W relacjach polsko-niemieckich konieczne było wzięcie pod uwagę potężnej asymetrii odpowiedzialności za historię przemocy. Zmierzenie się z pytaniem o własną winę stanowiło warunek konieczny do pojednania.

Kiedy poproszono mnie o refleksję, czy proces polsko-niemieckiego pojednania może być inspiracją dla innych narodów, ogarnęły mnie wątpliwości. Kim bowiem jestem, by mówić naszym europejskim sąsiadom, czy i ewentualnie w jaki sposób złożone procesy między Niemcami a Polakami mogą stanowić dla nich inspirację przy mierzeniu się z własnymi wyzwaniami historycznymi? Obawiam się, że na to pytanie powinni oni odpowiedzieć sobie sami.

Musimy wystrzegać się pochopnego udzielania rad – jeżeli nie jesteśmy o to proszeni – w odniesieniu do sytuacji, które wydają nam się podobne. Nie trzeba też chwalić się z fałszywą dumą naszymi osiągnięciami w sferze stosunków polsko-niemieckich, jakkolwiek są one bezsprzeczne. Oznaczałoby to bowiem, że niedostatecznie serio traktujemy specyficzną strukturę i wyzwania związane z innymi kontekstami (np. w Bośni i Hercegowinie), jak również zbyt szybko zasłaniamy ciemne tło wspólnej historii – ze wszystkimi jej rozczarowaniami i zranieniami – wizją świetlanej przyszłości. Hasło „Uczyć się od Polaków i Niemców, to uczyć się pojednania” zdecydowanie nie wystarcza.

Harmonizacja sprzecznych pod pewnymi względami narracji historycznych i przekształcanie ich w budujące opowiadanie dydaktyczne związane jest z pewnymi niebezpieczeństwami. Z jednej strony – zwłaszcza gdy spoglądamy na historię z perspektywy jej chwilowego końca – grozi nam zapomnienie o trudnościach i niepowodzeniach. Z drugiej, takie podejście może spowodować, że dialog europejski, cechujący się zwykle wielością nie słuchaczy, a mówców, przerodzi się w monologi dwóch stron, z których każda będzie utrzymywała, że jej doświadczenia są wyjątkowo istotne i choć na swój sposób miałaby rację, wszyscy dreptaliby w miejscu. Wiele zależy bowiem od tego, w jaki sposób i z jakim nastawieniem przystępuje się do dialogu.

Jako Polacy i Niemcy możemy wnieść do dialogu europejskiego szereg doświadczeń

Niezależnie od tego jestem całkowicie przekonany, że my – Polacy i Niemcy – możemy, a nawet powinniśmy wnieść do dialogu europejskiego szereg pożytecznych doświadczeń z naszej „historii i praktyki pojednania”. Istnieje bowiem faktycznie szansa, że doświadczenia te mogą się okazać pomocne dla innych. Mamy również okazję, by dzięki owemu dialogowi dowiedzieć się czegoś nowego o nas samych.

W ramach poniższych wywodów chciałbym zatem nie tyle zająć się wychwalaniem relacji polsko-niemieckich jako wzoru dla innych, ile przypomnieć kilka ważnych doświadczeń, które zdobyliśmy w ramach procesu pojednania między naszymi narodami, a w ten sposób zaprosić do dalszej dyskusji.

Akceptacja dla Innego

Jedno z najważniejszych doświadczeń wiąże się z faktem, że zwłaszcza na początku tego procesu potrzeba było dużego wysiłku – wewnętrznego i zewnętrznego – aby w ogóle przystąpić do dyskusji, która zasługiwałaby na miano dialogu.

