Rozmowa z Nim stanowi sedno jej poezji właśnie przez to, że nie używała nadaremnie Jego imienia. Umiała milczeć wobec Boga. Zwracała się do Niego wtedy, kiedy trzeba było: w trwodze i ukojeniu.

Homilia na pogrzebie Julii Hartwig wygłoszona 13 września 2017 r. w Warszawie

„Jak przejść od znaków codzienności do spraw ostatecznych”? Na pytanie poetki zawarte w jednym z ostatnich jej wierszy jest wiele odpowiedzi.

Długie i pracowite życie Julii Hartwig przepełnione było wdzięcznością. Otaczała nią wszelkie formy istnienia: rośliny, zwierzęta, krajobrazy, zwłaszcza nadmorskie i te z obłokami nad głową. Wdzięczna była za dzieła sztuki, za obrazy, za muzykę, za wspaniałych poetów francuskich i amerykańskich, których wiersze tłumaczyła. Francuzom dziękowała za gościnność.

Wdzięczna była za podróże. Nie wszystkie byłe wybrane. Kilkuletni pobyt w Ameryce był ucieczką od antysemickiej i antyinteligenckiej atmosfery w Polsce po 1968 roku. A jednak i za te lata była wdzięczna, przyniosły jej nowe doświadczenia, którymi dzieliła się w swym dzienniku, a wtajemniczenie w poezję amerykańską, nasyconą zmysłem obserwacji i współuczestnictwa, stało się jeszcze wyraźniejszym elementem jej własnego poetyckiego idiomu.

Julia Hartwig żyła wdzięcznością wobec spotkanych ludzi. Wdzięczna za miłość. Wdzięczna za przyjaciół. Wdzięczna za gesty solidarności.

Rozpoznałam twarz Rostropowicza i twarz jego żony
śpiewaczki Galiny Wiszniewskiej

w świetle świec
tamtego wieczora w Paryżu
kiedy manifestowali wśród tłumu
przeciw stanowi wojennemu w Polsce
(„To wróci”, s.47-48)

Z wdzięczności, połączonej ze świadomością dramatu i nieprzewidywalności losu, kształtowało się jej dzieło. Czuła się obdarowywana, poznała ocalenie, wiedziała, że kontury jasności i ciemności są zmienne.

Trwa w nas żal po jej odejściu. Żal kiedyś wygaśnie, ale nie powinniśmy nigdy zagubić wdzięczności za to, że ją znaliśmy. Wdzięczności za jej dzieło: wiersze, poematy prozą, błyski, przekłady, biografie, eseje, dzienniki, wspomnienia, listy. Winni jesteśmy jej wdzięczność za to, że używała kilku staroświeckich słów: służba, skarga, wina, sumienie, zatęsknić, podziwiać – i zakłopotana pytała, czy tak się jeszcze mówi. Z mistrzostwem wydobywała ich ciężar i blask, niezależnie od mody. Winni jesteśmy jej wdzięczność za stawianie pytań, na które nie ma odpowiedzi. Za nieufność do sloganów, wstręt do słów pogardy, ironię wobec patosu podszytego nikczemnością. Wdzięczność za opisanie butów chrześcijanina z Krakowa i wspomnienie chwili na amerykańskiej ulicy, w której pękł rzemyk jej sandałka. Wdzięczność za wszystko, co zostało zapisane, aby świadczyło o dziwności i kruchości naszych spraw.

Boże,
przestrzeni,
dokąd Ty mnie zabierzesz?
To sprawa tylko między Tobą a mną
a to jest wielkie i straszne
(„Bez pożegnania”, s. 56)

Zmarła poetka zwracała się do Boga, Stwórcy i Odkupiciela człowieka, Boga niepojętego i ukrytego. Rozmowa z Nim stanowi sedno jej poezji właśnie przez to, że nie używała nadaremnie Jego imienia. Umiała milczeć wobec Boga. Zwracała się do Niego wtedy, kiedy trzeba było: w trwodze i ukojeniu.

