Wilno jest nie tylko polityczną, ale też duchową stolicą Litwy. To także jedna z duchowych stolic Polaków.

Tekst wystąpienia Tadeusza Konwickiego podczas sympozjum polsko-litewskiego, które ukazało się w miesięczniku „Więź”, nr 10/1991.

Żyję w nierównych nastrojach, jeśli chodzi o Litwę i Polaków na Wileńszczyźnie. Mam przypływy szalonego optymizmu, kiedy widzę, że otwierają się jakieś dobre perspektywy, kiedy widzę z obu stron gesty nie tylko lojalności, również przyjaźni, wspólnoty. Zapalam się i zniechęcam, nie chcę więcej zabierać głosu i interesować się, kiedy stykam się z zajad­łością, z zaciekłością z obydwu stron. Trzeba być przygotowanym na to, że kiedy ten wielki kocioł totalitaryzmu został otworzony, kiedy wszystkie emocje wybuchają, z obu stron będziemy widzieli siły ciemne, reakcyjne, nacjonalistyczne, szowinistyczne. Wydaje mi się, że jest duża szansa, żeby elity porozumiały się i miały wpływ na nasz wspólny los.

Jestem tam urodzony i cały czas mam na podglądzie zarówno Litwę, jak Białoruś. Moja matka do 1957 r. pracowała w kołchozie im. 1 Maja w Małych Popajach pod Nową Wilejką. Potem się repatriowała, ale bardzo często tam jeździła, ponieważ wszędzie tam rozsiani są moi krewni. Czyta­łem cały czas prasę polskojęzyczną z tamtych regionów. Mam minimalne kompetencje, żeby o tym mówić.

Chciałbym przedstawić swój punkt widzenia, punkt widzenia sympatyka Litwy, człowieka, który lubi Litwę. Nie jest to sprawa mojego wyboru, smaku, gustu, upodobań. To też, ale poza tym jest to wynik poczucia mojej przyzwoitości. W końcu te dwie społeczności tworzyły Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Historia ją w swoim czasie złożyła do grobu.

Wilno było, jest i będzie stolicą Litwy

My jesteśmy w sytuacji nie najgorszej. Jesteśmy liczniejsi, bardziej obecni na scenie europejskiej, mamy wiele tzw. dojść do świata i dlatego, wydaje mi się, na nas też ciąży odpowie­dzialność za losy Litwy.

Przypatrując się Litwinom, czytając o Litwie, stykając się z Litwinami, doszedłem do wniosku, że są dwa punkty, które powodowały ich niechęć do Polaków, czasem przechodzącą w nienawiść.

Pierwszy to kompleks Wilna. Czytałem korespondencje Tadeusza Katelbacha, przedwojennego korespondenta polskiego w Kownie, człowieka bardzo umiarkowanego, rozumnego. Wyłaniał się z nich obraz nakręcanej od góry niechęci do Polaków z powodu Wilna. Litewskie elity polityczne chciały zakodować w litewskiej pamięci Wilno jako stolicę Litwy. Stąd to nakręcanie niechęci. Była ona mechaniczna, odgórna, rządowa. Musiała stać się skuteczna, ponad tradycją, ponad więzami krwi, obyczajami, przyzwyczajeniami. W tej chwili ta sprawa nie jest aktualna. Wilno było stolicą Litwy, jest i będzie.

Druga sprawa to obawa przed polonizacją. To prawo historii – zawsze cywilizacja, kultura szły z Zachodu. Myśmy też podlegali jakimś odkształceniom. Był czas, kiedy miasta polskie byty w jakiejś części nie­mieckie. Na to nie ma rady. Chcę zwrócić tylko uwagę, że polonizacją nie była brutalna. Język litewski nie był zagrożony, ponieważ jak wiemy, bodaj do XVII w. językiem państwowym Wielkiego Księstwa był starobiałoruski, później łacina. Ale zawsze Litwini mogli się obawiać spontanicz­nej polonizacji, która była wyposażona w tradycję własną i europejską, nosiła w sobie wiele wartości uniwersalnych, którym kultura litewska nie mogła się przeciwstawić.

