Profesor Strzembosz był i jest wiedziony imperatywem działania dla dobra publicznego. Właśnie dlatego czuje brzemię odpowiedzialności za to, jakim państwem jesteśmy i będziemy.

Zapis laudacji wygłoszonej na część Adama Strzembosza z okazji przyznania mu Nagrody Peryklesa 2017 w Warszawie 9 września.

To jest dla mnie ważny moment ze względu na relacje łączące mnie z profesorem Strzemboszem od wielu, wielu lat i mam wielki, niezmienny szacunek dla jego działań.

Chciałem w związku z tym przypomnieć nieco, jakie są owe wartości, owe momenty działań, które dzisiaj są przede wszystkim warte przypomnienia i wprowadzenia na nowo w obieg myślenia publicznego. Jestem bowiem przekonany, że profesor Adam Strzembosz uosabia przez swoją postawę i całą drogę życiową wszystkie chyba najlepsze i najbardziej cenione cechy sędziego. Był i pozostaje pierwszym sędzią Rzeczypospolitej, człowiekiem zasad i wartości.

Dzisiaj mówi o sobie z wrodzoną skromnością, cytuję: „Nie jestem ikoną, jestem staruszkiem, który jeszcze trzyma się na nogach. Nigdy nie przejawiałem odwagi wojskowej, troszkę zostało mi odwagi cywilnej”. Tak mówił 21 lipca bieżącego roku na jednym ze spotkań z warszawiakami, którzy kontestowali projekty ustaw dotyczących wymiaru sprawiedliwości. Nie dajmy się zwieść takim zapewnieniom, Panie Profesorze. Jest Pan uosobieniem obywatelskiej odwagi i przyzwoitości. Gdyby większość ludzi wykazywała choćby niewielką część odwagi i niezależności myślenia, którą Pan reprezentuje, to zapewne dzisiaj na nasze ulice wyszłoby nie sto czy dwieście tysięcy ludzi, lecz miliony zaniepokojonych i zdeterminowanych obywateli.

Profesor Strzembosz uosabia najlepsze i najbardziej cenione cechy sędziego

Wiele poważnych publikacji zarówno w Polsce, jak i za granicą, podejmuje ogromny wysiłek intelektualny, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, co to znaczy być sędzią. Znakomity tekst na ten temat wygłosił ponad rok temu mój przyjaciel profesor Andrzej Rzepliński, otwierając nowy rok sądowy na sesji Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Mówił wtedy między innymi o tym, na czym polega sędziowska niezależność: „sędzia musi być bowiem niezależny od opinii publicznej. Nie bez powodu w jednej z konstytucji rzymskich zapisano, że nie należy dawać posłuchu czczym głosom tłumu. Gdyby sędzia mu hołdował, to zapewne, jak powiedział profesor Juliusz Makarewicz, do tej pory palilibyśmy czarownice na stosie”. Myślę, że wszelkie najbardziej subtelne teoretyczne analizy dotyczące pytania, co to znaczy być sędzią można by zastąpić przykładem, jakim jest, jakim pozostaje dla środowiska prawniczego aktywność sędziowska profesora Adama Strzembosza.

W tym momencie chciałbym sięgnąć do początków mojej działalności prawniczej. Miałem zaszczyt i wielki przywilej odbywając aplikację sędziowską, że pozostawałem częściowo pod opieką patrona, którym był w owym czasie pan sędzia Adam Strzembosz. Wtedy był sędzią warszawskiego sądu wojewódzkiego. Było to dla mnie niezwykle istotne doświadczenie, bo ani przedtem, ani potem nie współpracowałem z sędzią tak silnie zaangażowanym w to, co robi i znajdującym zawsze dobre, mądre słowo wobec tych osób, które przed nim stawały, a chodziło o nieletnich sprawców przestępstw.

