Jednym ze źródeł dramatu Tuwima było poczucie odmienności. Ogromne znamię na lewym policzku oraz żydowskie pochodzenie czyniły z niego odmieńca. Stopniowo prowadziły do głębokiego wyobcowania.

W jednej z gablot w warszawskim Muzeum Literatury podczas rocznicowej wystawy, poświęconej życiu i twórczości Juliana Tuwima (1894-1953), leżał niewielki porcelanowy krzyż z głową Chrystusa w cierniowej koronie. Jest to jedna z niewielu pamiątek z domu rodzinnego poety, która towarzyszyła mu przez całe życie. Na odwrotnej stronie owego krzyża napisał młody Tuwim niebieskim atramentem: „Kto raz się zgodził nieść swój krzyż, tego nań wiecznie wbijać będą”. Irena Tuwim, siostra poety, wspominała, że ten cytat z Ewangelii powtarzał jej brat wielokrotnie na przestrzeni swego życia i czuło się w tym jego cierpienie.

Jednym ze źródeł dramatu Tuwima było poczucie odmienności, wynikające z powodu ogromnego znamienia na lewym policzku oraz żydowskiego pochodzenia. Te dwa fakty – wygląd i pochodzenie – czyniły z niego odmieńca, stopniowo prowadziły do zamknięcia się w sobie i poczucia głębokiego wyobcowania. A to z kolei pogłębiało stan wyczerpania nerwowego i – przy dziedzicznych skłonnościach – powodowało chorobę psychiczną zwaną agorafobią.

W znamieniu, zwanym niewinnie myszką, nawet matka poety widziała piętno i przekleństwo. W szkole nazywano go diabłem o fizjonomii Żyda, czarciogębym lub czarnuchem. Tej presji delikatna psychika nie wytrzymała i już w młodości Tuwim popadł w kompleks demoniczny, którego owocem były szkice z dziedziny demonologii.

Do końca życia poeta nie pogodził się ze swym wyglądem, zawsze starannie ukrywając znamię przed obiektywem aparatu fotograficznego – czy to poprzez ukazywanie prawego profilu, czy to chowanie się za wystudiowaną pozą intelektualisty. Zadziwiające, że nawet w paszporcie w miejscu „znaki szczególne” – jest puste miejsce.

Razem  w wiosennych burzach

Innego rodzaju problemem, z którym zmagał się przez całe życie, był kompleks żydowskiego pochodzenia. Kim był? Polakiem żydowskiego pochodzenia czy Żydem pochodzenia polskiego? Sam Tuwim wielokrotnie pisał o tym wprost:

Największa ma tragedia – to że Żydem jestem,
A ukochałem Ariów duszę Chrystusową!

Zdaniem Józefa Ratajczaka, żydostwo Tuwima „rodziło (…) bolesny dramat. Nie był nigdy w pełni akceptowany przez żadną ze stron. Dla Polaków był Żydem, dla Żydów odszczepieńcem i zdrajcą”. A przecież był czas, kiedy poeta nie czuł się wyobcowany, chciał i potrafił włączyć się w nurt życia artystyczno-literackiego Warszawy. Jako student Uniwersytetu Warszawskiego związał się z gronem rówieśników, skupionych wokół pisma „Pro Arte et Studio”. Była to grupa najbardziej aktywnych i utalentowanych poetów, debiutujących w okresie niepodległej Polski. Wraz z serdecznym przyjacielem, Leszkiem Serafinowiczem – czyli Janem Lechoniem – Tuwim szybko nadał pismu bojowy charakter. To na jego łamach po raz pierwszy pokazał lwi pazur i rozdrażnił opinię publiczną, drukując wiersz „Wiosna”. Atmosfera skandalu będzie mu od tej pory towarzyszyć przez całe życie.

Przyjaźń stanowiła najtrwalsze spoiwo skamandrytów

Publikacja „Wiosny”, będącej prowokacją obyczajową i estetyczną, rozpętała wokół młodego poety prawdziwą burzę. Wprowadzając elementy drastycznej brzydoty, wulgarne słownictwo (pysk, hołota, bachor), z jednej strony wzbudzała najwyższy podziw, z drugiej narażała autora na inwektywy i potępienie. Na łamach „Gońca” pisano z oburzeniem: „Zdegenerowany pan Tuwim, odsłaniający w najwyuzdańszych wyrazach ohydę brudów miasta i roztaczający przed nimi woń miejskiej kloaki, oddziaływa na młode dusze jak najzjadliwsza trucizna”. Zespół redakcyjny „Pro Arte et Studio”, w którym byli prawie wszyscy przyszli skamandryci, stanął w większości w obronie kolegi. Jan Lechoń, odpierając ataki prasy, pisał: „Wiosna Tuwima po raz pierwszy w naszej literaturze mówi prawdę o sobie, wypełzającej z wilgotnych piwnic i dusznych facjatek. (…) Protestujemy stanowczo przeciwko usiłowaniu narzucenia nam cenzury”.

