Do niedawna Angela Merkel i spora część niemieckich elit uważały, że niemiecka krytyka sytuacji w Polsce będzie działać destabilizująco na Unię. Teraz, przed wyborami, górę bierze odwrotne przekonanie.

Niemcy chcą przede wszystkim utrzymania status quo – tak brzmi powszechna interpretacja przedwyborczych nastrojów nad Renem i Szprewą, które jednoznacznie zapowiadają ponowny (czwarty już) wybór Angeli Merkel na stanowisko kanclerza.

Według najnowszego sondażu Fundacji Bertelsmanna 59 proc. Niemców zadowolonych jest z kierunku, w jakim zmierza ich kraj, a 63 proc. wyraża satysfakcję ze stanu niemieckiej demokracji. To poziom zdecydowanie powyżej średniej europejskiej (odpowiednio: 36 proc. i 50 proc.), dobrze uzasadniający niechęć do zmian.

Choć przewidywany sukces Merkel może w dużej mierze zaspokoić te oczekiwania, to przynajmniej w jednym obszarze są one płonne: polityka zagraniczna Niemiec już na przestrzeni ostatniej kadencji pani kanclerz znalazła się w fazie zasadniczych przewartościowań i nic nie wskazuje na to, by następne cztery lata pozwoliły Niemcom pielęgnować po prostu status quo.

Rola Niemiec w polityce międzynarodowej zmienia się szybciej niż kiedykolwiek po 1989 r.

W istocie kryzysy euro i migracyjny, zmiana polityczna w Stanach Zjednoczonych czy agresja Rosji przeciwko Ukrainie na dobre wyrwały Berlin ze strefy komfortu, wypuszczając niemiecką dyplomację na nieznane jej dotąd wody. Choć tytułowanie Niemiec i Merkel ostatnimi obrońcami Zachodu jest grubą przesadą, to faktem jest, że rola największego państwa Unii Europejskiej w polityce międzynarodowej zmienia się szybciej niż kiedykolwiek po 1989 roku. Co więcej, sprawy międzynarodowe zajmują i dzielą społeczeństwo. Jak pokazuje niedawne badanie instytutu Allensbach, tylko o pogodzie Niemcy dyskutują dzisiaj w rozmowach prywatnych częściej niż o Donaldzie Trumpie (65 proc), uchodźcach (61 proc.) i Turcji (54 proc.).

Kampania wyborcza nie jest zazwyczaj najlepszym momentem do tego, by roztaczać wizje polityki zagranicznej – skłania raczej do instrumentalizacji problemów międzynarodowych na potrzeby walki o głosy, w której względy dyplomacji schodzą na plan dalszy. Ale właśnie z uwagi na rosnące dylematy Niemiec i oczekiwania pod ich adresem w świecie, sposób, w jaki sprawy międzynarodowe pojawiają się w okołowyborczej dyskusji, ma znaczenie także poza horyzontem czasowym elekcji zaplanowanej na 24 września.

W nadchodzących miesiącach Niemcy będą musiały przynajmniej w czterech kluczowych obszarach wyznaczyć kurs swojej polityki, przy czym nawigowanie między wymogami europejskiego przywództwa, własnymi interesami, nastrojami społecznymi i odpowiedzialnością międzynarodową postawi Berlin przed nie lada wyzwaniem.

Testy: Polska i Turcja

Po pierwsze, Niemcy muszą zmierzyć się z pytaniem, jak w czasach rosnącego populizmu i autorytaryzmu prowadzić politykę wobec tych krajów, które depczą zachodnie wartości i zasady obowiązujące w Unii. Problemy Turcji i Polski, jakkolwiek odmienne są to przypadki, są testem dokonującej się reorientacji tej postawy. 

Turcja jest dla Niemiec nie tylko wyzwaniem międzynarodowym, lecz także częścią polityki wewnętrznej – ze względu na około trzymilionową grupę obywateli tureckiego pochodzenia, często posiadających podwójne obywatelstwo. Uwięzienie niemiecko-tureckiego dziennikarza Denisa Yücela pod zarzutem terroryzmu, spory o występy tureckich polityków w Niemczech przed referendum konstytucyjnym oraz interwencje prezydenta Erdogana w niemiecką kampanię wyborczą doprowadziły relacje z Ankarą do najpoważniejszego od lat kryzysu.

