Winobranie w Zielonej Górze zaczyna się procesją katolicką, a kończy w pewnym sensie pogańską. W sferze symbolicznej mamy istne pomieszanie sacrum i profanum.

Szymon Bojdo: Podkreśla Ksiądz często, że mieszka w Zielonej Górze i pochodzi z Lubuskiego. Spotykamy się podczas Winobrania. Czy Lubuskie to polska Toskania, a Zielona Góra jest polską Florencją?

Ks. Andrzej Draguła: Nie jestem chyba najlepszym obserwatorem życia winiarskiego w Zielonej Górze i okolicach. Nie potrafię dokładnie odpowiedzieć, jak się ono rozwija. Ale trzeba przyznać, że od kilku czy kilkunastu lat tradycje uprawiania winorośli się w tych okolicach odrodziły. Północna granica uprawiania winorośli przebiega jeszcze powyżej Zielonej Góry. To linia łącząca Gorzów Wielkopolski z Poznaniem i dalej w kierunku Lublina. Mamy historyczne świadectwa uprawy winogron w okolicach Zielonej Góry ze względu na szczególny mikroklimat: długie, ciepłe jesienie, łagodne zimy, stosunkowo duże nasłonecznienie. Po wojnie winorośl rosła tylko w centrum miasta na Winnym Wzgórzu i właściwie był to taki element symboliczny, a jak pamiętam dawne winobrania, to piło się na nich głównie piwo albo wino sprowadzane. Od kilku lat na Winobraniu coraz więcej jest stanowisk ze sprzedażą i degustacją win z winogron uprawianych w naszych okolicach, zwłaszcza na północnym brzegu Odry, który jest dosyć nasłoneczniony.

Nie będę oczywiście pytać Księdza o historię Winobrania, ale o jego kulturowy wymiar: to przecież święto miasta, ale nie da się ukryć, że bliżej mu, choćby z racji pochodzenia tej tradycji, do dożynek niż do wielkomiejskiej fiesty.

– Historycznie czy geograficznie rzecz ujmując, to chyba we wszystkich krajach, w których jest uprawiana winorośl: czy to będą Włochy, Francja, Hiszpania, Niemcy, Czechy (a tam zwłaszcza Morawy), to zakończenie zbioru winogron kończy się świętem analogicznym do dożynek, związanych z uprawą roli, więc na pewno jest to święto o pochodzeniu rolniczo-wiejskim, a nie miejskim. Akurat Winobranie w Zielonej Górze bardzo się przyjęło, a za zgodą Stolicy Apostolskiej od roku 2010 patronem miasta został święty papież Urban I, związany z tradycją uprawiania winorośli. W mieście jest też kościół patronacki pod jego wezwaniem.

Te winiarskie zwyczaje, czy raczej pamięć o zwyczajach, przetrwała przez cały okres powojenny i korowody winobraniowe odbywały się zawsze. Dziś nabrały one znaczenia o wiele bardziej realnego, to znaczy nie są tylko i wyłącznie świętem miasta, ale są także świętem wina, w sposób właściwy. Oczywiście, mówiąc językiem antropologii kulturowej, jest to rytuał agrarny, rolniczy. Jak wszystkie rytuały miał on zawsze dwa elementy: święta i zabawy. Tutaj też jest element święta religijnego, bo Dni Zielonej Góry zaczynają się procesją z figurą św. Urbana I – najpierw do kościoła konkatedralnego, potem na rynek miasta.

Jest także element ludyczny, zabawowy, który wiąże się z koncertami i rozrywką. Zawsze ten rytuał składał się z dwóch elementów – ludus, czyli zabawa i festum, czyli święto – doskonale je w tym winobralnym, zielonogórskim rytuale widać. Chociaż trzeba przyznać, że element świąteczno-religijny jest stosunkowo niewielki. Winobranie w Zielonej Górze nie zrodziło się wokół obrzędu religijnego, w pewnym sensie zostało „poświęcone” dopiero w ostatnich latach poprzez wprowadzenie patronatu św. Urbana.

Da się zatem zaszczepić rytuał wiejski do miasta? Mieszczuchy też potrzebują tego typu rytuałów?

