Widzimy dziś Norwida w podwójnym wcieleniu: jako poetę epoki, w której żył, i jako herolda współczesności.

Niezrozumienie, niechęć, a niejednokrotnie i szyderstwo przebijają z opinii o Norwidzie wygłaszanych przez jego współczesnych, a także przez niejednego z potomnych. Po śmierci poety, na lata całe, aż do chwili kiedy odkrył go na nowo Miriam, nazwisko i dzieło Norwida pogrążyły się w zapomnieniu.

Taki los spotyka zazwyczaj wielkie talenty, które przemawiają głosem nowym i głoszą prawdy, których słuchać nie lubimy. Ale Norwid odkryty przez Miriama to był inny Norwid niż ten, jakim widzimy go dzisiaj.

Miriam, wyczulony na poezję nową, jaka zapanowała wówczas w Europie, na poezję Maeterlincka z jednej strony, a z drugiej na Rimbauda, odkrywa w Norwidzie naszego polskiego počte maudit, poetę przeklętego, którego naznaczyły tym piętnem tragiczne losy życia i niezrozumienie, z jakim spotkał się wśród współczesnych. Również nowa forma, wiersz wolny, którym Norwid tak często się posługiwał na długo przedtem, nim wiersz taki wszedł w powszechne wśród poetów użycie, pozwalają uznać Norwida za jednego z protoplastów poezji naszego wieku.

Skróty myślowe Norwida stanowią część naszej pamięci zbiorowej

I tak też go dzisiaj widzimy, jakby w podwójnym wcieleniu: jako poetę epoki, w której żył i do której przynależy historycznie, i jako herolda współczesności. O dziwo, język Norwida, który jego współczesnym wydawał się tak dziwaczny, dziś nas nie odstrasza, i to być może paradoksalnie dzięki doświadczeniom awangardy i wiersza lingwistycznego. I choćbyśmy czasem na pokrętność norwidowskiego języka grymasili, powołując się na jasność mickiewiczowskiej frazy, to przecież ten jemu tylko właściwy układ wiersza bywa nam bliższy dzisiaj niż strofa tradycyjna, opisowa, jaką się Norwid czasem posługuje, w takich choćby wierszach jak „Noc” czy „Sieroty”.

Porusza nas nieustanna i konsekwentna praca jego umysłu, szerokość spojrzenia, bogactwo tematyczne, wspaniałe skróty myślowe, które niejednokrotnie cytujemy i które weszły tak głęboko do naszego dzisiejszego języka, że czasem nawet nie pamiętamy, iż to właśnie Norwid jest ich autorem, stanowią już bowiem część naszej pamięci zbiorowej.

Nadal jednak nie przestał być dla nas Norwid poetą wyklętym, skoro hasło tegorocznych obchodów norwidowskich brzmi: „Norwid, poeta bezdomny”.

Jego los, tragiczny, wędrowny – bo po Polsce cała Europa, a potem i Ameryka, tknięte były jego stopą – zbliża go do rodziny tych twórców, którzy – jak Nerval, Baudelaire czy Edgar Allan Poe – najwyższą ceną pełnego udręki życia zapłacili za wierność swojej twórczości. Raz przyjmowany na salonach, to znów przymierający głodem, skazany na byle jaki kąt w marnych schronieniach, z których wychodzi nieraz – jak przed podróżą do Ameryki – jedynie z tobołkiem w ręce. Wszystko to stawia Norwida na marginesie społeczności zadowolonej i obiadującej co dzień, otoczonej rodziną i przyjaciółmi.

Jednak nie własna bieda i bezdomność są przedmiotem jego udręki, ale losy narodu i losy sztuki, którym poświęca swoje wiersze i poematy. Ta nieustanna troska, to nieustające rozważanie przyczyn klęsk, jakie dotknęły Polaków, to analizowanie błędów i wad charakteru najczęściej wśród rodaków spotykanych, wyraża się nie tylko w jego twórczości poetyckiej. Najbardziej nawet prywatne listy iskrzą się od myśli wyrażających poczucie obywatelskie Norwida. Wydaje się, jakby poczucie to górowało nad życiem osobistym, prywatnym poety, które nie skąpiło mu przecież zawodów. Bolesna prawda niejednego z tych stwierdzeń okazała się, niestety, do dziś trwała. „O ile kocham mój naród, o tyle nie znoszę obecnego społeczeństwa mojego narodu” – pisze. Jaką możemy mieć pewność, że Norwid nie powtórzyłby i dziś tego zdania, wyjętego z listu do Emmy Hervegh z 1852 roku? A w liście do Konstancji Gorskiej: „Tyle i takiej egzystencji naród ma, ile i jak jest w stanie człowieka uszanować”. W tym określeniu „człowiek” odczytuję wiele: nie tylko szacunek dla odrębności osobowej, dla osobistej godności, ale poszanowanie odmiennej religii, rasy, plemienia.

Jest w pisaniu Norwida – czy to będzie wiersz, dramat, czy proza albo traktat poetycki, taki jak „Promethidion” – wyraźna ciągłość myśli, trwała tożsamość, jaka tylko u wielkich pisarzy się zdarza. Bo też Norwid, jak sam to wyznaje, zdaje się pisać całym sobą, nigdzie się nie zapożycza, wszystko czerpie obficie z jednego strumienia, który w nim samym bierze początek: Ja to, co mówię, żywię i boleję (w wierszu „Czy podam się o amnestię”). I dalej: „Ja z tych poetów co nie słówka nucą, / Ja to, co śpiewam, żyję i boleję”. Zaś w liście do Władysława Bentkowskiego: „Styl a człowiek u mnie więcej jednym, niż cokolwiek”.

Kiedy jednak ja sama o Norwidzie myślę, to najbliżej serca mam te małe, czułe arcydziełka, które wielu z nas w pamięci nosi: „Nad Kapuletich i Montekich domem”, „Daj mi wstążkę błękitną”, „Rozebrana”, „Moja piosnka”, „Czarne i białe kwiaty”, „Czułość”, „Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie”.

Nie własna bieda i bezdomność były przedmiotem udręki Norwida, ale losy narodu i sztuki

Ileż wspomnień, ile okoliczności życia łączy się dla wielu z nas z poezją Norwida! Dla mnie pierwsze chyba z nim spotkanie to była recytacja „Fortepianu Szopena” na akademii szkolnej w gimnazjum lubelskim. A moment niezapomniany, to wieczór PEN-Clubu polskiego, na którym znakomity poeta litewski, wielki przyjaciel Polski, Tomasz Venclova, wygłosił z pamięci – wplatając ten wiersz w swoje przemówienie – „Bema pamięci rapsod żałobny”, najpierw po polsku, a potem we własnym przekładzie, po litewsku. I jego wyznanie, że ten właśnie poemat uważa za najpiękniejszy wiersz świata.

Nie można więc już dzisiaj mówić o Norwidzie jako o poecie zapomnianym. A przecież on sam obawiał się tego najbardziej. Opuszczony przez wszystkich i śmiertelnie chory, z Zakładu Świętego Kazimierza wysyła do swojej bratowej list, w którym znalazło się zdanie odkrywające cały tragizm jego samotnego życia. Pisze w tym liście: „Cyprian Norwid zasłużył sobie na dwie rzeczy od społeczeństwa polskiego: to jest ażeby oweż społeczeństwo nie było dlań obce i nieprzyjazne”.

Jest to wołanie nie o sławę, nie o wielkość i władzę nad duszami. Jest to wołanie o miłość, która jest skrytym pragnieniem każdego człowieka, także artysty.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11/2001.