Kiedy zło przekracza wszelkie znane nam miary, pani Julia Hartwig przywołuje niedzisiejsze pojęcie wstydu. Jakby w obliczu nacjonalistycznego obłędu mówiła z przyganą: „Ale to nietaktowne”. Potworności nie przezwyciężymy patosem.

Zanim na początku 2005 r. „Więź” zaczęła publikować moje felietony, z tego samego miejsca w każdym numerze ówczesnego miesięcznika pisała do Państwa pani Julia Hartwig.

Jej nazwisko kojarzy się wszystkim – tym, którzy czytają – z poezją. I słusznie. Była poetką wielką i osobną. Taka osobność związana jest nieraz z charakterystycznym zjawiskiem, które można nazwać „brakiem naprzykładowości”. Chodzi o to, że kiedy chcemy powiedzieć coś generalnie o literaturze, dla zaznaczenia, co mamy na myśli, używamy nieraz pobieżnego wyliczenia, często, choć nie zawsze, poprzedzonego frazą „na przykład”. Zatem: „literatura polska zawsze związana była z życiem zbiorowości” – piszemy i dorzucamy: „(np. Konwicki, Kazimierz. Brandys, Andrzejewski)”. Albo stwierdzamy: „poezja polska nie wyzbyła się nigdy korzeni romantycznych, nawet jeśli przywoływane są one polemicznie” – i tu znów otwieramy nawias: „(np. Grochowiak, Miłosz, Herbert)”.

Wyliczam tu nazwiska wspaniałych autorów, ani słowa. Rzecz w tym, że ktoś, kto tknięty jest osobnością, nigdy lub prawie nigdy w takim wyliczeniu się nie pojawi. I Julia Hartwig się nie pojawiała. Była sobie sobą, Julią Hartwig, reprezentantką jedynie Julii Hartwig.

Ale miałem właściwie zacząć od czegoś innego. Ponieważ z nazwiskiem Julii Hartwig – a także jej męża, Artura Międzyrzeckiego – zetknąłem się po raz pierwszy jako mocno nieletni czytelnik: za sprawą dwóch powieści, które napisali dla dzieci. Jedna nosiła tytuł (w wydaniu drugim, z 1967 roku, które trafiło do moich rąk): „Przygody Poziomki”. Pamiętam z niej, jak główna bohaterka rozmawiała na dziedzińcu warszawskiej ASP z wyrzeźbionym koniem – i było to tak sugestywne, że odkryta potem obecność jeźdźca na tym koniu (bo chodziło o pomnik kondotiera Bartolomeo Colleoniego) właściwie do dzisiaj budzi moją konsternację.

Była sobie sobą, Julią Hartwig, reprezentantką jedynie Julii Hartwig

Dalej pamiętam, że Poziomka wyprosiła psa, którego rodzice przyjęli na próbę, z czego wzięło się jego imię Próbek; a ponieważ pies wkrótce zyskał miłość całej rodziny i mowy nie było, żeby go oddać, rodzice z całą powagą zmienili to imię, które brzmiało odtąd: „Próbek Stały”. Wreszcie – pamiętam, że Poziomce towarzyszył pan Nobo. Ten kłopotliwy gość zjawiał się zawsze, gdy bohaterka robiła coś, z czego trzeba się było wkrótce wytłumaczyć. Przysięgam, że wszystko to są ślady pamięci wytworzone przed pół wiekiem, bo książki tej, należącej zresztą do mojej siostry, od dawna nie miałem w ręku.

Drugą powieścią tych samych dwojga autorów był „Wielki wyścig”, zwariowana historia pogoni za fakirem Ben Bango, którą podjął szef cechu cyrkowców – Ben Bango był bowiem straszliwym fuszerem i psuł opinię środowiska. W tropieniu fakira, który potrafił zebrać od widzów zegarki, w magicznym moździerzu potłuc je na miazgę i z przykrością stwierdzić, że zegarki o dziwo nie chcą odzyskać swojej pierwotnej postaci, brali udział dwaj chłopcy, Cich i Łata. Mieli zwyczaj porozumiewania się ze sobą, wymawiając wyrazy wstecz, i długo uważałem, że nazwa Akczileiw jest znacznie ładniejsza niż Wieliczka, a groźba „Żebym cię nie żąwnął, Łata” – lepiej niż jakakolwiek inna kończy dyskusję.