To wtedy chyba po raz pierwszy zrozumiałem, że bycie sędzią nie jest jakimś zawodem, jakąś funkcją w służbie. Jest misją, powołaniem, przeznaczeniem. Tylko wtedy ma sens, jeśli właśnie w taki sposób jest wykonywane.

Adam Strzembosz płacił zawsze wysoką cenę za takie pojmowanie swojej misji sędziowskiej. Nie mógł być inny, bo to był i jest jego imperatyw wewnętrzny. Parafrazując słowa Władysława Bartoszewskiego, trzeba zauważyć, że bycie przyzwoitym jest trudne i nie gwarantuje sukcesów, ale bycie nieprzyzwoitym zawsze niesie w sobie pewność klęski.

Adam Strzembosz nie szukał sukcesu. I chociaż dzisiaj twierdzi, że ma tylko niewielką dozę odwagi, to powiedzmy wyraźnie, że wybory, których dokonywał, wymagały, z dzisiejszej perspektywy na pewno, heroizmu.

Wraz z ruchem „Solidarność” pojawiła się iskierka nadziei, że można wreszcie coś uczynić, coś realnego, ważny krok w kierunku stworzenia niezależnego sądownictwa, które jeszcze w tamtym czasie miało przecież jeszcze tak wielu sędziów – mówimy o początku lat 80. – odpowiedzialnych za wszelkie patologie i zbrodnie sądowe czasów stalinowskich; sędziów podporządkowanych partyjnym dyrektywom, o czym pisze sam Adam Strzembosz w swojej znakomitej książce „Sędziowie czasu próby”.

Adam Strzembosz był wtedy zatrudniony w Instytucie Wymiaru Sprawiedliwości przy Ministerstwie Sprawiedliwości i stał się jednym z głównych inicjatorów i animatorów tworzenia w środowisku sędziowskim niezależnych struktur „Solidarności”. Potrafił zgromadzić w tamtym czasie wokół siebie grono niezależnych, myślących, odważnych, przyzwoitych sędziów, których głos po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat zabrzmiał mocno, bardzo wyraźnie, wytyczając jasno cele, o które należy konsekwentnie walczyć i które były inspiracją i programem reformy trzeciej władzy po upadku komunizmu w czasach rozmów Okrągłego Stołu, dzisiaj przypomnianych, zwłaszcza owego słynnego podstolika sądowego, któremu przewodniczył sam Adam Strzembosz.

Ludzie, których zgromadził wokół aktywności pierwszych struktur „Solidarności” w sądownictwie byli w czasach późniejszych, warto o tym dzisiaj przypominać, ważną częścią korpusu sędziowskiego niepodległego państwa; w tym w Sądzie Najwyższym także, w którym znalazły się między innymi takie osoby jak Stanisław Rudnicki, Teresa Flemming czy sędzia Nalewajko – to oczywiście tylko kilka przykładów.

Nie może dziwić, że Adam Strzembosz był pierwszym sędzią usuniętym w trybie natychmiastowym z funkcji sędziowskiej po wprowadzeniu stanu wojennego. Następnego dnia nie został nawet wpuszczony do miejsca swojej pracy.

Pierwszy etap jego aktywności sędziowskiej został w ten sposób zakończony. Rozpoczyna się wtedy etap bezpośredniej walki z opresyjnością systemu. Pozostaje zdeterminowany, jak zawsze, i zaangażowany. Działa jako profesor reaktywowanego w tamtym czasie świeckiego wydziału prawa na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdzie zatrudnienie znaleźli między innymi w tamtym czasie profesor Wojciech Łączkowski – późniejszy sędzia Trybunału Konstytucyjnego, Hanna Suchocka, Wiesław Chrzanowski, Jan Widacki, Alicja Grześkowiak, ludzie, którzy tworzyli struktury nowego, demokratycznego państwa.

