Bez zejścia w głąb – na poziom osoby – nie rozwiążemy w świecie niczego. Bądźmy jak św. Wojciech. On nie występował przeciwko innym, lecz wychodził im naprzeciw.

Czytając teksty społecznego nauczania Kościoła, widzę, że sprawą ukazywaną jako niezwykle niepokojąca we współczesnym świecie, są podziały – w różnych wymiarach. Papieże wskazują też na dwa podstawowe źródła tych narastających napięć, które mogą prowadzić nawet do konfliktów.

Pierwsze z nich to model rozwoju, w którym nie rozwija się każdy człowiek i cały człowiek. Tej formuły użył najpierw Paweł VI, a powtórzył ją Benedykt XVI. Obaj papieże podkreślają, że rozwój jest tylko wtedy poprawny, gdy może się rozwijać każdy człowiek i cały człowiek, we wszystkich swoich wymiarach.

Wadliwy rozwój produkuje właśnie napięcia, konflikty i podziały. Jeśli bowiem nie rozwijają się wszyscy, to ci, co mają więcej, zbroją się przeciwko tym, co mają mniej. A ci, co mają mniej, zbroją się, żeby zrobić np. rewolucję. Podobnie jest, gdy nie rozwija się cały człowiek – wówczas powstają konflikty wynikające z niepełnej wizji człowieka, np. z niedojrzale przeżywanej religii.

Pojednanie nie może być mniej głębokie niż sam podział

Kwestią jeszcze bardziej niepokojącą jest fakt, że na te głębokie podziały w świecie (a także w Kościele) nie znajdujemy odpowiednio głębokiej recepty. W adhortacji „Reconciliatio et paenitentia” pada takie ważne zdanie, że pojednanie nie może być mniej głębokie niż sam podział. Uważam to zdanie za jedno z  najbardziej genialnych stwierdzeń Jana Pawła II. Próbujemy bowiem często rozwiązywać napięcia na poziomie struktur, a rzeczywiste problemy są na poziomie osoby. Dopóki nie zejdziemy na ten poziom, nie rozwiążemy problemu, nie zlikwidujemy źródła konfliktu. Bez zejścia w głąb – na poziom osoby – nie rozwiążemy w świecie niczego.

Być może nawet jest to poważniejszy problem niż same podziały. Bo podziały istnieć mogą, natomiast ich jedynie powierzchowne rozwiązywanie to tak jak zamalowywanie popękanego muru, który w efekcie pęka coraz bardziej – bo trzeba go reperować zupełnie inaczej.

Zmieniać Europę, zmieniać siebie?

Chrześcijaństwo stworzyło Europę, jej tożsamość kulturową, również poprzez syntezę dziedzictwa, które istniało wcześniej – mówię to jako historyk, nie jako biskup. Ale czy chrześcijaństwo nadal jest nadzieją Europy?

Budowanie tożsamości Europy dokonało się oczywiście w średniowieczu. Nieraz słychać w kręgach katolickich pewną tęsknotę za christianitas, za tym średniowiecznym modelem Europy. Ja na to reaguję z pewnym dystansem, bo christianitas to była Europa, w której obywatelem mógł być tylko chrześcijanin, i to ortodoksyjny chrześcijanin. Granice były tam bardzo jasno wyznaczone. Do tak rozumianej Europy nie należeli ani Żydzi, ani muzułmanie, nawet jeżeli tu mieszkali i współtworzyli tę kulturę. Oni tu nie mieli pełni praw. Nie chodzi więc zatem o to, aby teraz zrobić kalkę struktur modelu średniowiecznego, bo to nie są rozwiązania do przyjęcia dzisiaj.

Kościół wcale nie służy najlepiej Ewangelii, gdy służy najpierw sobie

Myśląc o przyszłości chrześcijaństwa i Europy, sądzę, że najważniejsze – niezależnie od tego, co się dzieje w samej Europie – jest pytanie o chrześcijaństwo. Warto pytać nie tyle, co zmienić w Europie, ale przede wszystkim: co zmienić w Kościele, aby był on naprawdę ożywczą siłą w dzisiejszej Europie, zdolną do przemieniania oblicza naszego kontynentu? Najważniejsze jest to, czy my w Kościele potrafimy się tak odnawiać i nawracać, by mieć Europie coś do zaproponowania. Jakie warunki powinniśmy spełniać?