Zgodnie z ówczesnym zwyczajem, imiona autorów były na okładce i stronie tytułowej „Wielkiego wyścigu” skrócone do pierwszych liter. Julia Hartwig pozostawała więc dla mnie przez lata „J. Hartwig”, o nieokreślonej płci. Zmieniło się to po upłynięciu całej epoki, choć w czasie obiektywnym było to zaledwie dziesięć lat, gdy jako licealista natrafiłem na pięknie wydany w „Czytelniku” tom jej wierszy.

Zaczynałem dopiero przygodę z poezją; wiersze odbierałem, godząc się na to, że ich na ogół nie rozumiem, uwiedziony jedynie melodią zdania, albo tajemniczym obrazem. Na tej zasadzie – choć wybór zawierał takie perły, jak poświęcona okrucieństwu i pięknie świata „Dwoistość”, czy „Gomez na dachu” o postępującej desakralizacji świata – wracałem maniakalnie do utworu, wabiącego mnie czymś niejasnym:

Idziemy przez Warszawę we mgle.
Most jakby w powietrzu zawisły. Nic nad nim ani pod nim. Posuwamy się jak ślepi.
Chodźmy do sadu Jarosława. I zaraz zapach wiśni i krągłość owocu i soczystość.
Ale nikt nie wie, jak się tam dostać. Tylko ciemne latarnie, zgaszone sosny.

Tak, to czułem: istnieje jakieś inne miejsce, przytulniejsze niż jesienne miasto, przykryte owym miastem jak labiryntowymi dekoracjami, z których dałoby się wyjść, gdyby rozpoznać drogę. Zastanawiałem się przelotnie, czy chodzi o sad w Stawisku – kilka miesięcy wcześniej polonista wysłał całą naszą klasę na obowiązkowe wagary, na pogrzeb Jarosława Iwaszkiewicza. I zarazem przeczuwałem, że to anegdotyczne (i mocno niepewne) wyjaśnienie imienia z wiersza nie ma żadnego znaczenia. Zdania były zamglone, jak zamglona była cała mikroopowieść: nie wzbierająca buntem, że nie otacza nas rajski ogród, lecz rzeczowo konstatująca, że nigdzie go nie widać. A nawet w tej sytuacji tęsknoty i braku pozwalająca dostrzec piękno: piękno niedoskonałości świata.

Dziś zdaje mi się, że przypadkowo zwróciłem wtedy uwagę na charakterystyczną cechę poezji pani Julii Hartwig (dlaczego piszę „pani Julia Hartwig”, a nie „Julia Hartwig” – objaśnię za chwilę; teraz mamy już niestety dużo czasu). Chodzi o to, że pokazywała nam ona rzeczywistość ułomną, czasami po prostu pełną zła, ale zarazem tak przemożną, że krzyk – ekspresja wyrazu, rewolucyjny patos, tyrtejskie nawoływanie – byłby estetycznym i moralnym fałszem. Drapowaniem się w szaty nadludzi, którzy są w stanie skutecznie przeciwstawić się światu, gdy zadanie to nie jest tak naprawdę skrojone na miarę człowieka. Pozostaje nam być znakiem sprzeciwu w inny sposób: zachowywaniem stylu, wytrzymywaniem niewygód, upartym trwaniem w przeczuciu, że gdzieś przecież musi istnieć „zapach wiśni i krągłość owocu i soczystość”. Edenu nie ściąga się na ziemię przemocą ani rozpaczą. Niewspółmierność sił jest zbyt wielka. Czy raczej należałoby powiedzieć: ponieważ prawdziwa siła polega na czym innym.

Nawet wstrząsający wiersz o żydowskich koleżankach, które pochłonęła Zagłada, napisany jest „ściszonym głosem”. Potworności nie przezwyciężymy patosem. To niedomówienie jest trafnym wyrazem niezgody.

Głos łacinniczki był jakby trochę ostrzejszy,
kiedy się do nich zwracała.
(Nigdy po imieniu.)
Miriam była zawsze doskonale przygotowana,
Reginka słabsza, ale poprawna.
Trzymały się razem
i razem wychodziły z klasy przed lekcją religii.

Ostatni raz spotkałyśmy się niespodziewanie u wylotu Lubartowskiej,
na granicy świeżo utworzonego getta.
Stały tam onieśmielone jakby przydarzyło im się coś wstydliwego.

Kiedy zło przekracza wszelkie znane nam miary, pani Julia Hartwig przywołuje niedzisiejsze pojęcie wstydu. Jakby w obliczu nacjonalistycznego obłędu mówiła z przyganą: „Ale to nietaktowne”. Daje to wrażenie niedzisiejszości i pewnego arystokratyzmu, który może drażnić. Podobnie dyskretny w wyrazie Herbert odwoływał się wprost do klasycznych wzorców; gdy miarą stosownego wyrazu rozpaczy są proste zdania Tukidydesa (że „miał siedem okrętów, była zima i płynął szybko”), przestrzeń wielkiej historii pozwala rezonować tym oszczędnym słowom.