Strzembosz był pierwszym sędzią usuniętym z funkcji po wprowadzeniu stanu wojennego

Ja także skorzystałem wtedy z zaproszenia profesora Adama Strzembosza do współpracy z KUL-em, za to do dziś jestem mu wdzięczny, bo w tamtym czasie była to prawdziwa enklawa swobody, niezależności myślenia, sprzeciwu wobec opresyjnego państwa. Podróże słynnym pociągiem do Lublina były zawsze niepowtarzalną okazją do nieustannych debat i tworzenia idei dla mającej, w co głęboko wierzyliśmy, nadejść wkrótce nowej rzeczywistości.

W latach 80. Adam Strzembosz był wraz z młodym sędzią krakowskim Kazimierzem Barczykiem, jednym z inicjatorów utworzenia Społecznej Rady Legislacyjnej, której przewodniczącym zostaje słynny krakowski cywilista profesor Stefan Grzybowski, a członkami między innymi profesorowie Władysław Wolter – wybitny autorytet w dziedzinie prawa karnego, oraz profesor Andrzej Kopff – jeden z najlepszych znawców prawa autorskiego i ochrony własności intelektualnej. To wtedy powstaje, dzięki tej radzie i jej aktywności, wiele ważnych projektów i inicjatyw, także i jeden z pierwszych projektów przyszłej ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, ułatwiających przystąpienie do tworzenia struktur demokratycznego sądownictwa z chwilą odzyskania wolności w 1989 roku.

Nie może więc w żadnym stopniu zaskakiwać, że u zarania III Rzeczypospolitej to właśnie Adam Strzembosz staje się pierwszym wiceministrem sprawiedliwości odpowiedzialnym za kształtowanie niezależnego sądownictwa. To wtedy też dochodzi do przyjęcia nowej, fundamentalnej ustawy o Sądzie Najwyższym, która tworzy drogę do ukształtowania tej najwyższej instancji sądowej, tym razem już zgodnie z wymaganiami demokratycznego państwa. Sąd Najwyższy, którego pierwszym prezesem zostaje Adam Strzembosz, swoją działalnością będzie potwierdzał znaczenie tej instytucji.

Dzisiaj powtarzana jest niekiedy teza, że w tamtym czasie profesor Strzembosz nie uczynił dostatecznie dużo i dostatecznie zdecydowanie, aby oczyścić wymiar sprawiedliwości demokratycznego państwa z ludzi, którzy byli odpowiedzialni za jawne sprzeniewierzanie się w czasach komunistycznych zasadzie niezawisłości sędziowskiej czy byli podporządkowani wprost aparatowi politycznemu i dyrektywom partyjnym. Ale też przypomnijmy: Polska to nie było NRD  i rozpoczynanie budowy niezależności sędziowskiej od zwolnienia wszystkich sędziów i ich weryfikacji ani nie było możliwe (nie mieliśmy zaplecza w postaci Republiki Federalnej), ani też nie było słuszne dla budowy etosu sędziowskiego, zakładającego niezależność sędziowską i nieusuwalność sędziów.

Jak zresztą udowadnia Adam Strzembosz w swojej książce „Sędziowie czasu próby”, już dzisiaj cytowanej, większość sędziów zachowała się w tych trudnych czasach stanu wojennego przyzwoicie, zachowała niezależność. Natomiast zawiodły mechanizmy, które zostały ustanowione już po 1989 roku dla przeprowadzenia zindywidualizowanych postępowań dyscyplinarnych wobec osób, które okazały się wcześniej niegodne sprawowania funkcji. To jest jednak kwestia już do zupełnie innej analizy.

Faktem jest natomiast, że to właśnie z inicjatywy Adama Strzembosza jako pierwszego prezesa Sądu Najwyższego doszło do wszczęcia wielkiej liczby postępowań rehabilitacyjnych wobec osób skazywanych za przestępstwa polityczne w latach PRL, postępowań, które były zakończone wyrokami uniewinniającymi ze względu na przyjętą także z inicjatywy Adama Strzembosza wykładni przepisów Kodeksu Karnego odbiegającą od technicznej, bardzo formalnej i skażonej według słów samego profesora, podejściem neopozytywistycznym.