Dziś debatujemy w sposób coraz bardziej rutynowy i zasadniczo „na spokojnie”, niekiedy nawet zdobywając się na autoironię – i to dobrze. Nie powinniśmy jednak zapominać o napięciu i niepewności, jakie towarzyszyły początkom dialogu. Pamięć taka może skutecznie przeciwdziałać – przy całym koniecznym i dobroczynnym przyzwyczajeniu – traktowaniu tego, co osiągnęliśmy, jako oczywistości. Zarazem może ona stanowić zachętę dla partnerów znajdujących się dziś na początku drogi pojednania. Jeżeli bowiem mimo przeszkód, które już na pierwszy rzut oka wydawały się przytłaczające, a przy bliższym spojrzeniu wręcz odstraszały, możliwy był proces pojednania między Polakami i Niemcami, to nadzieję mogą mieć i inni. Warto zatem spoglądać w przeszłość.

Początki polsko-niemieckiego pojednania były trudne

Jak wspomniałem, początki były trudne i związane z wieloma niebezpieczeństwami. Po okresie wzajemnych gwałtownych zarzutów, milczenia nacechowanego ukrytą agresją i braku woli spotkania, które to postawy wyostrzała jeszcze dodatkowo specyfika konfrontacji między blokami politycznymi, do pierwszych – abstrahując od nielicznych wyjątków – prób nawiązania systematycznych kontaktów doszło na początku lat 60. XX wieku.

Owe pierwsze spotkania cechowała ostrożność i pewna nieporadność, ale symboliczne znaczenie miało już samo pragnienie znalezienia się przy jednym stole. Nie może dziwić, że rozmowy te pozostawały pod przemożnym wpływem spraw, które dzieliły obie strony – niewypowiedzianych, ale wyraźnie obecnych. Siła doświadczeń związanych z przemocą polega bowiem na tym, że głęboko wpisują się one w tożsamość tych, których udziałem się stały – i to niezależnie od tego, czy chodzi o perspektywę „ofiar” czy też „sprawców”. Autentyczne spotkania uwikłanych w przemoc staną się możliwe dopiero wtedy, gdy tożsamości te zostaną uwzględnione. Zakłada to zarówno ostrożność w słuchaniu, mówieniu, ale także milczeniu, jak i gotowość do znoszenia napięcia wynikającego z podziałów.

Podstawowym warunkiem prawdziwych rozmów i spotkań, których celem jest doprowadzenie do pojednania (czy w ich trakcie dyskutuje się na ten właśnie temat, to już inne pytanie), jest wyczuwalny szacunek wobec inności, tożsamości partnera. Brzmi to banalnie, ale w sytuacjach głębokich podziałów stawia przed jednostkami i grupami poważne wyzwanie. W specyficznej inności partnera ucieleśniają się przecież także podziały, których źródłem są doświadczenia przemocy. Zaakceptowanie innego, który w sposób symboliczny, a niekiedy także bardzo konkretny, przypomina nam o przyczynach naszego cierpienia, osobistych lękach i dyskomforcie egzystencjalnym, oznacza zaakceptowanie faktu jego istnienia, a także własnego uwikłania w historię przemocy.

Aby nie zamknąć się w przygnębiającym realizmie, lecz odkryć potencjał umożliwiający przezwyciężenie zaistniałej sytuacji, potrzeba zasadniczej otwartości, wiary w możliwość pozytywnych zmian w postawie wszystkich uczestników dialogu.

Owa praktyczna tęsknota za zmianą sytuacji, za zbudowaniem nowego fundamentu relacji, jest zarówno potwierdzeniem podziałów oraz głębokiego egzystencjalnego uwikłania w zło (Unerlöstheit), jak i pierwszą oznaką ich przezwyciężania. Stanowi ona, mówiąc językiem teologii, element nadchodzącego królestwa Bożego.