W owych, chyba najszczęśliwszych dla siebie czasach Tuwim nie był osamotniony. Stała za nim grupa rówieśników, która szybko przeradzała się w grono przyjaciół. I to właśnie przyjaźń stanowiła najtrwalsze spoiwo skamandrytów, a najlepszym antidotum na pojawiające się napięcia  była atmosfera zabawy i dowcipu. Grupa scementowała się podczas wspólnych występów w kabarecie „Pikador”. Tu takie indywidualności jak Tuwim, Lechoń, Słonimski, Iwaszkiewicz, Wierzyński były postrzegane przez opinię publiczną jako zespół.

W atmosferze radości z powodu odzyskanej niepodległości młodzi poeci szybko nawiązywali kontakt z publicznością. Szturmem podbili serca warszawiaków. Już samo otwarcie „Pikadora”, w rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego, stało się olbrzymim sukcesem Tuwima. „Jeden ten wieczór – wspominał Tadeusz Raabe – przyniósł mu ogólnokrajowy rozgłos, mnóstwo propozycji wydawniczych, a przede wszystkim oszałamiającą poczytność, nie mającą chyba precedensu od blisko stu lat, od wileńskiego debiutu Mickiewicza”.

Teksty Tuwima, w umiarkowany sposób nowatorskie, poprzez swą komunikatywność zacierały dystans między twórcą a czytelnikiem lub słuchaczem. Dotyczyły bieżących wydarzeń i znanych postaci. Charakteryzowały się celnym i ciętym dowcipem, zgrabną pointą. Poeta zszedł z piedestału, stał się jednym z wielu zwykłych ludzi. Czuł się jednym z nich, był członkiem gromady, „piewcą ulicy”, i to go uskrzydlało. Ponadto otoczony był serdecznymi przyjaciółmi, ożeniony z ukochaną kobietą i świetnie ustawiony materialnie. Debiutancki tomik „Czyhanie na Boga” miał aż cztery wydania, „Sokrates tańczący” i „Siódma jesień” po trzy. Sława poety szybko krzepła i wzrastał jego autorytet wśród pisarzy.

Nieoceniony jest wkład Tuwima w rozwój kabaretu. Stał się filarem słynnego „Qui pro Quo”, dla którego pisał skecze, piosenki i nierzadko konferansjerkę. „Kabaret był właśnie dzięki Tuwimowi przez parę dziesiątek lat z górą chlubą i radością Warszawy – twierdzi Józef Ratajczak – jednym z najlepszych, najbardziej europejskich objawów życia kulturalnego stolicy”.

Nieoceniony jest wkład Tuwima w rozwój kabaretu

Rodzącej się grupie poetyckiej potrzebna była nowa platforma, która dawałaby możliwość szerszego zasięgu oddziaływania. I tak w 1919 r. dzięki poparciu finansowemu Jerzego Grycendlera – późniejszego Mieczysława Grydzewskiego – pikadorczycy rozpoczęli wydawanie własnego pisma „Skamander”. Zostało ono oczywiście całkowicie podporządkowane interesom grupy, której naczelnym celem było zdobycie dominacji na rynku wydawniczym i czytelniczym. Skamandrytom Grydzewski oddał także „Wiadomości Literackie” – nowe pismo, założone przez siebie w 1924 r. Ten świetnie prowadzony artystycznie i komercyjnie tygodnik promował ich twórczość kosztem innych ugrupowań i twórców. „Skamander! – pisał Gombrowicz  – Ci chłopcy urodzili się pod szczęśliwą gwiazdą”. Znaleźli świetnego impresaria w redaktorze Grydzewskim. Uzyskali z miejsca popularność, wpływ, nawet sławę. On – Grydzewski, zawsze w tle choć zawsze obecny, nigdy nie występował publicznie.

