Film Krauzego jest rodzajem traktatu o istocie sztuki. Tym bardziej niezwykłym, że wcielonym w życie – poprzez to, o czym udało się w nim opowiedzieć, ale też i przez to, w jaki sposób tego dokonano.

„Przez ostatnie lata umacnia się we mnie przekonanie, że trzeba patrzeć i żyć na «tak»” – mówi Krzysztof Krauze. Również i to przeświadczenie doprowadziło twórcę do „Mojego Nikifora”. Życie krynickiego artysty jest – twierdzi reżyser – zwycięstwem w najczystszej postaci. „Mój Nikifor” to film bardzo dojrzały, jeden z piękniejszych, jakie pojawiły się w kinie. Tak proste i pełne prawdy historie, jak ta, zdarzają się w sztuce bardzo rzadko. Tym obrazem Krzysztof Krauze, twórca wstrząsającego „Długu”, potwierdza swój oryginalny talent i wyjątkową wrażliwość.

Twórcom „Mojego Nikifora” udała się rzecz niezwykła – zachowując respekt wobec tajemnicy Nikifora, artysty i człowieka, jednocześnie tej tajemnicy dotknęli. Podziw budzi pokora, z jaką odnoszą się do swoich bohaterów, bo też ten film jest nie tylko opowieścią o pogardzanym artyście z Krynicy, zaliczonym później do piątki najwybitniejszych „naiwnych” w historii malarstwa. Drugim głównym bohaterem „Mojego Nikifora” jest Marian Włosiński – człowiek, dzięki któremu Nikifor mógł w ostatnich latach swojego życia nie tylko być artystą (był nim w każdych warunkach, niezależnie od okoliczności; wystarczała mu do tego mała tekturka, kilka pędzelków i tubek z farbami) ale mógł przeżyć je w godnych warunkach. Był już wówczas ciężko chory, miał otwartą gruźlicę.

Dzisiaj wzruszamy się losem malarza i dobrocią jego opiekuna. Jednak w ówczesnej Krynicy wcale nieodosobnione było przekonanie: „Włosiński to opiekuje się Nikiforem, bo albo na nim zarabia, albo sam jest chory na gruźlicę”.

Historia o tym, jak artysta przyszedł któregoś dnia do pracowni Włosińskiego i oznajmił: „Tu będzie malowała” – brzmi dość poetycko. Film Krauzego również ma w sobie poezję, i to najczystszej próby, ale jednocześnie bardzo zakorzeniony jest w prozie codzienności. Nikifor przyniósł do pracowni swego przyszłego opiekuna nie tylko swój skromny dobytek. Przyniósł również odór długo niemytego ciała i żebraczego ubrania. Był barwnym, ale też wcale niełatwym lokatorem – zagrzybione paznokcie, zaflegmiony gruźliczy kaszel. Nieufny – doświadczył przecież wiele zła od ludzi. Niełatwo było się z nim porozumieć – mówił bardzo niewyraźnie, często przebywał w swoim własnym, trudnym do przeniknięcia świecie.

Właśnie takim Nikiforem decyduje się zaopiekować Włosiński. „Decyduje” to zresztą niedobre słowo – bo nie jest tak, że bohater Krauzego wybiera Nikifora, a rezygnuje z ratowania narażonej na rozpad rodziny. Trwanie przy Nikiforze jest rodzajem wewnętrznego imperatywu, wierność temu imperatywowi kosztuje wszystko – bo taka jest cena za wszystko.

Sam Marian Włosiński wyznaje po latach: „Przyjaźń z Nikiforem absolutnie odmieniła moje życie. Powiedziałbym nawet, że dość je skomplikowała…”. O tym również opowiada „Mój Nikifor” w sposób dyskretny, ale też odważny. „Nikifor, choć żebrak – mówi reżyser – wkroczył do pracowni Włosińskiego jako mistrz malarski. Stanął przed planszą, którą ten malował, machnął ręką i powiedział: «Nie umie malować». Włosiński potraktował go jak czubka. Przy drugiej wizycie Nikifor przyniósł swoje obrazki, pokazał i oświadczył: «Nikifor nauczy malować». (…) Włosiński przeszedł przez wszystkie piekła, których doświadcza artysta”. Jako artysta zgodził się być nikim.