Aby nie zamknąć się w przygnębiającym realizmie potrzeba otwartości

Tęsknota ta, o ile stanie się motywem przewodnim podejmowanych działań, musi konfrontować się z licznymi podejrzeniami i rozczarowaniami. Niemal nieuchronną reakcją na nią jest opór struktur społecznych, naznaczonych doświadczeniami przemocy, poczuciem krzywdy, straty, winy, wstydu oraz lęku przed ponownym zranieniem. Wyzwanie natury praktycznej i bardzo osobistej – również duchowej – polega na wytrzymaniu tego oporu bez poddawania się skostnieniu, a także na bronieniu i wykorzystaniu szans na dokonanie zmian bez upiększania realnej sytuacji. Droga prowadząca między rutyną a konieczną cierpliwością jest bardzo wąska. Niemiecki filozof Karl Jaspers tak opisał ją bezpośrednio po zakończeniu wojny w odniesieniu do sytuacji Niemców:

Musimy znaleźć w Niemczech sposób duchowego współżycia. Nie stoimy jeszcze na wspólnym gruncie. Szukamy się nawzajem. […] Nauczmy się rozmawiać ze sobą. Znaczy to, że gotowi jesteśmy nie tylko powtarzać własne poglądy, lecz także wysłuchać, co inni myślą. Chcemy nie tylko stwierdzić, lecz rozumować logicznie, wysłuchiwać argumentów, jesteśmy gotowi do przyjęcia nowych poglądów. Chcemy akceptować innych, próbować widzieć sprawy z punktu widzenia innych. Co więcej, będziemy wręcz szukali argumentów przeciw naszemu stanowisku. Ważniejsze jest znalezienie punktów wspólnych w poglądach przeciwstawnych niż pochopne ustalenie stanowisk wykluczających się nawzajem, bo wtedy wszelka rozmowa urywa się, traci cel. Bardzo łatwo wygłaszać zdecydowane sądy pod wpływem uczuć, znacznie trudniej spokojnie je sobie uprzytomnić. Łatwo przerwać kontakt, powtarzając uporczywie własne twierdzenia; trudno wnikać nieustannie w istotę prawdy, wznosząc się ponad twierdzenia. Łatwo uchwycić się jakiegoś poglądu i upierać się przy nim, by uniknąć dalszych przemyśleń; trudno posuwać się naprzód krok za krokiem nie przekreślając nigdy dalszych pytań. Musimy odbudować gotowość do refleksji. […] Jeśli nauczymy się ze sobą rozmawiać, zysk będzie większy niż tylko więź wzajemna. Dzięki temu powstaną podwaliny pod rozmowę z innymi narodami. […]. Przed każdym Niemcem stoi pytanie, czy chce pójść tą drogą pod groźbą rozlicznych rozczarowań, pod groźbą dalszych strat i udogodnienia mocarstwom korzyści naszym kosztem. Odpowiedź brzmi: jest to jedyna droga, jaka chroni nas przed losem pariasów duchowych. Co nas na niej spotka, zobaczymy. Jest to duchowe i polityczne ryzyko podjęte na skraju przepaści. Nawet jeśli nastąpi sukces, potrwa to długo…”.

Słowa, które Jaspers napisał w roku 1945, odnosząc się do wzajemnych relacji między Niemcami, dotyczyły również w sposób analogiczny ich stosunków z europejskimi sąsiadami w ogóle, a z Polską w szczególności.

Uznanie win

W odniesieniu do tych ostatnich konieczne było wzięcie pod uwagę potężnej asymetrii winy i odpowiedzialności za złożoną historię przemocy. Krytyczne, a zarazem szczere zmierzenie się z pytaniem o własną winę i odpowiedzialność stanowiło w tych okolicznościach warunek konieczny, aby stworzyć w ogóle podstawy do spotkań i rozmów. Musiało upłynąć wiele lat, aby ta fundamentalna z punktu widzenia Niemiec prawda uzyskała szeroką akceptację w tamtejszym społeczeństwie.