Podówczas, w 1989 roku, profesor Adam Strzembosz początkowo jako przewodniczący podstolika sądowego, potem wiceminister, wreszcie przez szereg lat I prezes Sądu Najwyższego, należał do grona tych, którzy najbardziej konsekwentnie i zdecydowanie dążyli do tego, aby zostały wprowadzone do systemu ustrojowego państwa dostatecznie silne gwarancje sędziowskiej niezależności. Bez tych gwarancji separacja trzeciej władzy i jej równoważność w stosunku do innych władz nie miałaby żadnego sensu.

Znany i powszechnie doceniany był jego aktywny udział w tworzeniu nowych podstaw normatywnych dla funkcjonowania trzeciej władzy, począwszy od odpowiednich podstaw konstytucyjnych poprzez sądowe ustawy ustrojowe.

To z czasów pierwszej „Solidarności”, już dzisiaj przypomnianych, czasów warszawskich sędziów i bardzo aktywnej Krajowej Komisji Koordynacyjnej Sędziów, bezpośrednich doświadczeń sędziego Strzembosza (był to między innymi jego postulat, żeby doszło do pierwszych wyborów prezesa Warszawskiego Sądu Wojewódzkiego przez zgromadzenie sędziowskie w 1981 roku – to postulat rewolucyjny, ale udało się go wtedy przeprowadzić, chociaż nie do końca, bo ostatecznie owa osoba nie została powołana przez ministra) wywodzi się między innymi idea, aby decydujący wpływ na obsadzanie stanowisk prezesów sądów mieli sami sędziowie, bo sytuacja, w której minister i prokurator generalny decyduje de facto poprzez swoich prezesów o obsadach składów orzekających oraz o dodatkowych przywilejach, prowadzi wprost do zniszczenia niezależności sądownictwa.

Przypomnijmy to stwierdzenie szczególnie dzisiaj, w momencie dyskusji o kształcie nowych ustaw sądowych; między innymi o tej ustawie, która nie została zawetowana przez pana prezydenta. Czas Jerzego Bafii, członka sekcji tajnej Sądu Najwyższego, ministra Włodzimierza Berutowicza, niegdyś szefa milicji we Wrocławiu, dla których ręczne sterowanie wymiarem sprawiedliwości było chlebem powszednim, są dobrze Adamowi Strzemboszowi znane – znane z autopsji.

Niewiele jest osób, które mogą dziś lepiej i precyzyjniej od Adama Strzembosza zdiagnozować sytuację i zidentyfikować zagrożenia dla demokratycznego państwa prawa, które się pojawiły blisko dwa lata temu. Słowa, które dziś wypowiada Adam Strzembosz, mają, pamiętając o jego drodze życiowej, doświadczeniach walki o niezależność sędziowską, większą wagę niż kogokolwiek innego.

Wszyscy, którzy to wiedzą, zdawali sobie sprawę z wagi wywiadu udzielonego przez Adama Strzembosza w grudniu 2015 roku dla telewizji TVN, kiedy następowały jeden po drugim dramatyczne zdarzenia związane z Trybunałem Konstytucyjnym, począwszy od odmowy przyjęcia ślubowania od sędziów TK poprzez całkowicie bezpodstawne, naruszające Konstytucję, uchwały o odwołaniu tych sędziów, nocne mianowania sędziów-dublerów, przyjęty projekt ustawy zmierzającej do całkowitego paraliżu sądu konstytucyjnego, aż do odmowy opublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego.