U poetki, którą dzisiaj wspominam z wdzięcznością, nie ma nawet tego. Są raczej nakazy dobrego wychowania, coś w rodzaju Gogolowskiego: „Aleksander Macedoński był bohaterem, ale po co zaraz łamać krzesła?”, albo słynna odpowiedź pewnej hrabiny na pytanie, czy gość może zapalić między zupą a drugim daniem: „Nie wiem, nikt tego nigdy przy mnie nie zrobił”.

Nasze czasy – wydaje mi się – zbudowane są na fundamencie kontrkulturowej pochwały samoekspresji, na „Skowycie” Ginsberga i drastyczności. Niezależnie od naszych zapatrywań politycznych, „mieszczaństwo” kojarzy nam się raczej z wierszem Juliana Tuwima o „strasznych mieszczanach” niż z cnotami i dobrym wychowaniem, a sentymenty do obyczajów ziemiaństwa nabrały już w ogóle charakter czegoś skrycie i nieraz bezwiednie, ale jednoznacznie komicznego.

Nawet wstrząsający wiersz o żydowskich koleżankach, które pochłonęła Zagłada, napisany jest „ściszonym głosem”

W takim świecie pomysł, by demonicznemu nieraz złu przeciwstawiać dobry smak, wstydliwość, heroiczną elegancję niezależnie od okoliczności – może się wydać ideą karkołomną. Albo jesteś pozbawionym dystansu uczestnikiem gry, w którą gramy w naszym kręgu cywilizacyjnym wszyscy, albo musisz uderzyć w tony prometejskie, lub zgoła faustyczne: „dalej, bryło, z posad świata, nowymi cię pchniemy tory”. Odpowiedź, płynąca z poezji pani Julii Hartwig, jest inna, ale kto wie, czy ludzkich wartości nie pozwala chronić skuteczniej. Składają się na nią: ściszony głos, powściągliwe słowo, wystudiowany ruch ręki. To, co kruche i właśnie dlatego cenne. Konwencjonalne i właśnie dlatego ludzkie.

Zastanawiam się, na ile sposób, w jaki próbuję opisać ten jedyny w swoim rodzaju ton poezji pani Julii Hartwig, nie wynika trochę z moich nielicznych obserwacji jej jako osoby. Bywała na rozmaitych spotkaniach literackich; w latach osiemdziesiątych tworząc już z panem Arturem Międzyrzeckim parę seniorów środowiska, przyglądała się debiutującym pisarzom z troskliwością sędziwej krewnej, którą odwiedzili rozchełstani i skłonni do używania wulgaryzmów, ale bardzo zdolni koledzy szkolni wnuka. Ktoś, kto w odróżnieniu ode mnie znał ją bliżej, być może dowiedzie mi łatwo, że się mylę. Mówię tu jednak o komunikacie, jaki płynął ze stroju, gestu, oszczędnego uśmiechu.

Właśnie dlatego tytułuję ją „panią Julią Hartwig”. Kiedy rozmawiałem kilka miesięcy temu z kimś z kręgu jej przyjaciół, kto mówił o niej per Julia, z trudnością przyjmowałem, że to o nią chodzi. Styl: ostatnia, ale nieprzekraczalna linia obrony przed barbarzyństwem ludzi, historii, biologii.

O śmierci – chyba o śmierci – napisała pani Julia Hartwig przed laty tak: „Kiedy pochyliła się nad jego fotelem w ażurowym kapeluszu prześwitującym pod słońce, z twarzą jak obłok miękką, delikatną i dziewczęcą Madonny Andrea del Sarto, podniósł ku niej głowę i osłabione wiekiem oczy i cały w blasku tej urzekającej młodej urody zapytał załamującym się, wzruszonym szeptem: Ale kim pani jest? Kim pani jest?”.

Bo najpierw wypada się przecież przedstawić.


Źródła cytatów:

„*** [Idziemy przez Warszawę we mgle…]”, w: Julia Hartwig, „Wybór wierszy”, Warszawa 1981.
„Koleżanki”, w: Julia Hartwig, „Powroty”, Lublin 2009 (cyt. wg publikacji na stronie internetowej Teatru NN).
„*** [Kiedy pochyliła się nad jego fotelem…]”, w: Julia Hartwig, „Chwila postoju”, Kraków 1980.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, jesień 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, jesień 2017

Kwartalnik „Więź”, jesień 2017: Polityka społeczna po 500+