– Wydaje mi się, że tak, bo potrzeba rytuałów jest naturalną potrzebą człowieka. Jesteśmy istotami cielesno-duchowymi i potrzebujemy zewnętrznych wyrażeń swojego kulturowego zachowania. Jeżeli pewne rytuały zanikają, to rodzą się inne rytuały, które wypełniają rytualno-obrzędową lukę. Myślę, że człowiek nie może żyć bez rytuałów.

Kiedyś te rytuały wyznaczały pory roku, uprawa roślin, życie wiejskie, które było fundamentem, a także kalendarz kościelny. Wiemy też, że świat robotniczy także wprowadzał pewne rytuały, bo chociażby pochód 1 Maja był takim zbiorowym, miejskim rytuałem, choć nieco przymuszonym. Dzisiaj się wytwarzają także nowe rytuały kościelne w przestrzeni miejskiej, na przykład słynny Orszak Trzech Króli, który rodzi się w wielkich miastach, co oznacza, że ludzie mają potrzebę obrzędowego wyznania wiary i robią to na zewnątrz, publicznie. Ten element rytualny, kulturowy jest bardzo ważny, nie da się jak widać przeżywać święta wyłącznie w kościele, ale przenosi się je także poza mury świątyni.

Niektórzy antropologowie kultury, czy też liturgiści, którzy mają takie antropologiczne nachylenie wskazują, że tam gdzie rytuałów nie ma, pojawiają się choćby w ułomnej czy naśladowniczej formie. Różnego rodzaju manifestacje: polityczne, kulturalne, a także obyczajowe są reaktywacją życia rytualnego. Niektórzy mówią, że „liturgia” wyszła w miasto. Procesje zostały zastąpione przez parady. One realizują tę samą kulturalną funkcję. Może wynika to też z tego, że życie religijne, powiedzmy sobie, mniej manifestuje się na zewnątrz i trochę się schowało do kościoła. Z drugiej strony religijność w wielu sferach czy warstwach społecznych zanikła, a nie zanikła potrzeba zewnętrznego rytuału, jak np. rytuałów inicjacyjnych. Przystanek Woodstock może być dla wielu rytuałem inicjacyjnym, także w znaczeniu inicjacji seksualnej, ale przede wszystkim w znaczeniu pewnego przejścia do dorosłości. Oczywiście tzw. rytuały przejścia spełniają trochę inne funkcje niż te obrzędowe.

To uczestnictwo w rytuałach mówi też coś o potrzebie wspólnoty. Może w Zielonej Górze wino pomaga ją budować, bo jak wiemy generalnie w kraju mamy problemy ze wspólnotowością.

– Rytuał mówi o wspólnocie, bo z natury rzeczy nie są to akty indywidualne, nie przeżywa się ich w sferze prywatnej. Rytuał domaga się drugiego człowieka, bo jego istotnym elementem jest konstruowanie bądź konstytuowanie wspólnoty. Wspólnota staje się przez rytuał i ta nowa wspólnota dalej ten rytuał kultywuje, jest w tym pewne sprzężenie zwrotne: rytuał tworzy wspólnotę, wspólnota tworzy rytuał. Dlatego być może współcześnie potrzebnych jest o wiele więcej rytuałów, ponieważ wspólnotowość dnia codziennego w dużej mierze zanika.

To doświadczenie świeże dla mnie, bo byłem ostatnio na Bałkanach i fakt, że ludzie jeszcze w wielu miejscach tam, w środowiskach wiejskich, siedzą przed domem, rozmawiają ze sobą na ulicach, spotykają się, pokazuje że ta wspólnotowość codzienna, bezpośrednia tam funkcjonuje. U nas – raczej nie. Żyjemy w blokach albo osiedlach, które mają tyle samo mieszkańców, co kiedyś wioska, a relacje na wsi były kiedyś zupełnie inne niż relacje dzisiaj w bloku. Z prostego powodu: ludzie na wsi wzajemnie siebie potrzebowali ze względu na wspólną pracę. Nie można było pracować samemu, trzeba było mieć kogoś, u którego się potem odrabiało. Trzeba było wypożyczyć konia, maszyny rolnicze, pomóc w żniwach. A jakie są związki między nami w bloku?

Wyłącznie wspólnota mieszkaniowa.

– Trzeba dużo czasu, by wspólnota mieszkaniowa przekształciła się w prawdziwą wspólnotę. Prócz więzi czysto topograficznych muszą się zrodzić więzi wynikające z poczucia wspólnoty losu. Jeśli osoby podejmą jakieś wspólne działanie, to stworzą wspólnotę, która przetrwa, jeśli będzie podtrzymywana przez następne inicjatywy. Jeśli nie, ludzie będą mieszkać obok siebie, a nie ze sobą.