Skamandryci byli, jak to określił Michał Głowiński, typową grupą sytuacyjną, czyli taką, w której genezie i strukturze decydującą rolę odegrało dążenie do zdobycia popularności i dominacji na rynku wydawniczym, a nie realizowanie określonych celów estetycznych. Do tego wiodły publikacje w „Wiadomościach Literackich”, organizowanie wspólnych wieczorów literackich i publicznych manifestacji oraz nawiązywanie kontaktów ze światem artystycznym i politycznym. Szczególne związki łączyły skamandrytów z uczestnikami walk legionowych, zajmującymi później eksponowane stanowiska w administracji państwowej. W sporze między sanacją a endecją skamandryci opowiedzieli się jednogłośnie za sanacją. W czasie wypadków majowych byli całym sercem po stronie Piłsudskiego. Dopiero sprawa brzeska, uwięzienie i skazanie posłów opozycji rzuciły cień na te stosunki.

Szczególnie serdeczna przyjaźń łączyła Tuwima z byłym adiutantem Piłsudskiego, generałem Bolesławem Długoszowskim-Wieniawą. Ten birbant i hulaka, wielki przyjaciel skamandrytów i współtwórca życia literackiego Warszawy, w latach 1928-1930 piastował funkcję komendanta stołecznego miasta. To on ratował skórę Tuwima, gdy ten wywołał kolejny skandal, publikując „Wiersz do generałów” (1927 r.), w którym wołał:

Więc przestańcie udawać lwy,
Śmieszni ludzie, obwieszeni gwiazdami.
Pamiętajcie, że tutaj – My,
Zamyśleni przechodnie,
My jesteśmy tu generałami.

Utworem tym poeta wywołał wielkie poruszenie w sferach wojskowych i na łamach prasy. „Wielkie było z powodu tego wiersza – wspominał Mieczysław Lepecki – larum w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Nie brakowało gorliwych, którzy chcieli poetę nauczyć rozumu, ale podnieść rękę na Tuwima nie było łatwo nawet wówczas. Wszystko załagodził Wieniawa Długoszowski”. Jednak niezupełnie. Między innymi za sprawą artykułu Adolfa Nowaczyńskiego, Tuwim został spostrzeżony przez opinię publiczną jako ten, który obraża polskich wojskowych. W kraju, w którym wojsko było symbolem i gwarantem z trudem odzyskanej niepodległości, uznano ten utwór za bluźnierczy. Spowodowało to bojkot wieczorów literackich, w których poeta brał udział. Słonimski wspominał, że podczas wieczoru w Drohobyczu Tuwim został obrzucony zgniłymi jajami i jabłkami. Uciekł ze sceny przy akompaniamencie okrzyków: „Za polskich generałów! Precz! Do Rosji w zaplombowanych wagonach! Za Zbrucz!”.

Opublikowanie „Do prostego człowieka” bardzo mu zaszkodziło

Ponownie stał się Tuwim celem ataków w 1929 r. po opublikowaniu wiersza „Do prostego człowieka”. Pacyfizm wiersza, upatrywanie w każdej wojnie interesów klasowych, były nie do pogodzenia z kultem militarnej gotowości, panującym w kraju. Utwór został odczytany jako wysoce antypatriotyczny, a autor, który ponownie wywołał skandal, tym razem pozostał osamotniony. Nawet najbliższy przyjaciel Tuwima, Jan Lechoń, był całkowicie zaskoczony jego postawą. W liście do przyjaciółki, Anny Jackowskiej, Lechoń pisał: „Ten bezwzględny, zaborczy, najniezręczniejszy pod słońcem wiersz, był dla mnie niespodzianką, która pozwala mi dzisiaj po Tuwimie spodziewać się wszystkiego. Nie rozum tego źle. Jeżeli Tuwim będzie szczerze głosił, że żaden naród go nie obchodzi – nie będę go przez to uważał za człowieka niemoralnego i zachowam dla niego tę samą ludzką przyjaźń, która nas tak głęboko łączy. Ale była między nami pewna harmonia odczuć – jak się okazuje pozorna, która moim zdaniem wykluczała takie, jak ten wiersz niespodzianki”.

Opublikowanie wiersza „Do prostego człowieka” bardzo Tuwimowi zaszkodziło. „Pojawił się – pisze Ratajczak – zarzut zdrady narodowej, wiersz został określony jako «plugawy», a od władz domagano się wydalenia z kraju tego obcego poety i wycofania z rynku jego poezji”. Tuwim był zaskoczony i przerażony rezonansem swego utworu. W jego intencji i rozumieniu wiersz ten nie był ani antypatriotyczny, ani antypolski. Wyrażał ducha europejskiego pacyfizmu, mającego korzenie w tragedii I wojny światowej.