Stawało się jasne, że jeżeli głos w tej sprawie zabiera profesor Adam Strzembosz, to sytuacja jest naprawdę wyjątkowa, a zagrożenia dla bytu demokratycznego państwa prawa są bezpośrednie. Adam Strzembosz od tego momentu staje się raz jeszcze najważniejszym przedstawicielem całego środowiska. Nie korzysta, jak wielu innych, by się uchylić od publicznej aktywności, z argumentu swojego statusu – jakże wydawałoby się naturalnego – sędziego w stanie spoczynku oraz z przywileju wieku. Rozumie potrzebę zabierania głosu właśnie jako imperatyw, nakaz płynący z całej jego biografii, z nieustannego poczucia odpowiedzialności za losy jego koncepcji demokracji, która jest oparta na idei państwa prawa, o którą on i całe jego pokolenie walczyło i płaciło wysoką cenę.

W okresie ostatniego półtora roku głos Adama Strzembosza brzmi wyraźnie i dobitnie przy każdej kolejnej próbie zawłaszczania przez rządzących państwa prawa. Mówił ostatnio na jednej z manifestacji lipcowych w obronie niezależności sądów, 21 lipca tego roku: „Jestem tutaj wśród państwa nie dlatego, żebym chciał się włączać w jakąkolwiek działalność polityczną. Jestem bezpartyjny od urodzenia, jestem sędzią w stanie spoczynku. Są jednak takie chwile i sytuacje, w których nie można stać z boku”. To jest bodaj najważniejsze dzisiaj przesłanie Adama Strzembosza, nie tylko do sędziów. Jest to przesłanie do nas wszystkich, do obywateli Rzeczypospolitej. Bowiem jak trafnie zauważa, obrona niezawisłości sędziowskiej nie jest obroną jakiejś specjalnej kasty uprzywilejowanych ludzi. To jest przede wszystkim obrona obywatela, który staje przed sądem.

Niestety, powiedzmy wyraźnie, dzisiaj w Polsce postawy takie jak te, które reprezentuje Adam Strzembosz, nie należą do powszechnych, także wśród prawników, na których z racji pełnionych funkcji, teraz lub w przeszłości, ciąży odpowiedzialność szczególna za wymiar sprawiedliwości czy ogólniej – za państwo prawa.

Obrona niezawisłości sędziowskiej jest obroną obywatela, który staje przed sądem

Profesor Strzembosz był i jest do dzisiaj wiedziony, powtórzmy raz jeszcze, imperatywem działania dla dobra publicznego i właśnie dlatego czuje, pewnie bardziej niż inni, brzemię odpowiedzialności za to, jakim państwem jesteśmy i będziemy.

Postawa reprezentowana dzisiaj przez profesora Strzembosza jest zarazem dobrym komunikatem o ciążącym na nas wszystkich obowiązku uczciwości i przyzwoitości. Jest przesłaniem – przede wszystkim, choć nie tylko – dla młodego pokolenia prawników, które pełni już dziś często odpowiedzialne funkcje w wymiarze sprawiedliwości, a które niestety nie dysponuje dostateczną pamięcią historyczną.

Tylko ci, którzy przeżyli czasy, kiedy odwaga słowa i postaw reprezentowanych publicznie miała wysoką cenę i wymagała niekiedy heroizmu, mogą prawdopodobnie lepiej zrozumieć  ów gorzki smak braku odwagi, z tego właśnie względu, że takie osoby jak profesor Strzembosz [kontrastowały i] dostrzegały wielu takich, którzy nie potrafili się przeciwstawić presji i oportunizmowi i którzy potem z tego powodu mieli także poważny problem natury moralnej.

W Polsce coraz częściej dostrzega się przejawy, niestety, niskiego i wstydliwego oportunizmu, szukania bezpiecznych pozycji; już dzisiaj, aby nie narazić się władzy. Widzimy to w wielu instytucjach, ale także na uniwersytetach, w akademickich środowiskach prawniczych. Coraz mniej osób pozwala sobie na to, by mówić otwartym głosem, a także na to, aby otwarcie przeciwstawić się złu, absurdalnym opiniom wygłaszanym przez kolegów uniwersyteckich, i to pod sztandarem tolerancji dla innych poglądów i akademickiej swobody. Wszystko zaczęło być w ten sposób, a skoro tak, to relatywna zaczyna być istota tego, co nazywamy demokratycznym państwem prawa, relatywne zaczynają być wartości, które się na to składają, relatywna staje się Konstytucja, prawa podstawowe, niezawisłość sądów i sama reguła przestrzegania prawa. To wszystko tylko kwestia interpretacji – powiedzą dzisiaj niektórzy. Każdy nonsens, bzdura lub nieprawda prezentowana w rzeczywistości prawnej staje się w ten sposób dozwolona, tolerowana i krąży w przestrzeni publicznej bez przeszkód.