Moglibyśmy powiedzieć o Winobraniu zielonogórskim, że to jarmark, czyli z niemieckiego (Jahrmarkt): doroczny rynek, targ. Kiedy przechodziło się w ostatnich dniach ulicami Zielonej Góry to rzeczywiście można było na stoiskach zobaczyć wszystko, co człowiek mógł w ciągu całego roku wyprodukować.

– Klasyczne jarmarki, takie które się wywodzą ze średniowiecza, były rzeczywistymi dorocznymi targami, pewną formą handlu hurtowego. Przywoziło się tam przede wszystkim płody ziemi, handlowano także bydłem czy innymi towarami, jak sukno, sól, produktu leśne itd. Dzisiaj jarmark nie ma takiego wymiaru, przekształcił się w rodzaj festynu, a hurt ustąpił detalowi. Rzeczywiście na tym winobraniowym jarmarku jest wszystko, mydło i powidło. Można kupić, co się chce. Czy on jest jakiś specyficzny w stosunku do innych tego typu podobnych zjazdów handlarzy, foodtrucków, sprzedawców staroci, to ja nie wiem. Być może ten jest szczególnie duży, ale wydaje mi się, że podobny wymiar ma Jarmark Dominikański w Gdańsku czy inne jarmarki związane ze świętem patronalnym danego miasta. One się dzisiaj bardzo do siebie upodobniły, bo to są ci sami handlarze, którzy jeżdżą zgodnie z jakimś kalendarzem po Polsce i wszędzie można kupić kierpce, oscypki, futra, krajalnice do warzyw, bieliznę w każdym rozmiarze i pistoleciki do robienia baniek mydlanych. To co jest specyficzne dla Zielonej Góry, to ten kontekst winiarski, bo tego lokalnego wina tu można skosztować, a w trakcie jarmarku organizowane są wyjazdy do winnic. Można obserwować, jak te winnice wyglądają, dowiedzieć się, na czym polega produkcja win. Obok Zielonej Góry, w Zaborze, znajduje się współfinansowane przez samorząd województwa Lubuskie Centrum Winiarstwa, które spełnia także rolę dydaktyczną. Jest to świadoma próba nadania kulturowej twarzy temu regionowi, związanej właśnie z winem.

Tegorocznemu Winobraniu towarzyszył mały skandal związany z plakatem wydarzenia. Przygotowano konkurs na jego wykonanie, ale artystyczna wizja nie do końca przypadła do gustu mieszkańcom Zielonej Góry.

„Dni Zielonej Góry, Winobranie 2017”

Zwycięski plakat w konkursie na „Dni Zielonej Góry, Winobranie 2017”. Fot. Miasto Zielona Góra

– Rzeczywiście plakat tegoroczny wywołał burzę w internecie i prasie lokalnej, było to dyskutowane, głos zabrał nawet prezydent miasta, który wyraził się krytycznie wobec tego plakatu. Zwyciężczyni Konkursu na plakat „Dni Zielonej Góry – Winobranie 2017”, organizowanego przez Zielonogórski Okręg ZPAP i Zielonogórski Ośrodek Kultury, pani Magdalena Wosik, przygotowała plakat bardzo, powiedziałbym, sugestywny. Przedstawiał on dwie postaci, kobietę i mężczyznę, których części intymne, nagość, zasłonięto dużymi kiściami winogron. Muszę przyznać, że mam ambiwalentny stosunek do tego plakatu. Jeśli patrzeć nań z punktu widzenia artystycznego, choć nie jestem znawcą plakatu, wydaje mi się, że to nie jest plakat taki, jak produkuje się dziś często za pomocą komputera. To jest plakat zrobiony klasyczną techniką, nawiązujący do polskiej szkoły plakatu, z bardzo interesującą kompozycją, kolorystyką, artystycznie bardzo ciekawy i zasługujący na wyróżnienie. Tylko, że taki plakat ma być nie tylko pewną artystyczną wariacją na temat, ale w pewnym sensie ma być także plakatem programowym. Tak to zostało odebrane przez część mieszkańców miasta.