Coraz bardziej samotnie i obco

W latach trzydziestych w niektórych kołach i grupach szerzył się antysemityzm. Pomawianie o to całego społeczeństwa polskiego jest niesprawiedliwe, jednak Tuwim spotykał się coraz częściej z atakami w związku ze swym pochodzeniem. Na krytykę odpowiadał ostro, ale boleśnie raniła go postawa grupy sfaszyzowanej młodzieży. „Nic wam nie pomoże! – wołał do pikietujących oenerowców – dzieci wasze będą uczyły się o mnie w szkołach”. I miał rację – od drugiej połowy lat trzydziestych jego utwory znalazły się w polskich podręcznikach szkolnych i są w nich po dzień dzisiejszy.

W latach tych Tuwim zamykał się w sobie. Nasilające się ataki, konieczność leczenia psychicznie chorej matki w zakładzie zamkniętym w Otwocku (1935 r.) oraz ciężka operacja wrzodu żołądka, wyzwoliły nerwicę lękową zwaną agorafobią, polegającą na paraliżującym lęku przed wolną przestrzenią. W okresie tym poeta prawie nie opuszczał mieszkania. A jednak właśnie wtedy wydał poezję najwyższych lotów – tomiki: „Rzecz czarnoleska” (1929), „Biblia cygańska” (1932), „Treść gorejąca” (1936), zawierające utwory o pogłębionej tematyce i ściszonej tonacji. Wyraźnie zwiększył się dystans między bohaterem lirycznym a resztą świata. W latach trzydziestych pojawił się ponadto w twórczości poety nowy element – przerażenie światem, którego odzwierciedleniem jest napisany w 1936 r. poemat „Bal w operze”, jeden z najsilniejszych protestów przeciw współczesności.

Jednocześnie od 1935 roku następuje coraz wyraźniejsza dezintegracja grupy Skamander. Stabilizacja życiowa poetów, obowiązki wobec pracodawców i rodzin nie sprzyjały cygańskiemu trybowi życia i wpływały znacząco na rozluźnienie więzi towarzyskich. Skamandryci rezygnowali ze zbiorowych wieczorów literackich, coraz częściej wypowiadali się we własnym imieniu. Jako pierwszy zaczął odczuwać potrzebę wyodrębnienia się z grupy Jan Lechoń. Już w 1925 r. pisał: „Po entuzjazmie młodości jest najwyższy czas, aby każdy z nas stał się sobą (…) i na to trzeba wyjść z tej atmosfery, w której wszystko jest duchową komuną”.

W latach 30. Tuwim zamykał się w sobie

Sam Tuwim po 1936 r., nękany rozwijającą się chorobą, zamilkł jako poeta. Zaszyty w domu, tworzył ukochaną bibliotekę i oddawał się działalności translatorskiej. Z chwilą wybuchu II wojny światowej opuścił wraz z żoną Warszawę, a wkrótce i Polskę. Poprzez Rumunię dotarł do Paryża, gdzie spotkał grono starych przyjaciół: Lechonia, Grydzewskiego, Słonimskiego, Wierzyńskiego, Wittlina. Od razu aktywnie włączył się w proces formowania polskiej emigracji. Znów stał się członkiem grupy, którą tym razem łączyła przede wszystkim nostalgia za utraconą ojczyzną. Nastąpiło krótkie scalenie skamandrytów, skupionych wokół założonego przez Grydzewskiego w Paryżu pisma „Wiadomości Polskie Polityczne i Literackie”. Niestety, klęska Francji rozproszyła to środowisko. Grydzewski ze Słonimskim i Pawlikowską-Jasnorzewską ewakuowali się do Anglii, Lechoń, Tuwim, Wierzyński i Wittlin – przez Portugalię do Brazylii.

Początkowo stosunki między przyjaciółmi układały się bardzo dobrze. Tuwimowie wraz z Lechoniem prowadzili nawet wspólne gospodarstwo, które żartobliwie nazywali Trio de Janeiro. Obaj poeci zostali serdecznie przyjęci w Brazylii, pisano o ich przybyciu w prasie, ich wiersze tłumaczono na portugalski. Tuwima gnębiły jednak od początku wyrzuty sumienia. Odczuwał głębokie poczucie winy wobec tych, którzy zostali w kraju – matka poety została zamordowana w 1942 r. przez Niemców, w czasie likwidacji zakładu psychiatrycznego w Otwocku. Do siostry, przeżywającej naloty w Londynie, pisał pełen niepokoju i rozterek listy.