Pytanie o winę dotyka tożsamości człowieka tak głęboko, jak prawie żadne inne. To tutaj tkwi niewątpliwie główna przyczyna sprzeciwu i niechęci, jakie wywołuje zwykle konfrontacja z własną winą. Konfrontacja taka sięga o wiele głębiej niż proces opisywany dziś powszechnie stosowanym pojęciem transitional justice. Powinna ona obejmować wielowarstwową refleksję, w wyniku której ukazana zostanie złożona struktura i dynamika przemocy oraz procesy decyzyjne związane z tymi zjawiskami. Z upływem pokoleń ukierunkowanie tego dyskursu, napędzanego początkowo przez pytanie o osobistą winę i krzywdę, ulega zmianie, przesuwając się ku pytaniu o odpowiedzialność za skutki wydarzeń.

Zmienia się tym samym charakter rozmowy, który z dialogu prowadzonego z perspektywy „sprawców” i „ofiar” przekształca się w dialog partnerów o różnych historycznych pozycjach i uwarunkowaniach wyjściowych. Partnerstwo to nie jest jednak możliwe bez uprzedniego opisania kontekstu przemocy, a tym samym zmierzenia się z pytaniem o sprawców i ofiary. Nie sposób uniknąć przekopywania się przez ciemne i wielowarstwowe podłoże historii. Kto chce zbudować na nim wspólny dom, musi uwzględniać jego właściwości.

Warunkiem prawdziwych spotkań jest wyczuwalny szacunek wobec inności

Konstruktywny początek zbliżenia z Polakami polegał ze strony Niemców na uznaniu niemieckiej winy oraz polskich cierpień, a także zaakceptowaniu związanej z tym odpowiedzialności, niezależnie od tego, jak symboliczny byłby jej charakter. Wyrazem tej postawy były zarówno podejmowane od połowy lat 60. pielgrzymki pokutne Pax Christi, Związku Niemieckiej Młodzieży Katolickiej i Akcji Znaku Pokuty (Aktion Sühnezeichen) do Oświęcimia/Auschwitz, jak i symboliczne uklęknięcie kanclerza Willy’ego Brandta przed Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie. Wszystkim tym płynącym z serca, symbolicznym zachowaniom towarzyszyły w Niemczech gwałtowne dyskusje. Nie może to dziwić, ponieważ gesty te kwestionowały dominujący dotąd wizerunek własny Niemców. Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że wspomniane dyskusje stanowiły nieodzowne kroki na drodze zdefiniowania na nowo naszego stosunku zarówno do nas samych, jak i do naszych sąsiadów. Chrześcijanom debaty te, poświęcone w dużej mierze egzystencjalnemu znaczeniu winy, przebaczenia i pojednania, ukazywały również perspektywę wiary opartej na nowych fundamentach.

Z takiej postawy, odwołującej się do wymiaru politycznego, a jednocześnie głęboko osobistego, zrodziła się również zasługująca na swą sławę wymiana listów między biskupami polskimi i niemieckimi oraz wspólne wysiłki na rzecz beatyfikacji, a następnie kanonizacji Maksymiliana Kolbego. Nie jest to z pewnością miejsce, aby szczegółowo analizować znaczenie tej historycznej wymiany listów; trzeba jednak podkreślić, że stanowiła ona w stosunkach polsko-niemieckich wydarzenie najwyższej rangi, w związku z czym pozwolę sobie przypomnieć kilka jej najważniejszych aspektów, które wydają mi się istotne dla dalszych działań na rzecz pojednania między obu narodami.

„Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”

Zainspirowani doświadczeniami soboru, a także z pewnością osobistymi spotkaniami z jego niemieckimi uczestnikami, do których doszło w czasie Vaticanum II i które pozwoliły zbudować atmosferę wzajemnego zaufania, polscy biskupi wypowiedzieli przełomowe słowa „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Słowa te otworzyły nową perspektywę, w której bardzo radykalnie zakwestionowany został charakter dotychczasowych relacji między Polakami a Niemcami oraz między blokiem komunistycznym a Zachodem.