Skojarzenie picia wina z seksualnością jest oczywiście w dużej mierze naturalne, te związki są oczywiste i trudno o nich tutaj w szczegółach mówić. Rozumiem jednak opór tych, którzy odrzucili ten plakat, to znaczy tych, którym się ten plakat nie podobał, ponieważ odczytywali to za pewną programową identyfikację alkoholu z erotyką. To oczywiście jest prawdą i nieprawdą równocześnie: przecież alkohol jakoś z seksualnością się kojarzy, ale to nie jest wyłącznie seksualność. W związku z tym te opory są dla mnie zrozumiałe, choć mnie osobiście on szczególnie nie razi, bo zwracam bardziej uwagę na artystyczny, a nie treściowy aspekt plakatu. Z drugiej strony trzeba powiedzieć, że ten plakat jakoś nawiązywał do charakteru, jaki się nadało Winobraniu w Zielonej Górze w ostatnich latach. Myślę na przykład o tym, że w mieście jest pomnik Bachusa, są małe bachusiki, trochę na modę wrocławskich krasnali.

Istne bachanalia!

– Tak, to są bachanalia, dionizje, to skojarzenie jest właściwe, tylko nie wiem, czy potrzebne. W sferze symbolicznej mamy istne pomieszanie sacrum i profanum. Z jednej strony mamy św. Urbana I papieża, który jest przenoszony w uroczystej procesji z kościoła patronalnego do konkatedry, a z drugiej strony mamy Korowód, na czele którego idzie prezydent z Bachusem. Winobranie zaczyna się procesją katolicką, a kończy – pogańską, jeśli można tak powiedzieć. Jest to oczywisty skutek powiązania ze sobą dwóch różnych tradycji, owego „poświęcenia” tradycji świeckiej. Co do Bachusa, to wypowiadałem się już niejednokrotnie, że to zupełnie nam obca tradycja. Nie widzę kulturowego, historycznego związku między Zieloną Górą a starożytnymi dionizjami. Można za to znaleźć inne symboliczne odniesienia. Niejednokrotnie mówiłem na przykład o Pomniku Winiarki, który stoi na małym skwerze niedaleko Sądu Okręgowego. Pomnik przedstawia młodą kobietę z baryłkami wina. Moim zdaniem jest on o wiele ciekawszy, ładniejszy, tutejszy, a też ma pewną erotyczność w sobie. Byłoby to czymś charakterystycznym, gdyby na czele tego Korowodu szła Winiarka, a nie Bachus. Byłoby to o wiele ciekawsze niż oglądanie kolejnej kopii rozchełstanego Bachusa.

Może właśnie o oryginalność tu chodzi. Zapytałem o plakat, bo choć Winobranie dostępne jest dla wszystkich, to jest w nim jednak dominacja kultury disco-polo, zresztą dużo takiej muzyki słychać przechadzając się ulicami Zielonej Góry w tych dniach. Niemniej stoiska znajdują się przy miejskich galeriach, przy Teatrze Lubuskim i widziałem, że były one zamknięte. Nie ma miejsca na wysoką kulturę w czasie takich imprez?

– To chyba nie jest tak. Nie wiem czy BWA w Zielonej Górze ma akurat jakiś szczególny program na Winobranie, ale Lubuski Teatr ma zawsze Winobraniowe Spotkania Teatralne. Oczywiście oscylują one wokół komedii i łatwiejszego teatru, trudno wystawiać wtedy Gombrowicza czy Szekspira, choć ten drugi ma kilka świetnych komedii, które może by i tu pasowały. Nie jest tak, że nie ma tego elementu kultury klasycznej czy wysokiej, chociaż, wracając do początku naszej rozmowy, to nie jest przecież rytuał, który by się wywodził z kultury wysokiej. Zatem dominuje tu rys ludyczny, a więc i muzyka będzie tę ludyczność wspomagać. Wczoraj jednym z elementów był koncert kapeli cygańskiej, która raczej grała, jak to się mówi, muzykę pod nóżkę.

I na rynku był tłum.

– Był tłum, oczywiście! To też pokazuje, że może powinno być więcej tego typu elementów otwartej zabawy na powietrzu, które kiedyś były o wiele bardziej popularne, ponieważ jak był odpust, to po mszy była zabawa. Obecność tłumów na tych koncertach pokazuje, że jest w nas potrzeba wspólnego przeżywania radości i zabawy.