Niezastąpiony Grydzewski w dalszym ciągu spełniał rolę opiekuna i mecenasa. Pomagał materialnie, doradzał, a przede wszystkim wydawał w swych londyńskich „Wiadomościach” wiersze przyjaciół emigrantów. To Grydz, jak go nazywali najbliżsi, zainspirował powstanie „Kwiatów polskich”, zwracając się do Tuwima z prośbą o napisanie kilkunastu stron wspomnień do powstającej antologii „Kraj lat dziecinnych”. Było to, jak sam poeta określił, „piorunem szczęścia”, nagle odkrytym źródłem poezji. Po pięciu latach niemocy twórczej poeta donosił siostrze: „Piszę jak wariat całymi dniami, rzecz rośnie jak na drożdżach. Myślę, że będzie to najważniejsza rzecz, jaką napisałem w życiu”. Tak się rzeczywiście stało. Powstał wspaniały poemat, odzwierciedlający panoramę kilkudziesięciu lat. Czytelnik odnajduje tu wszystko to, co było bliskie poecie: piękno inowłodzkich letnisk, środowiska proletariackiej Łodzi, fabrykanckie enklawy, czasy dwudziestolecia i emigracyjną tułaczkę.

Po drugiej stronie

Emigracja od razu zachwyciła się poematem, umieszczając go obok „Pana Tadeusza” i „Beniowskiego”. Po dziewięciu miesiącach spędzonych w Rio de Janeiro Tuwimowie przenieśli się do Stanów Zjednoczonych. Początkowo poeta kontynuował pracę nad „Kwiatami”, ale jednocześnie prowadził coraz bardziej ożywioną działalność polityczną. Brał udział w licznych spotkaniach z Polonią amerykańską w Detroit i Chicago, współpracował z grupą komunistów, skupionych wokół Oskara Langego. Po podpisaniu w 1941 r. układu Sikorski-Majski jednoznacznie opowiedział się po stronie sowietystów. W komunistycznej prasie i podczas licznych akademii nawoływał do ścisłej współpracy i prawdziwej przyjaźni z ZSRR. Poezja stopniowo ustępowała miejsca działalności politycznej. W końcu Tuwim ostatecznie jako poeta zamilkł.

Pomimo dużej aktywności, w Stanach Zjednoczonych poeta czuł się bardzo źle. W liście do kuzynki Ewy Drozdowskiej pisał: „Gdybym musiał tu zostać, popełniłbym raczej samobójstwo, nie dlatego, że Ameryka taka straszna, ale dlatego, że straszna jest moja tęsknota za krajem”. Do tego dochodzi ostry konflikt z przyjaciółmi. Lechoń ostatecznie zerwał stosunki z Tuwimem w maju 1942 r., z powodu – jak powiadał – „jego ślepej miłości do bolszewików”. Sam, pozostając w obozie „antysowietystów”, publikował w „Wiadomościach Polskich” do 1944 r., aż do zlikwidowania ich przez władze brytyjskie za rzekomą działalność na szkodę wysiłku aliantów. Tuwim natomiast, pod pretekstem zabiegów cenzuralnych, dokonywanych na fragmentach „Kwiatów” przez Grydzewskiego, zerwał wszelkie stosunki z redaktorem i jego pismem już w 1942 r. Od tego momentu drukował swój poemat w „Nowej Polsce”. Grydzewski, który dotychczas z wielką intuicją publikował fragmenty „Kwiatów”, tak tłumaczył się poecie: „Podziwiam żywość twoich reakcji, masz czas dzisiaj i humor pamiętać o endekach, Ozonie, o tym, że Mackiewicz nie uważa cię za polskiego poetę. O tym, że w Polsce był antysemityzm (…). Na sanację dzisiaj wymyślać nie sztuka, trzeba to było robić 15 lat temu”.

Ostateczne rozbicie skamandrytów nastąpiło w roku 1942

Jak ciężko musiało być poecie, uznanemu przez dużą część emigracji za zdrajcę i bolszewika, niech świadczy fragment jego listu do Antoniego Słonimskiego z 1942 roku: „Wierz mi, że na gruncie amerykańskim jestem równie samotny jak ty w Londynie (jeżeli o dawne przyjaźnie chodzi) Leszek [Lechoń – przyp. aut.] jak chyba wiesz już o tym, w ogóle zerwał ze mną. Z Kaziem [Wierzyński – przyp. aut.] ledwo-ledwo utrzymuję naciągane stosunki, Józio [Wittlin – przyp. aut.] albo choruje, albo nadal uprawia franciszkański sposób bycia. Z resztą emigracji kontakty moje są żadne”.