W tej chwili obserwujemy wspaniały rozkwit kul­tury i sztuki litewskiej. Znawcy twierdzą, że poezja litewska należy do naj­ciekawszych w Europie. Jeśli nam trafi się czasem jakaś książka litewska, jesteśmy zaskoczeni jej europejskością. Teatr litewski jest wybitny, nadał ton całemu teatrowi radzieckiemu. Kinematografia litewska, kinemato­grafia kraju o tak małym potencjale przemysłowo-ludzkim, odgrywała dużą rolę w kinematografii Związku Radzieckiego. Muzyka litewska. Plastyka litewska. Nie mogę się oprzeć, by nie powiedzieć o Stasysie Eidrigiavićiusie. Ten młody plastyk dziesięć lat temu przyjechał do Polski i tutaj kanałami polskimi – dzięki naszej szkole plakatu znanej na świe­cie – wybił się na pozycję jednego z głównych grafików światowych.

Mnie, człowieka oddanego Litwie, życzliwego jej, drżącego o jej losy, niepokoją dwie rzeczy. Nie wysuwam tego jako zarzutu, tylko jako temat do zastanowienia się.

Kiedy chodziłem do gimnazjum im. Króla Zygmun­ta Augusta, które w 1940 r. było pod zarządem litewskim, nazywałem się Tadas Konvickas i byłem zadowolony. Teraz na moich książkach widzę – Tadas Konvickis i też jestem zadowolony. Chcę powiedzieć o pewnej skłonności, może przede wszystkim języka litewskiego, do lituanizacji. Język ten ma tendencję do lituanizowania wszystkiego. Ja to doskonale rozumiem – to wynika z sytuacji walki.

Obserwujemy wspaniały rozkwit kultury i sztuki litewskiej

Społeczeństwo litewskie walczyło bardzo ciężko w okropnych warunkach, przez dziesiątki lat, o swoją toż­samość. Język był jego główną siłą, mogło korzystać z tendencji lituanizacyjnej. Może ona budzić niejednokrotnie pewną konsternację, nie tylko w Polsce. Zastanawiam się, czy tendencja lituanizacyjna nie stanie się w któ­rymś momencie płotem, murem odgradzającym Litwę od otwartej Euro­py, od wspólnego domu europejskiego. Czy nie uczyni ona Litwy jakimś mało ważnym, egzotycznym krajem.

Druga sprawa wiąże się z pewnym histerycznym nacjonalizmem. Dodam, że i u nas to odczuwamy. Chciałbym poruszyć sprawę AK. Aku­rat byłem w to w jakiś sposób zaangażowany. Apeluję do elit litewskich, żeby wyciszyły tę sprawę. Ona nie ma aktualnie znaczenia, nie jest żadnym niebezpieczeństwem, to sprawa parudziesięciu, a może paruset grobów polskich na Wileńszczyźnie i Litwie. Natomiast ma ona pod spodem bar­dzo ważne znaczenie moralne i może w każdej chwili stać się niewygodna dla Litwinów. Armia Krajowa była częścią alianckich sił zbrojnych, brała udział w tzw. rozgromieniu hitleryzmu i faszyzmu. Litwini w czasie wojny, przynajmniej w początkach, mieli trochę inną opcję i ja to doskonale rozu­miem. Ich racja stanu pozwalała im na jakieś nadzieje związane z Niemca­mi. Jeśli były konflikty na Wileńszczyźnie, to w porównaniu z tymi, z którymi społeczeństwo polskie spotykało się gdzie indziej, były minimalne. To były niezbyt krwawe epizody, które w każdym działaniu historii mogą się zdarzyć. Nie warto tego rozdmuchiwać, ponieważ Litwini stają wtedy na bardzo niewygodnym dla siebie gruncie. Europie trudno będzie tłumaczyć, że partyzantka, która była częścią sił zbrojnych aliantów, jest negowana czy ścigana, oczerniana przez społeczeństwo, które w jakiejś części było zaangażowane po stronie Niemiec.

