Jesień w kinie – inaczej niż w przyrodzie – zwiastuje schyłek letniego zastoju: końca dobiega sezon „wakacyjnych blockbusterów”, pokazów plenerowych i masowej migracji Warszawy do polskiego Cannes, czyli na festiwal Nowe Horyzonty.

Tak jest przynajmniej w teorii. W praktyce czas ożywienia oznacza stosunkową łatwość wyborów: największe tegoroczne hollywoodzkie superprodukcje – podobnie jak hity kina autorskiego – wejdą do kin właśnie razem z pierwszą szarówką i pierwszym mokrym śniegiem. Polscy dystrybutorzy chcą nas złapać na lep Złotej Palmy i Srebrnego Niedźwiedzia, ale nie robią tego wyłącznie z czystego wyrachowania – Berlin i Cannes obrodziły w tym roku arcyciekawymi produkcjami i sezon jesień/zima 2017 wyczyszczony z nowych filmów Östlunda czy Kaurismakiego byłby niczym „Twin Peaks” bez czarnej kawy i placka z wiśniami.

Dostaniemy więc konkretną dawkę wielkich tematów – od alienacji europejskich białych elit po autorskie fantazje o kryzysie migracyjnym – ale także sporo grzesznej nostalgii: powrócą bowiem – jak zawsze o tej porze roku – znani i lubiani bohaterowie masowej wyobraźni. Czy uda im się skruszyć serca przyciśniętych jesienną depresją Polaków – o tym przekonamy się w ciągu najbliższych trzech miesięcy.

Zapraszam na subiektywny przewodnik po zbliżających się premierach filmowych.

Europejski kwadrat, moc stereotypów

Już na przełomie kalendarzowego lata i jesieni na ekranach polskich kin zobaczymy pierwszą z festiwalowych superprodukcji – nagrodzony Złotą Palmą w Cannes „The Square” Rubena Östlunda (premiera 15 września). Kto widział poprzednie arcydzieło Szweda – „Turystę” – ten zapewne wie, że reżyser ściga się – z Hanekem? z Von Trierem? – o tytuł pierwszego satyryka liberalnej Europy. Wielkim tematem filmów Östlunda jest lęk – ten społeczny i ten całkowicie prywatny – emocja zżerająca od środka elity i klasę średnią, a zarazem sprytnie neutralizowana przy pomocy cywilizacyjnego „systemu bezpieczeństwa”: kultury, instytucji społecznych, rozrywki, masowej turystyki etc. Reżyser z premedytacją inscenizuje więc takie sytuacje, w których zachodnia „nadbudowa” nie wytrzymuje zderzenia z nagą rzeczywistością i obnaża małość bohaterów.

„The Square” to dokładnie ten przypadek: zjadliwa satyra na tzw. art-world – środowisko kuratorów, galerzystów i kolekcjonerów sztuki współczesnej – i dramat jednostki próbującej pogodzić piękne lewicowe deklaracje z własnymi emocjami. Mam tylko wątpliwości – i nie tylko ja jeden, bo film wzbudził żywe dyskusje po pokazie na Nowych Horyzontach – czy śmiech, który proponuje nam Östlund, nie jest zbyt łatwy i obliczony w dużej mierze na poklask zdystansowanej, autoironicznej publiczności z wielkich miast – w końcu z napuszonych, pisanych bełkotliwym językiem tekstów kuratorskich zawsze szydzi się z wdziękiem. Niemniej, „The Square” to tytuł, bez którego jesienna mapa kinowa po prostu nie istnieje.

Jeśli z uczciwością Östlunda jest pewien problem, to o koniunkturalizm trudno posądzać Aki Kaurismäkiego. W „Po tamtej stronie” (premiera 27 października) Finowi udało się coś, na czym prawdopodobnie potknęłaby się większość europejskich „starych mistrzów” – nakręcił absolutnie bezpretensjonalny, pozbawiony patosu i publicystyki film o uchodźcy z Syrii. Reżyser od lat trzyma się tej samej stylistyki – buduje światy zaludnione outsiderami, przesycone specyficznie rozumianą nostalgią (przedmioty i ludzie z minionych epok sąsiadują z nowoczesnymi technologiami) i absurdalnym humorem. Oszczędna, wręcz „robotyczna” ekspresja aktorów okazała się świetnym medium, żeby opowiedzieć wzruszającą historię przełamywania międzykulturowych barier i oswajania się z innością – zarówno „tamtą”, oddaloną o „lata świetlne” od zimnej Północy, jak i tą „naszą”, zachodnią, często o wiele bardziej surrealistyczną.

