Zawsze o Panu myślę z przyjaźnią – pisał Jerzy Zawieyski do Zbigniewa Herberta. Jestem bardzo zmęczony i wyśmiany. Proszę mnie nie opuszczać – odpowiadał poeta.

1.

Sopot, 8.04.1950

Jest Pan jedynym człowiekiem, przed którym gotów jestem wyspowiadać się. Pana osoba i Pana twórczość są mi bardzo drogie i konieczne do odnalezienia Boga.

Nie wiem, jak długo jeszcze będę się zmagał z łaską Tego, który „bardziej mną niż ja sam”. Nie chcę łatwego zwycięstwa, nie chcę łatwej przygody i wiem, że trzeba będzie szukać dalej, byle tylko dojść, byle dojść do progu.

Długo i serdecznie Kochanego Pana pozdrawiam i łączę wyrazy wielkiego szacunku

Zbigniew Herbert

2.

Krynica, 4.10.1950

Napisał Pan kiedyś pięknie do mnie, że wszystko jest Poezją. Ja też tak czuję. I dramat, i piękna proza, i wiersz schodzą się gdzieś w górze i tam jest rozmowa z Bogiem-Poezją. Ten szkolarski podział proza-poezja jest bardzo nieprzekonywujący.

Szukam teraz jakiejś własnej, urojonej formy klasyczności, poezji, która miałaby jakieś szanse przetrwania.

Modlę się o Pana zdrowie i dziękuję Bogu, że mogę czuć się bliskim Pana.

PS. Mam wzrastający niepokój przed tym, co idzie. Więc mrużę oczy i piszę wiersze.

Zbigniew Herbert

3.

Warszawa, 27.01.1951.

Drogi Panie Zbigniewie!

Najpierw dziękuję Panu za odpowiedź poetycką na moją „prośbę do poety” – i za dedykację.

Sprawiło mi to wielką, wielką radość. Czekałem długo zapowiedzianego listu Kochanego Pana, ale pewno Pan jest zajęty – i przejęty innymi sprawami. Jeśli Anioł obudzi trochę uczucia w Panu dla mnie – będę się cieszył. Zawsze o Panu myślę z przyjaźnią i bardzo mnie obchodzą losy Pana i te inne „ważne” sprawy, uczucia. Modlę się stale w Pana intencji. Gdzie Pan przebywa? Czy w Toruniu? Jak Pan żyje? Co Pan porabia? Proszę choć o zwięzłą kartkę, jeśli na list trudno się Panu zdobyć.

Serdecznie Pana pozdrawiam i ściskam

Jerzy Zawieyski

4.

Toruń 20.03.1951

Wielce Szanowny i Kochany Panie !

List kochanego Pana sprowadził na mnie jakiś spokój i ufność. Jestem Panu nieskończenie wdzięczny za pomoc, za braterstwo w cierpieniu. Czuję już ląd pod nogami, mimo że nie przestaję cierpieć. Nie chcę przestać. Proszę o mnie się nie troszczyć, natomiast gorąco polecam Pana skutecznym modlitwom drugiego człowieka.

Słowa Pana o cierpieniu i miłości zapadły we mnie głęboko – rozumiem je i przeżywam. Wszystko, co pochodzi od Pana – Jego twórczość, listy (na które nie zasłużyłem), a nawet sama obecność, świadomość tego, że gdzieś Pan jest – są dla mnie największą otuchą i pocieszeniem (…).

Błagam Pana o jedno, na pewno ma Pan cały świąteczny plan, zapewne Pan wyjeżdża. Proszę mego niespodziewanego wproszenia się nie brać w rachubę. Jeśli Pana nie zastanę – zostawię list i prośbę o spotkanie. Bardzo, naprawdę bardzo o to Pana proszę.

Z okazji Wielkiej Nocy życzę Kochanemu Panu dużo zdrowia i spokoju.

Serdecznie pozdrawiam

Zbigniew Herbert

P.S. Dzisiaj przystąpiłem do Komunii Świętej. Jestem uciszony, szczęśliwy ale smutny. Po raz pierwszy po przyjęciu Komunii płakałem – oparty czołem na promykach łaski, na najniższym stopniu do Boga.

5.

Warszawa, 1.07.1951.