W odpowiedzi hierarchowie niemieccy podchwycili co prawda ze szczerą radością propozycję nawiązania dialogu, jednakże ze względu na pragmatykę polityczną, realne niebezpieczeństwo wewnątrzkościelnych podziałów związanych z żywym poczuciem krzywdy niemieckich wypędzonych, a także obawę przed uprzedzaniem regulacji prawno-międzynarodowych, w ich liście nie padło oczekiwane stwierdzenie o uznaniu istniejących granic. Wielu ówczesnych komentatorów, znajdujących się pod przemożnym wpływem dyskursu społecznego i komunistycznej propagandy, uznało w związku z tym krok polskich pasterzy za niepowodzenie, a nawet za poważny błąd.

W rzeczywistości jednak biskupom udało się rzucić na wzajemne stosunki nowe światło, w którym dostrzec można zarówno własne uwikłanie obu stron w historię, jak i nowe możliwości dialogu. Zaprezentowali tym samym nowe realistyczne podejście, mające na celu głęboką transformację polityczno-kulturową w obu społeczeństwach.

Fakt, że ów proroczy gest nie był odpowiedzią na działania strony niemieckiej, lecz przedstawiciele Polski wykonali go sami, nie zważając na asymetrię winy i odpowiedzialności za historyczną przemoc, stanowił wielki i niezasłużony dar. Był to zarazem wzorcowy i uzdrawiający krok – choć uczyniony nie bez bólu – umożliwiający wyjście z zasklepienia we własnych ranach.

Słowa „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” otworzyły nową perspektywę

Mimo że niektóre elementy przesłania zostały w późniejszym okresie zrelatywizowane przez polskich hierarchów znajdujących się pod olbrzymią presją polityczną, i tak ukazali oni nową, jakże inspirującą perspektywę.

Odpowiedź biskupów niemieckich nie spełniła wprawdzie w pełni polskich oczekiwań, ale o wiele ważniejszy był fakt, że nawiązany został poważny dialog, który mógł być odtąd rozwijany przez członków rozmaitych inicjatyw chrześcijańskich. Duchowe ramy pojednania zostały wstępnie wytyczone. Niezbędne ramy polityczne stworzyło podpisanie w roku 1970 układu między Polską a RFN, w którym zawarto faktyczne uznanie istniejących granic Polski w formule, jaka możliwa była do przyjęcia w warunkach konfrontacji między Wschodem a Zachodem.

Po okresie wielkich gestów musiał, siłą rzeczy, nastąpić czas konkretnych czynów, służących wypełnianiu i konkretyzowaniu wspomnianych ram. Choć początkowo inicjatywy takie podejmowały wyłącznie małe, niezbyt reprezentatywne dla ogółu społeczeństwa grupy, to ich oddziaływanie znacząco przewyższało instytucjonalny ciężar zaangażowanych. Przykładem może być tutaj bez wątpienia godna uznania praca Dzieła im. Maksymiliana Kolbego (Maximilian-Kolbe-Werk), a także liczne działania Akcji Znaku Pokuty w Niemczech Wschodnich i Zachodnich. Przeobrażenia społeczne i kulturowe, które w ten sposób zainicjowano, znalazły swój szczególny wyraz w powszechnej solidarności społeczeństwa zachodnioniemieckiego z Polakami w okresie „Solidarności” i stanu wojennego. Okazało się, że wytrwałość i cierpliwość odgrywały równie ważną rolę, co odwaga, praktyczna solidarność i kreatywność.

Najważniejszą zdobyczą tego okresu był fakt, że wymienione inicjatywy znalazły uznanie strony polskiej, dzięki czemu udało się nawiązać z nią niewolne od napięć, ale poważne relacje.