Głosy takich ludzi jak Adam Strzembosz – powiedzmy otwarcie, jednoznacznie – przypominające rudymenty naszej filozofii, muszą dlatego tak wielu niepokoić. Bo przypominają o tym, co chciałoby się za wszelką cenę ukryć i pogrążyć w niedopowiedzeniach.

Twój głos, Adamie, jest dlatego tak ważny i ceniony dla opinii publicznej, dla wszystkich obywateli, że stanowi przejaw nie symbolicznego czy rytualnego gestu, tylko manifestację postawy człowieka, który wie, o czym mówi i dlatego alarmuje opinię publiczną, sygnalizuje, że dzieje się coś niepokojącego i bardzo dla demokracji niedobrego. Wie, bo zna cenę poświęcenia, aby wartości te mogły w Rzeczypospolitej zaistnieć i stać się trwałym elementem naszej rzeczywistości. Zrozumienie tej ważnej nauki jest trudne, zwłaszcza, powtórzmy, dla młodego pokolenia prawników, ze względu na brak ich doświadczeń osobistych i brak wyobraźni. I to właśnie sprawia, że determinacja w obronie wartości państwa prawa nie jest powszechna. Tymczasem dzisiaj nie można pozwolić sobie na oportunizm, odwracanie się od rzeczywistości, unikanie konfrontacji z prawdziwymi zagrożeniami. Nie wolno sobie pozwolić na tolerancję wobec zła, które się dzieje. Tym bardziej nie wolno sobie pozwolić na uczestniczenie w destrukcji demokratycznych instytucji, na wykorzystanie płynących stąd jakże pozornych okazji.

Głos prof. Strzembosza jest manifestacją postawy człowieka, który wie, o czym mówi

Dlatego profesor Adam Strzembosz dobitnie stwierdza, na przykład w wywiadzie z 7 kwietnia 2017 roku, opublikowanym w Gazecie Wyborczej: „Ci sędziowie, których Sejm wybierze do KRS, nie będą szanowani przez ogół środowiska. Trudno szanować ludzi, którzy poszli na tak ewidentną współpracę z władzą. To współpraca agenturalna, można powiedzieć. Bo taki sędzia, który się godzi być wybrany przez organ polityczny, będzie w środowisku traktowany jak agent”. To mocne i jednoznaczne, ale potrzebne przesłanie powinni dziś odczytywać jako imperatyw wszyscy prawnicy i wszyscy sędziowie. Nie można wykonywać zawodu prawniczego, jeśli się usprawiedliwia łamanie podstawowych kanonów, na których zbudowane jest państwo prawa, niszczy autorytet niezależnej władzy sądowniczej, upokarza jego przedstawicieli, nawet jeśli jest się ministrem sprawiedliwości, a może i prezydentem, jeśli usprawiedliwia się destrukcję fundamentów naszego systemu. To nie jest kwestia poglądów, to nie jest kwestia szkoły myślenia, jest to kwestia czystej przyzwoitości, o której uczą nas tacy ludzie jak Adam Strzembosz.

