrzegana do tego stopnia, że jeśli nawet obok pracuje inna grupa terapeutyczna, to również przed uczestnikami tej grupy nie można zdradzać tych informacji. Mówię o tym dlatego, żeby pokazać, z jaką troską podchodzi się tutaj do prywatności człowieka i w jakim kontraście jest to podejście do sytuacji „BB”.

A gdybyśmy jednak próbowali wywieść ze zła, jakie inicjuje „BB”, jakąś naukę, to gdzie by Pan jej szukał?

Sytuacja „BB” jest także pewną metaforą, obrazującą niewątpliwie sytuację, w której żyje lub której aktywnie poszukuje wielu ludzi. Coraz więcej jest osób gotowych za pieniądze i sławę sprzedać wszystko – niczym faustowski bohater sprzedać duszę diabłu.

„BB” jest takim właśnie ponurym spektaklem. Oglądamy w nim ludzi, którzy w pewnym sensie sprzedają duszę diabłu. Możemy tylko patrzeć z przerażeniem, co dalej z tego wyniknie. Bardzo wątpię, czy powinniśmy brać w tym oglądaniu udział, chyba że patrzymy z nadzieją, iż któraś z tych osób – włączając także całe otoczenie programu, również realizatorów, prowadzących i psychologów – powie w którymś momencie: przepraszam, ale ja nie mogę, nie chcę w tym uczestniczyć, nie chcę tak żyć. I wyjdzie, trzaskając drzwiami. Gdyby coś takiego się stało, to byłaby wielka rzecz. Państwo widzieli zapewne film „Truman show”?

To bardzo głęboka i smutna diagnoza naszej kultury.

– To prawda, ale jaka budująca pointa! Człowiek, który jest zmanipulowany – wydawałoby się – w sposób nieprzenikalny, niemożliwy do zdemaskowania przez niego samego, potrafi jednak odnaleźć w sobie zdolność do refleksji i moc ducha, która każe mu wyrwać się z wszechmocy Wielkiego Brata.

Pointa filmu Weira jest, niestety, także pesymistyczna. Inni bohaterowie filmu – widzowie programu, którego bohaterem jest tytułowy Truman – kibicują swojemu bohaterowi, cieszą się z jego zwycięstwa, ale to zwycięstwo oznacza koniec ich ulubionego programu. Oni niestety nie zdobywają się na refleksję, zaczynają przerzucać kanały telewizyjne w nadziei, że na którymś znajdą program o innym Trumanie, którego będą mogli podglądać…

– Niewątpliwie wielu jest takich pośród nas. Myślę jednak, że z tym wiąże się inna psychologiczna diagnoza tego, co się dzieje. Oglądanie upokorzenia i cierpienia innych ludzi jest jakąś nieświadomą formą odreagowywania własnego upokorzenia i cierpienia. Popularność filmów o przemocy i gwałcie również w tym właśnie ma swoje źródło. Ludzi w pewnym sensie hipnotyzuje obserwowanie, że innym przydarzyło się to, czego doświadczyli również oni sami. To dzieje się niekoniecznie wprost, często w metaforycznej formie; na przykład dzieci, które były wykorzystywane seksualnie, jako dorosłe osoby odczuwają pewien rodzaj fascynacji sytuacją gwałtu i przemocy.

Ma Pan nadzieję, że ktoś jednak trzaśnie drzwiami?

– Niestety, wiele wskazuje na to, że jest to nadzieja płonna i to nie tylko dlatego, że gra toczy się o 500 tysięcy złotych, ale również dlatego, że „skoro zabrnąłem tak daleko, to muszę teraz z coś tego mieć, jakąś zapłatę”. Tutaj tkwi dramat i przewrotność tej sytuacji. Nie łudźmy się. „BB” jest wykwitem naszej kultury, jest częścią tej kultury, z którą trzeba podejmować zasadniczą dyskusję.

„Makbet” także opisuje zdemoralizowaną rzeczywistość. Ale Szekspir pisał tę tragedię z jasno określoną szlachetną intencją – pokazywał demoralizującą i niszczącą twarz zła. Twórcy „BB” nie mieli takiej intencji, dopiero niektórzy z zaangażowanych w jego realizację próbują sobie takie szlachetne intencje przypisać. Moim zdaniem, jest to uzurpacja, sama w sobie zresztą demoralizująca. Gdyby autorem „Big Brother” był Szekspir, byłoby jasne, że ma on być wielkim ostrzeżeniem i miałby przemyślaną pointę. Ale tutaj niestety główną intencją wszystkich uwikłanych w to osobliwe widowisko jest to, żeby zgarnąć kasę.

Wojciech Eichelberger – ur. 1944, polski psycholog, pisarz, psychoterapeuta, związany z Laboratorium Psychoedukacji. Autor książek psychologicznych, m.in. „Zatrzymaj się”, „Być tutaj”, „Pomóż sobie, daj światu odetchnąć”, „Kobieta bez winy i wstydu”, „Zdradzony przez ojca” oraz telewizyjnego programu „Okna”.

Opr. KJ. Rozmowa ukazała się w miesięczniku „Więź” nr 5/2001 pod tytułem „Czy ktoś trzaśnie drzwiami?”.