Historycy powinni wszystko ujawnić, wszystko powiedzieć. Polsko-litewskie stosunki są skomplikowane, ale i bardzo piękne, to wspaniałe pole do popisu dla szkół historycznych pol­skich i litewskich. Gdybym miał jakieś wpływy w elitach litewskich, nawoły­wałbym, by nie wyciągać tego wątku i nie robić z niego głównej sprawy.

Tam są moi rodacy – Polacy wileńscy. W 1945 r., bardzo często w sytua­cji przymusowej, nastąpiła repatriacja. Ja też zmykałem z Wilna, bo mi się ziemia paliła pod stopami. Polacy wileńscy mają do nas wszystkich pre­tensję, uważają, że myśmy ich zostawili, ogołocili ze wszystkich wartości duchowych, moralnych, intelektualnych, wybierając łatwiejsze życie. Trze­ba pamiętać – tu użyję dość drastycznego sformułowania, że Polacy na Wileńszczyźnie za czasów stalinowskich znaleźli się pod podwójną oku­pacją. Oczywiście podlegali sowietyzacji, rusyfikacji, wszelkim tym zabie­gom, które miały doprowadzić do utworzenia wspólnego narodu radzieckiego, ale też podlegali od czasu do czasu szykanom ze strony Litwinów, którzy ze względów fasadowych brali udział w tym reżimie. Dlate­go ta społeczność uległa ogromnej degradacji.

W 1988 r. kręciłem na Litwie film według „Dziadów” Mickiewicza. Jednego zawsze mogłem być pewien: jeśli ktoś zamiata ulicę, mogę się do niego odezwać po polsku, jeśli żebrze staruszka, to na pewno jest Polką. To dowodzi, w jakiej sytua­cji znalazło się to społeczeństwo.

Wiemy, co przeżyli Litwini. Prof. Łossowski wspominał o litewskiej partyzantce, o podziemiu litewskim, które walczyło do 1953 r. To społeczeństwo zostało zmasakrowane fizycznie. Ogromna część Litwinów została wywieziona. Do dziś nie wrócili do swo­jej ojczyzny. Jeszcze teraz Polacy, krążąc po Syberii, spotykają zabłąka­nych Litwinów.

To wszystko stworzyło na Litwie ciężką dla Polaków sytuację oraz możliwości manipulowania. Ja naprawdę cierpię, kiedy słyszę o pomysłach polskiej republiki radzieckiej. Co gorsza niektórych działaczy znam od trzydziestu kilku lat.

Fasadowość obowiązywała też Polaków. Były powiaty, gdzie wypadało, żeby tzw. Polak był pierwszym sekretarzem. Dopiero drugi był ten rządzący, Rosjanin. Nie wiem, czy wśród Polaków na Litwie nie działa gatunek apatrydów radzieckich, którzy przez kilka lat są Kazachami, potem Mordwinami, potem Polakami czy Litwinami.

Polacy, którzy są w ciężkich opresjach, mogą być również użyci do róż­nych prowokacji. Jestem przekonany, że wokół drażliwej sprawy akow­skiej, mogą działać w jakichś rejonach litewskich czy polskich gazetach agenci. Podsycają dla nich miły konflikt Litwinów z Polakami.

Powiem coś, co może być przykre dla Polaków na Litwie. Próbowałem odwiedzić jakichś swoich krewnych i odszedłem zniechęcony, ponieważ znalazłem tzw. Sowietów. Dzieci o rysach moich dzieci były odcięte od polskości, mówiły – nie ponimajem.

Polska mało zna Litwinów. Prof. Łossowski otworzył okno Polski na Litwę. Przypuszczam, że dzięki niemu Polacy tak gorąco poparli Litwi­nów w krytycznych chwilach. Wydaje mi się, że Polska okazała Litwinom w ciężkich chwilach — nasze warunki też jeszcze nie są wspaniałe, gen. Dubynin od czasu do czasu tupie nogą spod Koszalina — ogromne serce. Wzruszyłem się listem pewnego emeryta do „Gazety Wyborczej”. Chciał stawić się do wojska w obronie niepodległości Litwy.