To był prawdziwy koniec skamandrytów, których ostateczne rozbicie nastąpiło właśnie w 1942 r., na tle różnic ideowych. Tuwim atakowany był za swe poglądy przez emigracyjne organizacje i dyskryminowany towarzysko. Dopiero jednak w 1944 r. został pozbawiony zapomogi, wypłacanej mu przez cztery lata przez rząd londyński. Samotny i wyobcowany, czuł tym większą potrzebę powrotu do kraju oraz wielką chęć współtworzenia nowej ojczyzny. Wiązał z tym duże nadzieje, planował pisać dalszy ciąg „Kwiatów polskich”.

Po powrocie do Polski w 1946 r. od razu otrzymał eleganckie mieszkanie przy Wiejskiej, samochód z kierowcą oraz sekretarkę. W 1949 r. przyznano mu piękną, świeżo wyremontowaną willę w Aninie, którą sam nazywał żartobliwie Château d’Anin. Traktowany był niczym wysokiej rangi dygnitarz. Jednak pomimo takich deklaracji jak: „Zadaniem poetów, niechaj będzie przepalanie ludzkich serc ogniem ideału i nadziei, wiary, miłości dla nowego, lepszego świata, który wasze ręce z ruin podniosą”, jako poeta zamilkł definitywnie. Nie powrócił także do ukochanego kabaretu, szopek noworocznych. Zaszył się ponownie w swym gabinecie i tworzył nową bibliotekę, w miejsce tamtej, utraconej w czasie wojny oraz oddawał się działalności przekładowej. „Zapycham życie podrzędnymi pasjami – pisał w 1947 r. do Leopolda Staffa, swojego mistrza i nauczyciela – które grają we mnie tak samo silnie jak dawniej, zbieractwo, szperactwo, teatr”.

Szorstko i ironicznie, ale przecież prawdziwie brzmią słowa Gombrowicza, który w swoich „Dziennikach” tak scharakteryzował poetę: „Koniec Tuwima, te jego ostatnie lata w Polsce Ludowej, jakież to zasłużone. Ta słowiczość musiała się źle skończyć, musiała doprowadzić go tam, gdzie się jest już oficjalnie Poetą, dostawcą Piękna, funkcjonariuszem od szlachetności. (…) To nie był przypadek, że tralala zawiodły go do pałacowatej wilii w Aninie”.

Pomiędzy nim a zwykłymi ludźmi, kiedyś bohaterami jego utworów, wytworzyła się przepaść

Tuwim nie wrócił do gromady, nie był już „piewcą ulicy”. Pomiędzy nim a zwykłymi ludźmi, kiedyś bohaterami jego utworów, wytworzyła się przepaść. Przez młodych, wchodzących w życie literackie kraju twórców, został uznany za epigona i przeżytek. A jako emigrant nie uczestniczył w koszmarze wydarzeń wojennych i przez to nie miał moralnego prawa wypowiadania się w imieniu tych, którzy to piekło przeżyli.

Czarę goryczy dopełniało chłodne przyjęcie w kraju „Kwiatów polskich”. Tego braku zainteresowania nie mógł zrekompensować poecie ogromny entuzjazm emigracji, z jakim w dalszym ciągu przyjmowany był poemat. Nie interesowało go to, że Lechoń i Grydzewski pomimo różnic politycznych, do końca życia uważali go za największego współczesnego poetę.

„Tuwima – pisał Kazimierz Wierzyński – Pan Bóg stworzył jakby lewą ręką. Dał mu geniusz poetycki i zapomniał o reszcie. Ten czarujący i trochę zaczarowany człowiek znał się przede wszystkim na poezji i póki krążył po niej był w swoim żywiole (…). Książek czytywał mało, same słowniki i encyklopedie dziwactw ludzkich, o wielu rzeczach, o polityce plótł smalone duby”. Jan Lechoń zaś, dawny przyjaciel Tuwima, napisał: „Za sto lat będą darowane Tuwimowi adoracje Moskali, pozostaną zaś jego liczne utwory, które są arcydziełem języka i poezji”. I chyba miał rację.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź”, nr 12/2005 pod tytułem „Człowiek zaczarowany?”.