Przekroczyć ramy polityki

Ze względu na istniejący do roku 1989 reżim komunistyczny oraz dynamikę konfrontacji między Wschodem a Zachodem proces pojednania w wymiarze politycznym mógł przebiegać jedynie w określonych granicach. Nie było w związku z tym mowy o możliwości głoszenia pełnej prawdy o wydarzeniach II wojny światowej. (Umiłowanie prawdy nie było, jak wiadomo, silną stroną ani komunistów, ani też orędowników zimnej wojny na Zachodzie).

Jak się okazało, zwłaszcza wysiłki podejmowane ponad granicami obozów geopolitycznych wymagały niekiedy bolesnych kompromisów, z których część budzi kontrowersje do dziś. Przykładem może być historia Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży, utworzonego w roku 1986 przez zachodnioniemiecką Akcję Znaku Pokuty we współpracy ze ZBoWiD-em i miastem Oświęcim. Niezależnie od tych ograniczeń czynna gotowość do otwarcia się na proces zmian po obu stronach stanowiła moment – w najlepszym znaczeniu tego słowa – „wywrotowy”, który walnie przyczynił się do przezwyciężenia istniejących podziałów i zbudowania wzajemnego zaufania. To ostatnie okazało się ważnym kapitałem, do którego sięgnięto przy „nowym otwarciu” w stosunkach polsko-niemieckich po roku 1989.

Wysiłki podejmowane ponad granicami obozów geopolitycznych wymagały bolesnych kompromisów

Świadome wykorzystanie szans, jakie wraz z upadkiem reżimu komunistycznego otworzyły się w sferze stosunków polsko-niemieckich, byłoby czymś niemal nie do pomyślenia bez praktycznego oraz intelektualnego zaangażowania lat 70. i 80. Doświadczenie to jest tym cenniejsze, że pomaga oprzeć się ciągłej pokusie unikania bolesnej, bo ukierunkowanej na prawdę konfrontacji z przeszłością, odkładania jej na później, ze względu na rzekomo niesprzyjającą sytuację polityczną i konieczność zawierania trudnych kompromisów.

Prawda o tym, jak długofalowym wyzwaniem jest „oczyszczenie” stosunków polsko-niemieckich w wymiarze duchowym, emocjonalnym i mentalnym, objawiła się w pełni po globalnym przełomie politycznym lat 1989/90. Nastąpiła wówczas zasadnicza poprawa klimatu politycznego, w jakim kształtują się nasze wzajemne relacje. Po okresie euforii okazało się jednak, że rany przeszłości zabliźniają się znacznie wolniej, niż wmawiali to sobie – przynajmniej w Niemczech – głosiciele „normalizacji”. Z jednej strony to właśnie w dziedzinie wyjaśniania trudnych historycznych spraw osiągnięto w stosunkach polsko-niemieckich ogromny postęp, a tradycyjny patos pojednania – w dużej mierze za sprawą wymiany pokoleń – odszedł, na pozór, do przeszłości. Mimo to wkrótce dało się zaobserwować, że w zakorzenionych w pamięci zbiorowej doświadczeniach kryje się niezwykle drażliwy potencjał, który nie zneutralizuje się samodzielnie.

Źródłem problemów okazało się zwłaszcza połączenie kwestii, które nie stały się w dostatecznym stopniu przedmiotem refleksji społecznej (jak choćby związanych z tematem ucieczki i wypędzeń), oraz wyzwań dotyczących tożsamości społeczeństwa polskiego i niemieckiego, wynikających z procesów transformacji, europeizacji i globalizacji. Nie wszyscy zdołali oprzeć się pokusie wykorzystania tych tematów do celów politycznych. Wprawdzie zdemaskowanie projekcji, które zawarte były w tych manipulacjach, nie nastręczało większych trudności, jednak oburzenie, które zostało wywołane lub spotęgowane za ich pomocą, było autentyczne i stało się – zwłaszcza w okresie rządów Jarosława Kaczyńskiego – źródłem poważnych problemów, również na skalę europejską.