Polacy zawsze widzieli Litwinów jako Podbipiętów, bardzo wysokich, łagodnych, milczących. Litwini są inni. Przypominają mi społeczności skandynawskie. Są powściągliwi, rzeczowi, praktyczni, pracowici, nie skłonni do zmienności nastrojów. Na Wileńszczyźnie, na opuszczone przez Polaków miejsca, w pierwszej fazie nie przyszli niestety Litwini, spadkobiercy Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Tam się pojawili Rosja­nie.

Pomyślność Polaków zależy od tego, czy Litwa będzie niepodległa

To były ziemie zachodnie. To była ziemia obiecana dla ludzi źle sytu­owanych w Rosji. Przywieźli ze sobą swój styl bycia, który jest znany. Niezbyt skorzy byli do pracy, lubili żyć lekko, posługiwać się demagogią polityczną, a i lubili wypić. Ich styl życia, który prezentowali na prowincji Wileńszczyzny, a szczególnie na biednej Białorusi, to jest od rana leżeć w rowie z butelką samogonu w ręku. Ten styl życia też przyczynił się do de­gradacji żywiołu polskiego na Wileńszczyźnie. O tym powinniśmy pa­miętać, rzucając oskarżenia. Zarazem powinniśmy tłumaczyć Litwinom sytuację tej społeczności. Ona musi być związana z krajem.

Polacy na Litwie nie powinni dąsać się na kraj, powinna obowiązywać jakaś wspólna racja stanu, ponieważ sowietyzacja, rusyfikacja są stokroć groźniejsze od niewielkich konfliktów z Litwinami. Muszą pamiętać, że ich macierz, Polska, wywinęła się cudem.

Polacy, także na Wileńszczyźnie, powinni pamiętać, że ich pomyślność zależy od tego, czy Litwa będzie nie­podległa. Litwa niepodległa to kraj europejski, kraj tak jak przed wojną o wysokim standardzie przemysłu rolnego, bardzo podobny do Danii, który wytworzył elitę nie tylko polityczną, ale intelektualną, artystyczną. W tym kraju Polacy znajdą dla siebie godne miejsce.

Wilno jest polityczną, państwową stolicą Litwy. Jest też jej duchową stolicą. Ale Wilno jest również jedną z duchowych stolic Polaków. Stam­tąd wyszedł romantyzm, tak władny w Polsce do tej chwili.

Wilno jest też stolicą duchową wschodniego żydostwa, którego nie ma już w wielkich zbiorowiskach w Europie, które rozsiane jest po świecie. Nie znając angielskiego nonszalancko podróżowałem sobie po Ameryce, ponieważ wszędzie spotykałem, jeśli chodzi o Żydów, ludzi, którzy albo pochodzą z Wilna, albo zdążyli jeszcze żyć w Wilnie. Kiedy się jeździ po świecie, Wil­no wydaje się być jednym z najważniejszych jego miast. Przed wojną produkowano tu rocznie 13 filmów w jidysz, zatem był to poważny ośrodek kinematograficzny. Pod Wilnem były przez wieki ośrodki żydowskiej myśli filozoficznej. Zachodnie żydowskie szkoły filozoficzne wynikły z reemigracji na Zachód Żydów Wielkiego Księstwa Litewskiego. Litwa mogła stworzyć na świecie swoje ogromne lobby, przecież tak wielu przy­znaje się do Wilna.

Kiedyś przyjechał do Polski amerykański reżyser Sydney Lumet. W ambasadzie amerykańskiej był obiadek, wszyscy mu miłe rzeczy prawią, a on powiada: „Chciałbym wznieść toast za Wilno, z którego wywodzi się moja rodzina”. U człowieka tak głęboko zatopionego w kulturę uniwersal­ną, kosmopolityczną, żyje gdzieś pamięć legendarnego, mitycznego Wil­na.