Drogi, Kochany Panie! Co za radość! Przeczytałem fragment Pańskiej prozy, który mnie zachwycił. Piszę tych parę słów, by przesłać swoje uściski i podziękować za rzadkie wzruszenia! Jestem dumny z Pana – i bardzo się cieszę, bardzo! Wyjeżdżam na wieś, znikam ze świata, ale gdy się Pan odezwie, dojdzie mnie zawsze Pańskie słowo, którego już dawno nie było. Napisałem ostatnio kawał prozy, nazywa się: „Dno studni Niepamięci”. Teraz będę myślał tylko o dramacie.

Serdecznie Pana pozdrawiam i ściskam

Jerzy Zawieyski

6.

Toruń 4.07.1951

Wielce Szanowny i Bardzo Kochany Panie !

Jest Pan naprawdę bardzo, bardzo dobry i kochany, że mimo tylu powodów, aby wyrzucić mię ze swego serca i pamięci (do których bez pozwolenia się sprowadzam) mogę stale o Panu myśleć, jak o kimś najbliższym, któremu można powiedzieć wszystko. Jestem bardzo zmęczony latem, upałem, nauką – myślę o wakacjach jak o małej zielonej łące, gdzie się można oddać kontemplacji listka brzozy, biedronki i błękitu. Toruń opuszczam 15 bm. Połowę lipca i sierpień będę się gubił, zatracał, a na jesieni, jak Bóg pozwoli, zawinę do Warszawy (bliżej Pana).

A teraz serdecznie kochanego Pana pozdrawiam i życzę dużo zdrowia i spokojnych wakacji

Zbigniew Herbert

7.

Toruń 15.07.1951

Wielce Szanowny Bardzo Kochany Panie !

Nie bardzo widzę i wiem, co się ze mną dzieje. Jestem bardzo zmęczony, słaby, zbity, wyśmiany. Wyjeżdżam z Torunia – też zaszywam się na jakąś prowincję. Bardzo, bardzo dziękuję Panu za wszystko. Gdy jest ze mną bardzo źle myślę o Panu i to bardzo pomaga. Onegdaj myślałem, że osiągnąłem dno, ale to jeszcze nie było dno. Bardzo pragnę teraz tego dna, ale widocznie go nie ma.

Piszę ten list na poczcie na parę godzin przed odjazdem, to chyba esencja samotności i zagubienia. Co chwilę smarkam, jestem zupełnie rozklejony. Trzeba się wziąć za twarz, ale ja nie mam twarzy. W tych dniach zrobili mi taką, że nie mogę chodzić po świecie. Nie mogę się także modlić, mogę tylko płakać. To „tylko” znaczy bardzo dużo – prawie szczęście. Poza tym szukam dna.

Kochany Panie po obiedzie przeczytałem sobie III akt „Pieśni o Nadziei” nad Wisłą na głos. „Pieśń” jest to mój ukochany dramat. Dziękuję Panu. Szukam w nim pociechy na swoje zmartwienie, a także piękna, które jest dla wszystkich.

A teraz chciałbym się panu zwierzyć, Panu który jest Poetą Pamięci i Poetą Spraw trudnych. Żyję pod wrażeniem śmierci Tadeusza Borowskiego. Modlitwa za Niego była pierwszą szczerą modlitwą od wielu tygodni. Właściwie nie znałem Go zupełnie i to co pisał to były dla mnie rzeczy obce. Złe słowo „obce”, właśnie nigdy obce, ale nie moje. A ta śmierć jakoś zbratała nas. Dlaczego? Także dlatego pewnie, że Borowski był człowiekiem mego pokolenia. Po raz pierwszy zrozumiałem, co znaczy słowo pokolenie. To jest związek ludzi, w których bił ten sam czas, którzy doznawali tych samych pokus, radości, klęsk. To bardzo wielkie słowo i bardzo wielka solidarność.

Kochany Panie przez następne 3, 4 tygodnie będę tylko myślał o Panu. Proszę mnie nie opuszczać. I proszę bardzo nie martwić się mną. To pewnie przejdzie.

Serdecznie Pana pozdrawiam i dziękuję za wszystko niegodny Pańskich listów i pamięci

Zbigniew Herbert

P.S. Ściana przed którą stoję jest szara i nieustępliwa. Łażą po niej muchy. To jest list, którego będę się wstydził.

8.

Sopot 1.10.1951

Wielce Szanowny i Kochany Panie,

Pewnie mnie już Pan wyklął, wydziedziczył, wyrzucił z pamięci, pewnie już Pan nie chce nic wiedzieć o mnie. A ja naprawdę bardzo chciałem zobaczyć się, tylko to tak jakoś wyszło.