Po pierwsze, musimy się skoncentrować na osobie (Osobie!). Religia tylko wtedy ma twórczy wpływ, gdy jest skoncentrowana na osobie, personalistyczna. Jeśli nie przeżywamy swej religii przede wszystkim w odniesieniu do Boga, który jest Osobą; jeśli jest ona urzeczowiona, odpersonalizowana, zredukowana do struktur czy wartości, choćby najświętszych (Benedykt XVI nazywa to zbiurokratyzowanym chrześcijaństwem) – to bardzo łatwo użyć jej jako sztandaru w każdej wojnie, bo jest ona łatwo podatna na ideologizację i pada ofiarą fanatyzmu. W tym właśnie sensie Kościół ciągle mówi o potrzebie nowej ewangelizacji.

Otwartość, czyli posłanie

Po drugie, możemy stać się nadzieją dla Europy, jeśli będziemy Kościołem otwartym, czyli posłanym. Otwartość to właśnie świadomość bycia posłanym do świata. Nie możemy zakładać, że jesteśmy wspólnotą będącą celem sama dla siebie. Kościół wcale nie służy najlepiej Ewangelii, gdy służy najpierw sobie, lecz wtedy, gdy jest otwarty na świat, do którego jest posłany.

W tym posłaniu bardzo ważny jest element świadectwa. Paweł VI w adhortacji „Evangelii nuntiandi” mówił o trzech warunkach, które muszą być spełnione, jeśli dla kogokolwiek mamy być przekonujący: ubóstwo, umiarkowanie (wstrzemięźliwość) i wolność. W tym ostatnim przypadku chodzi o wolność od wszystkich struktur doczesnych, zwłaszcza od władzy, państwowej czy samorządowej. Ta wolność wynikać ma z tego, że Kościół zna swoje własne środki i metody działania przekazane przez Chrystusa i na nich się skupia.

Możemy stać się nadzieją dla Europy, jeśli będziemy Kościołem otwartym

Jeśli mamy być Kościołem otwartym, czyli posłanym, to nasze reakcje na świat współczesny nie mogą ograniczać się do lęku i oszołomienia. Nie możemy się tylko bać tego, co się dzieje w świecie. Dzisiejsze przemiany świata są szybkie, my ich często nie rozumiemy, więc reagujemy oszołomieniem i strachem: zamykamy się we własnym kręgu i boimy się, żeby nas świat nie połknął. Dość często też w Polsce w ten właśnie sposób reagujemy na wszystko, co się stało od roku 1989, a przecież stało się także bardzo wiele dobra.

Nie przeciwko, ale naprzeciw

Jesteśmy w Gnieźnie, przypomina mi się zatem historia o tym, jak św. Wojciech natknął się na opór ze strony Prusów. Poczuł się nieakceptowany, obcy kulturowo, po prostu nie stąd – on miał tonsurę i był ogolony, a oni mieli brody i długie włosy… Stwierdził zatem, że trzeba tu zamieszkać, zapuścić włosy, zacząć pracować wspólnie z tymi ludźmi, a wtedy przyjdzie okazja, by głosić Chrystusa.

To postawa człowieka, który ani nie chce, aby się go bano; ani sam nie poddaje się lękowi. On wcale nie rezygnuje z tego, co dla niego najważniejsze: głoszenie Dobrej Nowiny. Ma jednak, jako średniowieczny misjonarz, poczucie duchowego pokrewieństwa z ludźmi, do których przyszedł. Zakłada, że anima naturaliter christiana, że dusza ludzka jest w głębi chrześcijańska. Jest więc przekonany, że wiele wartości, które on chce głosić, jest obecnych głęboko w ludziach, do których został posłany. Nie występuje więc przeciwko nim, lecz wychodzi im niejako naprzeciw. Rozumie, że nie trzeba się z tymi ludźmi kłócić ani spierać, lecz trzeba im pomóc odkryć te wartości, które mają w sobie.

Takiej postawy nam dzisiaj potrzeba w Kościele. Jeśli tacy będziemy jako chrześcijanie, to Europa zrozumie i odczyta z nas, co trzeba.

Wystąpienie podczas IX Zjazdu Gnieźnieńskiego „Europa obywatelska. Rola i miejsce chrześcijan”, 16-18 marca 2012 r. Tekst publikowany w miesięczniku „Więź” nr 5-6/2012