Lekcja dla innych narodów

Z doświadczeń tego okresu można wyciągnąć wniosek, że nie da się bezkarnie zaniedbywać przechowywanych w pamięci zbiorowej wstrząsów natury społecznej i osobistej, przechodząc nad nimi do porządku dziennego z uczuciem ulgi wywołanym przez przełom polityczny. Nie wystarczy zaklinanie trudnej przeszłości w „rytuałach pojednania”, bez poszukiwania sposobów konstruktywnej rozmowy. Wynikająca z różnych doświadczeń przemocy specyfika – również kulturowa – stanowi rzeczywistość społeczną, z którą będziemy musieli żyć jeszcze przez długi czas. Świadomość tego faktu może być pożyteczna również dla innych społeczeństw europejskich, zwłaszcza tych, które z przystąpieniem do Unii Europejskiej łączą wielkie nadzieje i oczekiwania.

Pozostaje jednak pytanie, w jaki sposób należy dziś konfrontować się z doświadczeniami przemocy i stanowiącymi ich skutek podziałami. Potrzebujemy realistycznej wizji tego, czym może być dziś pojednanie w różnych rzeczywistościach społecznych.

Nie wystarczy zaklinanie trudnej przeszłości w „rytuałach pojednania”

Błędne wyobrażenie, jakoby do pojednania można doprowadzić za pomocą narzędzi socjotechniki, jest równie szkodliwe, co powierzchowna, romantyczna koncepcja pojednania. Jeżeli mamy prowadzić sensowny dialog na temat pojednania, musimy umieć mówić również o tym, co nas różni. Konieczne jest zaakceptowanie tej specyfiki – również własnej, po to, byśmy mogli wyjaśniać ją sobie samym i naszym partnerom. Chodzi o dialogiczny rozwój zdolności konkretnego nazywania tych sfer teraźniejszości, na które wpływ ma doświadczenie historyczne, aby dzięki temu historia nie posiadała nad przyszłością większej władzy, niż powinna. Kryterium wiarygodności takiego dialogu jest w dużej mierze stosunek do ofiar wyrządzonej przemocy, a także praktyczne wnioski, jakie wyciągamy z konfrontacji z przemocą i jej skutkami.

Częścią coraz intensywniejszych relacji między narodami europejskimi będą i w przyszłości konflikty, zatem znaczenie tej kompetencji kulturowej, którą możemy rozwijać jedynie wspólnie, będzie bez wątpienia rosło.

W tym kontekście nowego znaczenia nabierają również stosunki polsko-niemieckie, które mogą okazać się inspiracją do prowadzenia dialogu na skalę europejską. Świadczą o tym chociażby odbywające się corocznie w Oświęcimiu europejskie warsztaty poświęcone konfrontacji z bolesną przeszłością Auschwitz, organizowane przez polsko-niemiecką Fundację im. Maksymiliana Kolbego, powołaną za zgodą Konferencji Episkopatów Polski i Niemiec. Celem tych spotkań jest próba zrozumienia różnych doświadczeń i wielowymiarowości perspektyw, a także budowanie wrażliwości na kwestie szczególnie bolesne dla drugiej strony. Spotkania stanowią praktyczną szansę zderzenia różnych perspektyw oraz umacniania postaw wzajemnego szacunku. Biorą w nich każdorazowo udział przedstawiciele mniej więcej dwunastu krajów naszego kontynentu.

Fakt, że jako Polacy i Niemcy możemy zaprosić ich do tych rozmów wspólnie, jest już sam w sobie znakiem, który nasi europejscy partnerzy będą w stanie docenić. Tym sposobem uczenie się naszej jedności w różnorodności – a tym właśnie jest pojednanie – zatacza coraz szersze kręgi.

 Tłumaczył Kamil Markiewicz. Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, nr 3/2013, jego pierwotny tytuł to: „Uczyć się pojednania od Polaków i Niemców?”