Był Pan taki dobry, że wstąpił Pan do mnie – dziękuję bardzo. Na dwie karteczki nie odpowiadałem, gdyż nie znałem adresu. Był Pan we Fromborku, a potem, jak mi wywiad doniósł w Ustce. Cały sierpień czekałem pilnie i bezskutecznie. Ale to na pewno moja wina, pewnie Pan się obraził. Ja naprawdę jestem źle wychowany – tyle się teraz ze mną rzeczy dzieje, wszystko jakoś źle, niedobrze, opatrznie.

Kupiłem sobie „Znak”, teraz mam Pana blisko siebie. I nawet jeśli Pan mi napisze, że jestem głupie prosię, to nic nie pomoże. Czuję, że jestem z Panem związany na zawsze.

Za tydzień, za dwa będę już chyba w Warszawie. Teraz jesień w sercu i głowie.

Memu lirycznemu Spowiednikowi załączam taki wierszyk:

Życie złożone w moje ręce
upadajace na kolana
odbierz odemnie

nie rozumiem
ciężaru dni i dusznych nocy
gdy ślepą ręką badam kształt

Owoców ludziom nie przynosi
cień co rozrasta się jak drzewo
milczy
tratuje korzeniami

Ci którzy pokazują palcem
i mówią: życie zmarnowane
wyrzekli słowo

Odbierz Panie –

Lichego sługę Twej winnicy
niech na rozstaje wyprowadzą
odarty z szat zostanę sam

Ramiona wiatrem mi podeprzyj
nie wcielaj  więcej
zostaw dłoniom
pustkę łagodną nieobjętą

Wiersz lichy, niczym autor. Autor myśli jak żyć i podejmuje drobne czynności, które wymagają tyle sił, ile wygranie wielkiej bitwy.

Serdecznie Kochanego Pana pozdrawiam i jeszcze raz przepraszam.

Zły a wierny

Zbigniew Herbert.

9.

Warszawa 7.10.1951

Drogi, miły Panie Zbigniewie!

Dziękuję za serdeczny list i za śliczny wiersz, jaki ten list ozdobił. Tego dnia myślałem o Panu bardzo intensywnie i, jak zawsze, z prawdziwą przyjaźnią i troską. Czy mogę się gniewać na lekkomyślność uroczą uroczego poety, który oddanego sobie przyjaciela zaniedbuje? Mogę tylko cierpliwie oczekiwać, gdy w sercu Pana odezwie się pamięć o mnie.

Cieszę się, że będę Pana widywał w Warszawie – to będzie wielka radość. Miałem bardzo ciężkie i tragiczne przeżycia tego lata: straciłem tak jakby syna, chociaż to był syn mojej siostry. Utonął on w morzu 10-go sierpnia. Nie usiłuję Panu nic więcej o tym powiedzieć. Jestem pewien Pańskiego współczucia i zrozumienia straty bardzo ciężkiej.

Teraz zacząłem swoje pisanie, co oznacza, że rzuciłem się w odmęt, w otchłanie, w topiel – w same rzeczy ostateczne. Będzie to dramat, jeśli będzie.

Tyle pro domo mea. Chciałbym, by do Pana przyjazdu dotrwał pewien piękny kwiat doniczkowy, jaki stoi u mnie na biurku i cieszy moje oko. Wszystko, co Pana dotyczy – mnóstwo, mnóstwo rzeczy – opowie mi Pan chyba już osobiście?

Proszę uprzednio dać mi jakieś „petit mot” – z zaznaczeniem, kiedy będę mógł oczekiwać gościa tak miłego.

Serdecznie pozdrawiam oddany Panu

Jerzy Zawieyski

10.

12.05.1952

Ukochany poeto! Bardzo za Panem tęsknię, a tęsknoty jesienne są rzewne i smutne. Więc niech Pan czym prędzej przyjedzie, tak mi naprawdę brak kochanego Pana, tym bardziej, że coś piszę, coś takiego, w czym mi będzie mógł Pan pomóc. Przekręciłem się o 180 stopni i piszę komedię!!! Oznacza to, że już nie mogę znieść samego siebie i że postanowiłem się odmłodzić. Więc debiutuję. Proszę wesprzeć swym dobrym słowem biednego debiutanta niżej podpisanego.

Jerzy Zawieyski

Fragmenty listów Zbigniewa Herberta i Jerzego Zawieyskiego ze zbioru wydanego przez „Więź” – „Korespondencja 1949−1967”, Warszawa 2002. Część z nich ukazała się w miesięczniku „Więź” nr 10/2002.