W wierszu, w którym sportretowała swego ojca, wyrzuca sobie, że za mało modli się za niego. Jakiej modlitwy oczekuje od nas? Szczerej, złożonej z wielu głosów, w której mieści się wszystko, co dla nas ważne i piękne. Pogrzeb nie jest obrzędem pożegnania. Liturgia głosi: „nasze życie zmienia się, ale się nie kończy”. Nieśmiertelność nie zaczyna się po śmierci, człowiek rodzi się do życia, stworzony na obraz i podobieństwo Boga ma nieśmiertelność w sobie. Lecz śmierć nie jest żartem, jakby jakąś zabawą w chowanego. Słowa modlitwy są błaganiem o obecność nieobecnej, o miłosierdzie dla niej i pokój.

Przybywam z miasta, w którym Julia się urodziła. Zapamiętała Lublin jako miasto, w którym modlili się ludzie różnych wyznań i języków. Brzmienie tych modlitw wpisała w swoje wiersze. Matka Rosjanka, wywodząca się ze starowierców, zabierała ją na prawosławne nabożeństwa.

W cerkwi gdzie bywała każdej Wielkanocy,
odnajdywała swój język.
Potężne jak organy, głębokie basy
w obłokach kadzidła
rozbrzmiewały w niekończących się błogosławieństwach i błaganiach.
Znak krzyża od prawego do lewego ramienia
radość odnalezionej wspólnoty po wyjściu ze świątyni,
w rzeźwym podmuchu wiosny pocałunki, uściski
i niesione z ust do ust Kristos Woskries!
(„Bez pożegnania”, s. 24).

Przywołuje również codzienny pacierz, odmawiany w rzymsko-katolickiej katedrze. W piątkowe wieczory słyszała modlitwy Żydów, które zamilkły wraz z Zagładą. Spotkanie Żydów świętujących Paschę w Nowym Jorku budzi najgłębsze struny bolesnej pamięci.

Moi piękni Żydzi! Patrzę na was poprzez szmat własnego życia
w którym zawarła się również wasza historia

Nie takich widziałam was
pędzonych ulicami Lublina i Warszawy
w najokrutniejszym czasie zagłady
Widzieć was tu
spacerujących bezpiecznie wśród kwiatów i zieleni
to dla świadka tamtych dni moment ukojenia
(„Nie ma odpowiedzi, s.40)

Przybywam, aby przywołać modlitwy, które słyszała Julia, oraz te, które sama wypowiadała, i zebrać je jako wciąż aktualne, trwające przed Bogiem, będącym Ojcem wszystkich ludzi i narodów, Panem czasu i wieczności. Pragnę włączyć wszystkie te modlitwy w naszą wspólną modlitwę za drogą i bliską nam Zmarłą.

Była chrześcijanką o duszy ekumenicznej, wrażliwą na człowieczeństwo i cierpienie bliźnich. Szukała swego miejsca w Kościele i cieszyła się, kiedy Kościół otwierał się na twórców. W Warszawie razem z mężem Arturem Międzyrzeckim uczestniczyli w duszpasterstwie środowisk twórczych już w pierwszych latach jego działalności, w Paryżu uczęszczali do pallotyńskiego ośrodka spotkania wiary i kultury przy rue Surcouf. Nie była prorokinią, jak jej przyjaciółka Anna. Julia otrzymała inny charyzmat. Służyła sztuce i religii darem uważności. Chyba by się ucieszyła zdaniem Malebranche’a, który uwagę uznawał za rdzeń modlitwy. L’attention c’est une priere naturelle. Podobne przekonanie wyrażała w błysku.

Patrzeć uważnie. Zapamiętywać.
Zacząć nieśmiertelność już tu, na ziemi.

(„Błyski, s. 79)

W codziennej krzątaninie myśli i sztuki szła drogą od znaków codzienności do spraw ostatecznych. Jej wiara była oczekiwaniem i tęsknotą. Niech naszą nadzieję ożywia ten przejmujący zapis błysku.

Tęskni się za tym spotkaniem:
Spotkać Chrystusa ogrodnika, który podlewa grzędy

i przycina gałęzie drzew sposobiących się do kwitnienia.
Przechodzimy obok, a On uchyla kapelusza i mówi:

Żyję.
(„Błyski, s. 13).