Twórcy „Mojego Nikifora” nie ukrywają, że spotkanie z kimś takim, jak ich bohater, może budzić opór i wymaga odwagi, jest bowiem w stanie odsłonić najgłębszą prawdę o nas samych. Prawda, jaka poprzez spotkanie z Nikiforem, odsłoniła się w życiu jego opiekuna, ułożyła się w niezwykłą i zarazem bolesną opowieść o pięknym człowieku.

„Mój Nikifor” ma w sobie poezję, ale zakorzeniony jest też w prozie codzienności

Kiedy próbuje się mówić o tym filmie, o jego bohaterach i tym, co się między nimi dzieje – przychodzą na myśl wielkie słowa o potędze dobra, prawdy, miłości, o genialności sztuki i talentu, ich naturze i tajemnicy. I rzeczywiście o tym wszystkim film Krauzego opowiada, jednak te patetyczne słowa nie oddają jego istoty. Siłą tego filmu jest prostota – przypomina i to nie tylko w warstwie wizualnej – malarstwo samego Nikifora. Jest to ten rodzaj prostoty, który potrafi pomieścić w sobie największe i najważniejsze. Szczególność „Mojego Nikifora” polega również na jego swoistej przezroczystości. Wydaje się, że twórcy tak zapatrzyli się i wsłuchali w swoich bohaterów, że ci udzielili im samych siebie, dopuścili do swojej tajemnicy

Film Krauzego jest rodzajem traktatu o sztuce, o samej jej istocie. Tym bardziej niezwykłym, że wcielonym w życie – poprzez to, o czym udało się w nim opowiedzieć, ale też i przez to, w jaki sposób to uczyniono.

„Musi prosić o kolor” – mówi filmowy Nikifor patrząc z dezaprobatą na to, co maluje Marian Włosiński. Tę jedną z zasad, praktykowanych przez malarzy ikon, włożyli twórcy filmu w usta artysty, pomimo że z pewnością nigdy jej nie wypowiedział. Kiedy jednak wpatrujemy się w jego obrazy, jest w pewien sposób oczywiste, że te zasady są w nich zapisane.

Oglądając film Krzysztofa Krauzego, miałam wrażenie, że on również „prosił o kolor” i że jego prośba została wysłuchana. Tym „kolorem” jest tutaj wszystko, co współtworzy ten film, czyli wspaniałe aktorstwo Romana Gancarczyka i Krystyny Feldman. Jej obecność tak skomentował Marian Włosiński: „Kiedy zaczęły się zdjęcia, przecierałem oczy ze zdziwienia i trudno mi było opanować wzruszenie – po latach znów zobaczyłem Nikifora. Mojego Nikifora”.

Ów „kolor” to dalej – piękne, a jednocześnie skromne zdjęcia Krzysztofa Ptaka; znakomicie współbrzmiąca z naturą tej opowieści muzyka Bartłomieja Gliniaka. I wreszcie scenariusz – autorstwa Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze – pełen prostoty, bardzo skupiony na swoich bohaterach. Można odnieść wrażenie, że piszącym go bliskie były inne jeszcze zasady malarzy ikon: –„Unikaj zbędnych słów i zachowaj ciszę. Modlitwy kieruj do tego świętego, którego malujesz. Nie rozpraszaj umysłu, a święty będzie blisko ciebie”.

„Mój Nikifor” to dzieło skończone – od pierwszego kadru po zaskakujący i fascynujący finał, w sensie artystycznym kompletne, a jednocześnie pełne przestrzeni. Tę oddano do dyspozycji widzowi. Wejście w nią oznaczać może spotkanie z niezwykłym światem Nikifora, tym który z zapamiętaniem i oddaniem malował, a może i tym, który przez to malarstwo przenika.

Fragment tekstu, który ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11/2004 pod tytułem „Nikifor i… inni”.