A Białorusini? Oni mają też prawo uważać Wilno za swoją duchową stolicę. Wszystko, co białoruskie, wyszło z Wilna, poczynając od Francisz­ka Skoryny, który tam składał pierwsze teksty białoruskie, potem dopiero czcionki szły przez Połock do Moskwy. Cały młody ruch białoruski urodził się w Wilnie, na Wileńszczyźnie. Gdzie mogły teraz odradzające się ruchy białoruskie odbyć swój pierwszy zjazd? Litwa udzieliła im gościny.

Nie da się ukryć, że Wilno jest stolicą Karaimów. Jest ich niedużo w Europie, w Polsce około 1600, ale zajmują ważne miejsce w naszej nauce, kulturze. Tatarzy litewscy to też ogromna tradycja, bardzo ciekawa, dramatyczna i chyba urodziwa. Uważam, że Litwinom nie warto wyrzekać się wątku prawosławnego. Jeśli się nie mylę, pierwszą świątynią w Wilnie była cer­kiew prawosławna. Oczywiście myślę o prawosławiu Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a nie o prawosławiu patriarchatu moskiewskiego, pra­wosławiu imperializmu rosyjskiego.

Aż się prosi, by Litwini uczynili z Wilna Jerozolimę Północy

Historia prawosławia Wielkiego Księstwa Litewskiego i Korony jest ciekawa, dramatyczna. Aż się prosi, żeby Litwini uczynili z Wilna Jerozolimę Północy. Styk dwóch światów – bizantyjskiego i śródziemnomorskiego, Wschodu i Zachodu – to wyjątkowy zbieg okoliczności. Wilno jest miejscem spo­sobnym, by nawet w formie instytucjonalnej kontynuować te wątki. Uczy­ni to Wilno ważnym dla Europy i świata. Wilno będzie przez to stale eksponowane. Wszyscy ludzie, którzy się czują w jakiś sposób związani z tym miastem, krajem, będą podgrzewali sprawę litewską, tak jak ja, na ile umiałem, i inni polscy pisarze. Ten fenomen przyciąga coraz więcej ludzi. Co chwila odbywają się na świecie sympozja, poświęcone temu, co zostało z Wielkiego Księstwa Litewskiego, Kresom, granicy religijnej, kulturo­wej, obyczajowej, filozoficznej, która się w tym miejscu wytworzyła.

Fenomen Wilna upoważnia do tego, żeby Litwini wyciągnęli z tego jak największe profity. W tym Wilnie, tak fascynującym w swym rodowo­dzie, chciałoby się usadowić jakieś instytucje kulturalne, może podlegają­ce UNESCO. Byłby to obszar, który promieniowałby tym, czego Europa łaknie. Europa nienawidzi szoków nacjonalistycznych, lęka się, wie, jaką cenę świat za to płaci, łaknie nawet wątłego płomyka wspólnoty. Przy­puszczam, że to uatrakcyjniłoby Litwę od strony turystycznej. Wielu ludzi chciałoby przyjechać, zobaczyć, tak jak teraz przyjeżdżają do Polski tysią­ce Żydów. Żydów w trzecim pokoleniu zamerykanizowanych, zangliczonych. Jest jakiś dziwny pociąg, wielu ludzi pasjonuje ten zakątek, to osobliwe miejsce w Europie. Przez tyle lat było ono zamknięte pod strasz­nym kloszem. Wzbudzało albo fałszywe poglądy, albo nieporozumienia, albo fałszywe tęsknoty.

Wydaje mi się, że Litwini mają pewne kłopoty ze spuścizną Wielkiego Księstwa. Lękają się, że to może być jakaś polska zasadzka, że to jest teren zaminowany. A mnie się wydaje, że w takim pojmowaniu Wilna i takim jego usytuowaniu w Litwie i Europie, o jakim mówiłem, tradycja Wielkiego Księstwa Litewskiego okaże się szalenie płodna, pożyteczna, ogromnie wiele dająca Litwie, która być może stanie się mocarstwem w Europie, czego jej serdecznie życzę.

Tekst wystąpienia Tadeusza Konwickiego podczas sympozjum polsko-litewskiego, który ukazał się w miesięczniku „Więź”, nr 10/1991.