Charles Bradley wierzył, że wyśpiewanie własnego bólu może leczyć innych ze smutku. Zmarł w sobotę w wieku 68 lat.

Urodził się w 1948 roku na Florydzie, później wraz z matką i siedmiorgiem rodzeństwa przeniósł się do Nowego Jorku. Wychowanek ulic Brooklynu – jako nastolatek uciekał z domu, włóczył się, noce spędzał w wagonach nowojorskiego metra. Choć po latach przyznawał, że artystą jest od zawsze, karierę muzyczną rozpoczął bardzo późno. Wcześniej był między innymi kucharzem i pracownikiem lokalnej hurtowni.

Zarabiać na życie muzyką zaczął w latach 90., gdy jako Black Velvet w miejscowych pubach i klubach śpiewał przeboje swojego największego idola – Jamesa Browna. Profesjonalny kontrakt podpisał w 2002 roku, ale na wydanie debiutanckiego krążka przyszło mu poczekać jeszcze dziewięć lat.

Zaczął być szerzej znany także za sprawą dokumentu „Charles Bradley: Dusza Ameryki”. Materiał prezentował codzienność muzyka na krótko przed premierą pierwszej płyty. Pozwalał też zrozumieć fenomen i siłę jego przekazu.

Bradley przed kamerami pozostał sobą – nieco samotnym mężczyzną, który trudzi się prozaicznymi czynnościami: w filmie widać, jak opiekuje się schorowaną matką, odpoczywa w garażu przerobionym na pokój, próbuje spłacić kredyt czy nadrabia zaległą edukację.

Ciekawie wypada zestawienie jego życia z tym, co właśnie tworzył w studiu. Źródłem tej twórczości od początku do końca pozostanie bowiem osobiste doświadczenie. Wokalista improwizuje podczas nagrań, układa teksty do historii zaczerpniętych z własnej biografii. Opowiada w nich o swojej drodze, w jednej z przejmujących pieśni upamiętnia brata, który zginął na ulicy obok ich domu („Heartaches and pain”).

Debiut płytowy następuje, gdy Charles liczy 62 lata. Choć „No time for dreaming” z miejsca okazuje się hitem, los jej autora nie zamyka się tylko w spełnieniu american dream. Dopuszczony po latach do głosu muzyk w swoich pieśniach bezlitośnie rozlicza współczesną Amerykę z mitu krainy mlekiem i miodem płynącej.

Już sam tytuł albumu wiele wyjaśnia – Stany Zjednoczone nie są dla artysty przestrzenią na marzenia. To rzeczywistość pełna cierpienia i niesprawiedliwości. W otwierającym płytę utworze „The World” Bradley rzuca: „Świat jest w płomieniach/ i nikt nie chce wziąć na siebie winy/ nie mów mi jak mam żyć/ jeśli nigdy nie poznałeś bólu” (tłumaczenia własne). Dalej pada pytanie: „Jak długo/ muszę kroczyć naprzód/ żeby zobaczyć cały ból tego świata?” („How long”). Emocjonalną kulminację materiału stanowi „Why is it so hard?”, gdzie wokalista łamiącym głosem śpiewa tytułowy wers dotyczący sukcesu: „Dlaczego tak trudno dokonać tego w Ameryce?”. Jak dodaje, „czasy są ciężkie” i „wygląda na to, że nic się nie zmienia”. Soul od lat nie brzmiał tak przekonująco!

Twórczość muzyka nie zamknęła się w oskarżeniach rzucanych współczesności. Obok gniewnych protest songów wykonawca prezentował ujmujące ballady i wzywał do przemiany świata w lepsze miejsce.

Zdążył jeszcze wydać dwa krążki, ostatni swoją premierę miał w ubiegłym roku. Można zauważyć na nich lekkie przesunięcia akcentów. Wcześniej liryzm był ozdobą, teraz stawał się klamrą kompozycyjną całości. Poziom ogólnego oburzenia zastąpiony został opisem konkretnych uczuć.

W jego pieśniach pojawiają się wartości, które mogą ocalić świat. Ich bohater jest „ofiarą miłości” („Victim of love”). Jakkolwiek banalnie to brzmi, w przesłaniu Bradleya to właśnie miłość staje się ratunkiem przed złem. Tylko ona będzie w stanie ochronić przed sztormem życia („Through the storm”), jedynie dla niej zmęczony człowiek porządkuje swój los („Strictly reserved for You”, „Slow love”).

Modyfikuje się również stosunek muzyka do rodzinnego kraju. Na ostatnim krążku „Changes” Bradley przyznaje, że Ameryka jest jego domem, do którego chętnie wraca („Good to be back home”) i prosi Boga o błogosławieństwo dla niej („God bless America”). Tytułowe zmiany muszą natomiast rozpocząć się nie od struktur, ale od wnętrza człowieka („Change for the world”).

Soul od lat nie brzmiał tak przekonująco

W muzycznej działalności Bradleya nie było napięcia między sceną a życiem. Artysta śpiewał bardzo ekspresywnie, podczas przeszywających utworów dosłownie wylewał z siebie pot i łzy. Nie uznawał dystansu – często bezpośrednio po koncertach schodził do publiczności, by wyściskać swoich słuchaczy lub zwyczajnie z nimi porozmawiać.

W Polsce wystąpił dwukrotnie. W 2011 roku był gościem Ars Cameralis w katowickim Rialto. Rok później zaśpiewał na OFF Festivalu.

Wierzył w moc sprawczą swojej muzyki. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 2012 roku tak mówił o jej źródłach: „Zaglądam w oczy ludzi, których spotykam, patrzę na ich biedę, smutek i radość. Zawsze będę miał o czym śpiewać”. Jak tłumaczył: „Muzyka tworzona z serca nigdy nie umrze. A soul pochodzi z serca, ducha, rodzi się z bólu, z emocji, których nie możesz inaczej wypowiedzieć. (…) Trzeba przeżyć swój ból i swoją radość”. Przyznawał też, że poprzez debiutancką płytę próbował leczyć siebie i innych ze smutku.

Charles Bradley zmarł w sobotę 23 września po kilkumiesięcznej walce z rakiem żołądka. Szkoda, że jego misja trwała tak krótko…