Kunszt Kaurismakiego doceniono w Berlinie (Srebrny Niedźwiedź za reżyserię), podobnie jak smykałkę Sebastiana Lelio do wielowymiarowych portretów wykluczenia (Niedźwiedź za scenariusz). W „Fantastycznej kobiecie” (6 października) Lelio pozwala widzom doświadczyć na własnym oku, w jak olbrzymim stopniu ludzka percepcja pozostaje fenomenem warunkowanym społecznie. Ciało Mariny – transseksualnej kobiety i głównej bohaterki filmu – jest poddawane werbalnej i wizualnej opresji – wyszydzane, mierzone, ważone i fotografowane – i z minuty na minutę zmienia się, zgodnie z nakazem stereotypu, w przedmiot wykluczenia, ludzką chimerę. Piękny i wizualnie olśniewający film, z którym także wypada się zmierzyć.

Jesień to także polskie premiery najnowszych obrazów starych wyg z dwóch „krańców” europejskiej rzeczywistości geopolitycznej – Siergieja Łoźnicy i Ulricha Seidla. W „Łagodnej” (27 października) na motywach Dostojewskiego, Łoźnica swoim zwyczajem rozprawia się z największym demonem rosyjskiej anty-wspólnoty: wszechobecną moralną i instytucjonalną znieczulicą. Z kolei Seidl w „Safari” (8 września) ponownie zagląda do austriackich piwnic, tym razem w poszukiwaniu perwersji i okrucieństwa skrytych za myśliwskim sztucerem i kolekcją wypchanych zwierząt.

Na 3 listopada zaplanowano premierę najnowszego filmu Darrena Aronofsky’ego – „Mother!”. Reżyser „Czarnego łabędzia” i „Requiem dla snu” poopowiada nam trochę o trudach bycia artystą i życia z artystą. Zaprawdę, nihil novi. O wiele ciekawsza wydaje się możliwość wejścia w skórę czarnej mniejszości w Stanach Zjednoczonych, a taką da nam od 1 grudnia nominowany do Oscara dokument „Nie jestem twoim Murzynem” Raoula Pecka. Ten wybitny filmowy esej opowiada historię segregacji rasowej, prześladowań i walki o prawa Afroamerykanów i czyni to wszystko za pomocą jasnej narracyjnej klamry – fragmentów nigdy nieukończonej książki Jamesa Baldwina „Remember This house”, w której ten średnio w Polsce znany amerykański pisarz i aktywista wspomina trzy życia i trzy śmierci: Medgara Evarsa, Malcoma X i Martina Luthera Kinga. Jest to więc, obok filmowej, także wybitna podróż literacka. Na naszej jesiennej mapie – pozycja obowiązkowa, bo takie kino rzadko gości pod polskimi strzechami i to w dodatku w regularnej dystrybucji.

Androidy kontra najlepsi Polacy

Nie ulega wątpliwości, że kino autorskie zostanie zdeklasowane – przynajmniej jeśli chodzi o wyniki box office – przez chyba najważniejszą premierę tego roku, czyli kontynuację kultowego „Blade Runnera” Ridleya Scotta z 1982 roku. Szanse, że dostaniemy inteligentne widowisko science-fiction o humanoidalnych robotach, są tym razem naprawdę spore – przede wszystkim dlatego, że sam Scott, który ostatnio dał się poznać jako twórca kiczowatego „Prometeusza” i jeszcze gorszego „Obcego: Przymierze”, nie przyłożył do filmu ręki (reżyserskiej, bo z projektem pozostaje związany jako producent).

Za „Blade Runner 2049” (1 października) stoi za to jeden z najzdolniejszych współczesnych reżyserów-rzemieślników – Denis Villeneuve, autor m.in. tak wybitnych gatunkowych miszmaszów, jak „Pogorzelisko” czy „Sicario”. Villeneuve – niedawno zwerbowany przez Hollywood – nie został jak na razie zmielony przez żarna wielkich wytwórni i utrzymuje rzadką w Fabryce Snów postawę – wiarę w inteligencję widza, co udowodnił rok temu w stonowanym, Lemowskim z ducha „Nowym początku”. Jest więc bardzo prawdopodobne, że „Blade Runner” pozostawi daleko w tyle inne jesienne superprodukcje: ósmy epizod „Gwiezdnych Wojen” (komentarz wydaje mi się zbędny), „Kingsman: Złoty Krąg” (pastisz kina szpiegowskiego na motywach komiksu Marka Millara) czy „Ligę sprawiedliwych” – kolejny, po „Wonder Woman”, superbohaterski blockbuster z uniwersum DC Comics w reżyserii speca od takiego kina, czyli Zacka Snydera.