Przed 10 laty profesor Strzembosz pisząc w swojej książce „Sędziowie czasu próby” o najtrudniejszym w wykonywaniu zawodu sędziowskiego dylemacie, jaki wynikać może z konfliktu między prawem i sumieniem sędziowskim, zauważył, że jeżeli ten dylemat wydaje się dziś odległy, nieco abstrakcyjny ze względu na instrumenty wykładni prawa, istnienie sądu konstytucyjnego, do którego sędzia może się zawsze zwrócić w przypadku konfliktu z prawem czy ustawą naruszającą aksjologię państwa prawnego, to jednak, mówi wyraźnie, nie można wykluczyć, że w przyszłości pesymistyczny scenariusz może się na nowo zrealizować.

Dlatego właśnie warto zacytować tę jego wypowiedź sprzed 10 lat: „Oczywiście wprowadzenie tej instytucji Trybunału Konstytucyjnego jest ogromnym osiągnięciem właśnie w aspekcie omawianego konfliktu norm prawnych i norm moralnych. Nie jest jednak rozwiązaniem całkowicie go likwidującym. Wiemy przecież, iż skład Trybunału, zmieniający się wprawdzie powoli, może jednak tak się ukształtować, iż w danym momencie historycznym większość jego sędziów będzie reprezentowała system wartości jawnie sprzeczny nie tylko z poglądami moralnymi danego sędziego, ale z przekonaniami większości społeczeństwa w danej sytuacji. Trybunał przestanie pełnić rolę gwaranta. Wolno zatem wyrazić przekonanie, że Trybunał ma fundamentalne znaczenie, jeżeli chodzi o likwidację dysonansu między normami prawnymi i moralnymi, ale nie gwarantuje należytego wypełniania tych funkcji w każdym czasie i w każdych okolicznościach”. Jakże prorocze słowa. Czy nie jesteśmy właśnie w tych nowych okolicznościach?

Dzisiaj sędziowie będą coraz częściej stawiani przed wyborem albo zastosowania ustawy, albo naruszenia zasad, które określają aksjologię państwa prawa, a droga do Trybunału jest de facto zamknięta, bo nie istnieje już autentycznie niezależny sąd konstytucyjny. Sędzia nie może dzisiaj odmówić orzekania, ale może zdobyć się na odwagę i uczynić wysiłek orzekania bezpośrednio na podstawie Konstytucji i w zgodzie ze swoją aksjologią, która wynika z demokratycznego państwa prawa.

Tak należy w realiach dzisiejszego dnia rozumieć owo przesłanie Adama Strzembosza sformułowane 10 lat temu, w którym została też zawarta krytyka neopozytywizmu prawniczego. Wobec braku sądu konstytucyjnego tylko sędziowie sądów powszechnych, Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego mogą dzisiaj przywrócić wewnętrzną zgodność aksjologiczną stosowanego prawa. Muszą to jednak być prawdziwi sędziowie, sędziowie gotowi na czas próby, czujący swoją misję i odpowiedzialność wobec społeczeństwa, tak jak tego naucza konsekwentnie postawa profesora Adama Strzembosza. Jestem mu za to niezmiernie wdzięczny, za to wszystko, co uczynił dla nas, budując demokratyczne państwo prawa.

Dlatego, jeszcze raz powtórzę, jest to dla mnie wielki zaszczyt być dzisiaj tutaj obok profesora Adama Strzembosza i wyrażam przy okazji swoje najserdeczniejsze gratulacje z okazji tej ważnej nagrody, to jest zaszczyt, to jest ważna nagroda, którą należy tak właśnie postrzegać w środowisku ludzi myślących poważnie o państwie prawa, o państwie demokratycznym.

Życzę Ci, drogi Adamie, wszystkiego dobrego, dziękując za te wspaniałe działania i słowa, które kierowałeś w ciągu ostatniego okresu do nas, ale także przy tej okazji skorzystam i składam też ogromne, serdeczne podziękowania i gratulacje panu Henrykowi Wujcowi, za to, co uczynił dla nas, dla budowy demokracji, w innych sferach. Uważam, że jest pan także wspaniałą postacią w naszej ciągle jeszcze młodej, stającej się demokracji.