Nowelizacja dyrektywy o delegowaniu pracowników zagraża przede wszystkim małym firmom rodzinnym i ich pracownikom.

Publikujemy tekst dr. Marka Benia, wiceprezesa Inicjatywy Mobilności Pracy, który polemizuje z tekstem Eugène’a Chapeliera „Dziś to Macron broni polskich pracowników, nie Szydło”.

Inicjatywa Mobilności Pracy, której jestem współzałożycielem i wiceprezesem, od lat zajmuje się promowaniem mobilności pracy na rynku wewnętrznym Unii Europejskiej. Walczymy o sprawiedliwe traktowanie europejskich firm i ich pracowników niezależnie od państwa z którego pochodzą.

Z niepokojem śledzimy projekt nowej dyrektywy o delegowaniu pracowników. Według naszych szacunków, planowane zmiany mogą zagrozić blisko 500-600 tys. miejsc pracy w Polsce. Jednak całkowita liczba pracowników, których bezpośrednio lub pośrednio dotknie dyrektywa, szacowna jest na prawie 900 tys. osób.

Według założeń Komisji Europejskiej, z dniem kiedy nowelizacja wejdzie w życie, polski pracodawca, który otrzyma zamówienie na wykonanie dowolnej usługi w innym państwie, zobligowany będzie do wypłacania swoim pracownikom czasowo delegowanym w tym celu do tego kraju wynagrodzenia według zasad obowiązujących nie tylko w Polsce, ale również w kraju, landzie, miejscowości, branży czy zawodzie. W praktyce oznacza to konieczność dogłębnego zapoznania się z szeregiem złożonych i skomplikowanych przepisów, najczęściej nie tłumaczonych na żaden inny język poza miejscowym, a w przypadku układów zbiorowych nigdzie nie publikowanych.

Nowelizacja zapewni wyższe pensje tylko niewielkiej części wszystkich delegowanych

Konsekwencją planowanych zmian będzie wzrost cen usług oferowanych przez polskie przedsiębiorstwa za granicą w takim stopniu, że nie będą one mogły konkurować z firmami lokalnymi, ale także pojawienie się szeregu uciążliwych barier i ograniczeń administracyjnych. Jeśli dyrektywa przejdzie w formie proponowanej przez Francję, doprowadzi do drastycznego zahamowania eksportu usług z państw biedniejszych do bogatych.

Razem z Inicjatywą Mobilności Pracy, uważamy, że nowelizacja zagraża przede wszystkim małym firmom rodzinnym, a co za tym idzie także ich pracownikom. Konsekwencją wprowadzonych zmian może być upadek znacznej części spośród 92 tysięcy polskich firm, które obecnie świadczą za granicą swoje usługi. Nie mają one wystarczających środków na poznanie licznych i złożonych przepisów zagranicznego prawa. Z dniem uchwalenia nowych przepisów Francja, Niemcy czy Belgia zaczną je z całą surowością egzekwować. Na tych, którzy nieprawidłowo wyliczą składniki wynagrodzenia, będą nakładane kary grzywny sięgające nawet 500 tys. euro.

Zupełnie nie zgadzam się ze stwierdzeniem, jakoby Francja dbała o polskich pracowników. Już pod rządami obecnej dyrektywy francuscy urzędnicy prowadzą dyskryminujące kontrole, których celem nie jest sprawdzenie prawidłowości przestrzegania przepisów, ale zniechęcenie francuskich klientów do korzystania z usług polskich firm.

Według szacunków IMP forsowana przez Francję nowelizacja zapewni wyższe pensje oraz stałe zatrudnienie tylko niewielkiej części wszystkich delegowanych. Pozostała część, albo straci pracę, albo podejmie pracę na czarno. Ci, którzy znajdą zatrudnienie bezpośrednio w zagranicznych firmach, nie będą już podlegać polskiemu prawu i systemowi zabezpieczeń społecznych. W konsekwencji płacone przez nich składki zasilą budżet innych państw, a w przypadku ewentualnych problemów pracownicy ci zmuszeni będą dochodzić swoich praw w miejscu zatrudnienia, czyli w obcym języku i w obcej kulturze prawnej.

Na dyskutowanych obecnie zmianach stracą nie tylko pracownicy i pracodawcy, ale też ZUS i budżet państwa. Jeśli funkcjonujące obecnie przedsiębiorstwa zmuszone zostaną do przeniesienia swoich siedzib poza granicę Polski, podatki i składki odprowadzać do budżetów innych państw. W rezultacie ZUS może stracić nawet 5 miliardów złotych rocznie.

Na nowych przepisach nie zyska nikt

Podsumowując, na nowych przepisach nie zyska nikt. Pracownicy bogatych państw Europy zachodniej nadal nie będą w stanie konkurować z tanimi pracownikami ze wschodu zatrudnionymi na czarno lub samozatrudnionymi, bo tych dyrektywa o delegowaniu w ogóle nie dotyczy. Pracownicy legalnie delegowani z biedniejszych krajów będą drodzy i narażeni na trwałą niepewność co do obowiązujących ich przepisów. Pracownicy państw przyjmujących, w tym szczególnie Francji, rychło odkryją, że zostali oszukani obietnicą wyeliminowania „tanich pracowników ze Wschodu”, gdy tymczasem wprowadzone zmiany wyeliminują jedynie tych droższych, legalnie delegowanych. Problem zaniżania wysokich standardów socjalnych przez „tanich pracowników” jeszcze bardziej się pogłębi. Trudno dopatrywać się jakichkolwiek korzyści dla rynków pracy państw przyjmujących. Nawet czysto protekcjonistyczny cel rewizji dyrektywy nie zostanie osiągnięty.

Nie wierzę w możliwość wycofania przez Komisję tego szkodliwego dla wspólnego rynku projektu, choć jego ochrona należy do jej obowiązków. Nie ma też możliwości zawetowania tego projektu przez słabsze państwa Europy Środkowej i Wschodniej. Sadzę jednak, że kompromis jest nadal możliwy. Wszystkim nam zależy na lepszej ochronie praw pracowników oraz szybszym rozwoju gospodarczym. Cieszymy się, że w Polsce rząd  i opozycja mają ten sam pogląd na sprawę dyrektywy i podają podobne argumenty.

Aby jednak nasz głos został usłyszany w Europie, a działania były skuteczne, musimy formułować własne propozycje kompromisowych rozwiązań. W innym przypadku zostaniemy przegłosowani, lub w najlepszym razie będziemy mogli odnieść się do propozycji stawianych przez państwa silniejsze ekonomicznie. Kompromisowe propozycje wypracowane przez ekspertów z dziedziny prawa i ekonomii poznamy już 20-21 listopada na Europejskim Kongresie Mobilności Pracy w Krakowie. Czy europosłowie obecni na Kongresie zechcą je wykorzystać okaże się w głosowaniach w Parlamencie. Równolegle prace nad osiągnięciem kompromisu toczą się w Radzie Europejskiej. Po osiągnięciu wspólnego stanowiska w Parlamencie i – osobno – w Radzie dojdzie do ostatecznego ukształtowania nowych przepisów w trilogu – negocjacjach pomiędzy Parlamentem, Radą i Komisją.

Nowych trudniejszych zasad delegowania musimy się spodziewać już w 2018 roku. Francja, Belgia,  Holandia i być może Niemcy nie będą zwlekały z implementacją dyrektywy, lecz uchwalą stosowne przepisy na długo przed upływem terminu implementacji.