Możliwe jednak – i to także powoli zaczyna być naszą tradycją – że wyniki sprzedażowe amerykańskich superprodukcji zostaną przebite przez polskie megahity. Choćby „Botoks” Patryka Vegi (premiera 29 września), którego „Pitbull: Niebezpieczne kobiety” pobił boxoffice’owy rekord w 2016 roku; albo przez „Najlepszego” Łukasza Palkowskiego (17 listopada), rodzimego fachowca od tzw. kina środka. Palkowski obsadził pięknego Jakuba Gierszała w roli słynnego triathlonisty – jest więc materiał na hit, bo przecież kochamy głównie tych Polaków, którzy albo odnoszą spektakularne zwycięstwa, albo ponoszą wyjątkowo dotkliwe porażki.

Dlatego „Ptaki śpiewają w Kigali” Joanny Kos-Krauze (22 września) to film jak na polskie warunki zupełnie bezprecedensowy – oto Polacy (a w zasadzie – Polki, bo ekipa filmu jest mocno sfeminizowana) opowiadają nie o swojej traumie i nie o swoim cierpieniu, ale o ludobójstwie w niewielkiej afrykańskiej Rwandzie. Mało tego – pomagają ową traumę przepracować, oswoić pokrzywdzonym emocje i pamięć, a Polska – i to ta arcyperyferyjna, z lat 90. – jawi się tutaj jako ziemia wolna od koszmarów wojny, ląd cichy i spokojny. „Ptaki…” są więc dobrą lekcją dla tych, którzy proponują nam budowę kolejnych warownych twierdz zamiast mostów i otwartych świetlic.

Po raz kolejny okazuje się również, że to, co w polskim kinie najciekawsze, znajdziemy na estetycznych i gatunkowych marginesach – u Kos-Krauze, ale także w eseistycznym „Photonie” Normana Leto, animowanym „Twoim Vincencie” Kobieli i Welchmana czy kameralnych „Dzikich różach” Anny Jadowskiej. Warto mieć te filmy na uwadze, a jednocześnie nie rezygnować z różnych drobnych przyjemności – choćby z ekranizacji powieści uwielbianego w Polsce „kryminałopisarza” Jo Nesbø („Pierwszy śnieg” z Michaelem Fassbenderem w obsadzie – premiera 13 października). No i koniecznie wybrać się – jeśli mają Państwo mocne nerwy i nie brzydzą się widoku krwi i wnętrzności – na błyskotliwe „Mięso” Julii Ducournau (22 września): feministyczny manifest i kino o kobiecym dojrzewaniu, ubrane dla niepoznaki w łachmany tandetnego horroru gore.

Przyznaję, mógłbym tak jeszcze długo. Problem z pisaniem przewodników i zestawień jest taki, że w pewnym momencie zaczynają niebezpiecznie zbaczać z obranego kursu, dryfując w stronę śmiertelnie nudnych wyliczanek. Wymieniłem dziesięć, ale z tyłu głowy mam kolejnych dziesięć. Wymieniłem dwadzieścia, wypada więc napisać o kolejnych pięciu, bo inaczej czytelnik poczuje niedosyt i zwróci się w stronę innych, bogatszych ciągów publicystycznych. Ta skłonność do przesady może świadczyć albo o braku pewności siebie autora, albo o wyjątkowej obfitości sezonu kinowego. Na koniec zostawiam więc Państwa z pewną radą, na pozór zupełnie luźno powiązaną z tematem – proszę, nie wierzcie zwiastunom, czytajcie za to dużo o kinie, wyciągajcie wnioski i róbcie własne syntezy. Najdokładniejsze mapy uwzględniają zwykle nasze osobiste punkty orientacyjne. Z kolei automatyczna nawigacja bywa niesforna i może nas wyprowadzić w szczere pole.