Polscy publicyści powinni podjąć poważną refleksję nad przyszłością relacji Warszawa-Berlin, a nie manifestować – w gruncie rzeczy niezrozumiałe – zadowolenie z powodu osłabienia dotychczas stabilnego systemu politycznego RFN.

Radość i poruszenie niektórych polskich mediów, twierdzących po ogłoszeniu wyników niemieckich wyborów parlamentarnych, że 24 września 2017 roku rozpoczęła się za Odrą i Nysą Łużycką „prawdziwa demokracja”, są typowym świadectwem trwałego oderwania od rzeczywistości. Podobnie zresztą jak uporczywie powtarzane przez nie tezy o najgorszym wyniku die großen Parteien od kilkudziesięciu lat.

Istotnie, procentowy rezultat CDU/CSU oraz SPD nie wygląda na bardzo imponujący. Wyniki wyborcze mają jednak to do siebie, że zawsze powinny być odczytywane w szerszym kontekście. Samą ich arytmetykę należałoby interpretować w zależności od trwałego kształtu systemu politycznego danego kraju, partycypacji wyborczej społeczeństwa (w RFN zazwyczaj wysokiej) i jakości instytucji demokratycznych. Aby posłużyć się pierwszym z brzegu przykładem, można przywołać sąsiednią Słowację: pod koniec lat dziewięćdziesiątych oraz na początku bieżącego wieku wybory dwukrotnie wygrywało tam ugrupowanie autorytarnego premiera Vladimira Mečiara, ale z powodu niemożności znalezienia koalicjanta, musiało pozostać w opozycji.

Publicyści piszący o klęsce „czarnej koalicji” CDU/CSU powinni pokazać przykład polskiej lub środkowoeuropejskiej partii lub bloku koalicyjnego, które po 12 latach nieprzerwanego sprawowania władzy uzyskałyby w głosowaniu powszechnym 33 proc. poparcia i zdeklasowałyby najważniejszych rywali odpowiednio o 13 i ponad 20 punktów procentowych. Partię lub koalicję, rządzącą w dobie globalnego kryzysu finansowego, zagrożenia terrorystycznego, problemów greckiego zadłużenia, funkcjonowania strefy euro, Brexitu, fali migracji i przyjęcia ponad miliona nowych mieszkańców oraz w dobie dyskusji o przyszłym kształcie Unii Europejskiej, w których coraz wyraźniej zarysowuje się sceptyczne stanowisko prawicy rządzącej w Polsce lub na Węgrzech.

Zwolennicy tezy o przegranej Angeli Merkel powinni przywołać w pamięci rok 2005, gdy po raz pierwszy obejmowała ona tekę kanclerza RFN. Gdzie są dziś jej ówcześni partnerzy na scenie międzynarodowej, tacy jak Marek Belka, Jacques Chirac, George W. Bush, José Luis Zapatero, Silvio Berlusconi, Wiktor Juszczenko, Mikuláš Dzurinda czy Kazimierz Marcinkiewicz? W najlepszym przypadku znaleźli się na politycznej emeryturze albo pełnią mniej eksponowane funkcje.

Wspomniana arytmetyka ostatnich wyborów pokazuje, że wciąż blisko 80 proc. niemieckiego elektoratu prezentuje poglądy od umiarkowanej centroprawicy reprezentowanej przez blok CDU/CSU, przez progresywny liberalizm FDP, aż po różne odcienie nowoczesnej, szeroko pojmowanej lewicy – od „klasycznych” socjaldemokratów z SPD do Zielonych i radykałów z Die Linke. W większych miastach, np. w Berlinie, sumaryczny wynik Zielonych, SPD i Die Linke to ponad 68 proc.

W niedzielnych wyborach najwięcej do powiedzenia miał wyborca proeuropejski, niechętny nacjonalistycznej retoryce

W większości więc w najnowszym głosowaniu najwięcej do powiedzenia miał wyborca proeuropejski, niechętny nacjonalistycznej retoryce i opowiadający się za racjonalną, spokojną polityką wobec najważniejszych wyzwań współczesności. To również wyborca w większości nastawiony z sympatią do dobrosąsiedzkiej polityki z Polską lub Czechami. Głosy o szczególnym umacnianiu się skrajnej prawicy, mimo oczywiście relatywnie dobrego wyniku AfD, są w ujęciu całościowym mocno przesadzone. Wiele niemieckich mediów powołując się zresztą na różnorakie sondaże wskazuje, że blisko 60 proc. głosów oddanych na AfD było typową manifestacją protestu wobec dotychczasowych elit Republiki Federalnej.

Na europejskiej scenie politycznej da się również zaobserwować swoisty „syndrom trzeciej partii” – w Polsce zanotowany już co najmniej dwukrotnie. W wyborach do Sejmu w 2005 roku na „trzecią siłę” wyrosła Samoobrona, która w następnych, przyśpieszonych wyborach w ogóle nie weszła do parlamentu; podobnie Ruch Palikota, który uzyskał trzecie miejsce w 2011 roku, a dziś stanowi odległe wspomnienie. Przy zachowaniu proporcji, podobną sytuację możemy zaobserwować również w przypadku ruchu Kukiz’15, o którym po jesieni 2015 roku trudno powiedzieć, aby rósł w znaczącą siłę parlamentarną i społeczną.

Brązowi medaliści wyborczego peletonu zazwyczaj mają trudność zarówno z utrzymaniem się w roli wiarygodnej i merytorycznej opozycji, jak i – w przypadku dokooptowania do nowego układu władzy – z zauważalnym poszerzeniem swojej bazy społecznej. Nie wygląda na to, aby AfD, wokół której w Bundestagu zostanie stworzony typowy „kordon sanitarny”, będzie miało na tyle zdolności i elastyczności politycznej, aby zagrażać najbardziej prawdopodobnej „koalicji jamajskiej” chadeków, liberałów i zielonych.

Polscy publicyści powinni dziś podjąć poważną refleksję nad przyszłością relacji Warszawa-Berlin, a nie manifestować – w gruncie rzeczy niezrozumiałe – zadowolenie z powodu osłabienia dotychczas stabilnego systemu politycznego RFN.

Nie ma bowiem większych wątpliwości, że nowi-starzy lokatorzy Bundeskanzleramt postawią na dalsze rozwijanie prędkości niemiecko-francuskiego pociągu i postępującej integracji Starego Kontynentu wokół strefy euro. Kurs ten coraz mocniej rozjeżdża się z kierunkiem obranym przez polski rząd, który wydaje się jak na razie niezdolny do uprawiania racjonalnej i nowoczesnej polityki partnerstwa z Niemcami.