Polska jest dla Niemiec kluczowa jako niezbędny element układanki ich polityki europejskiej: czy w imię interesu całej Unii i utrzymania jej stabilności warto eskalować napięcia wynikające z kursu polityki wewnętrznej Warszawy?

Przywiązanie do liberalnych wartości jest dziś ważniejszą kotwicą niemieckiej tożsamości niż pamięć o zbrodniach

Oprócz tych rozważań o charakterze strategicznym (w przypadku Turcji centralne znaczenie ma współpraca z nią w kwestii uchodźców) na postawę Berlina silnie wpływa kultura polityczna. Z jednej strony jest to dążenie do dialogu za wszelką cenę oraz unikanie konfliktu – tradycyjnie Berlin lubi się w roli moderatora i pośrednika, nie jest skłonny do stawiania wszystkiego na jedną kartę, ponoszenia ryzyka konfrontacji oraz jej kosztów. To skłania do wstrzemięźliwości wobec Warszawy czy Ankary. Z drugiej strony, przywiązanie do zachodnich, liberalnych wartości jest dziś bodaj najważniejszą kotwicą niemieckiej tożsamości, silniejszą niż pamięć o niemieckich zbrodniach. Po sukcesach populistów w Unii i USA znaczenie tego poczucia jeszcze się zwiększyło – także w mediach i opinii publicznej.

Czas kampanii wyborczej posłużył zaostrzeniu języka i korekcie polityki wobec obu problematycznych z punktu widzenia Berlina krajów. Podczas gdy do niedawna Angela Merkel i spora część niemieckich elit uważały, że niemiecka krytyka sytuacji w Polsce będzie działać destabilizująco na Unię, dzisiaj górę bierze odwrotne przekonanie: że dalsze ignorowanie naruszeń standardów demokracji w naszym kraju wyrządzi Unii większą szkodę niż złamanie dotychczasowej wstrzemięźliwości w ich komentowaniu. Z tego wynikają słowa Angeli Merkel, że „trzymanie języka za zębami” nie jest już właściwą postawą. Merkel reaguje w ten sposób na rosnące zniecierpliwienie sytuacją w Polsce także w innych partiach oraz niemieckich mediach. Nie chce zostawiać pola konkurentom, którzy – zwłaszcza kandydat SPD Martin Schulz – nie stronią od ostrych słów.

To samo dotyczy Turcji. Deklaracje zgłoszone przez Schulza i Merkel podczas ostatniej debaty telewizyjnej mogą zwiastować najbardziej drastyczny zwrot w niemieckiej polityce: oboje wypowiedzieli się za zerwaniem negocjacji akcesyjnych z Turcją jako reakcją na sytuację wewnętrzną w tym kraju. To popularne stanowisko w niemieckim społeczeństwie, ale jeszcze do niedawna żadna z partii nie uważała takiego kroku za stosowny. Nie bez powodu: Turcja jest krajem głęboko podzielonym w kwestii stosunku do Unii i zerwanie negocjacji (które przecież i tak stoją miejscu) byłoby krokiem symbolicznym, odczytanym jako odrzucenie aspiracji także proeuropejskiej części społeczeństwa. Co istotne, poza Austrią żaden inny kraj UE nie opowiada się za tak drastycznym krokiem. Od tego, czy następny niemiecki rząd będzie chciał konsekwentnie realizować tę zapowiedź wyborczą, zależy w dużej mierze przyszłość polityki zagranicznej UE w niezwykle ważnym obszarze.

Groźba regresu

Po drugie, kwestia stosunku do Stanów Zjednoczonych, związana ściśle z problematyką bezpieczeństwa, ma dzisiaj znaczenie większe niż kiedykolwiek wcześniej. Wybór Trumpa nie tylko postawił pod znakiem zapytania pewniki współpracy transatlantyckiej (bardziej niż spory wokół wojny w Iraku), lecz zwłaszcza w Niemczech otworzył ryzyko nowej fali antyamerykanizmu (nie tylko na potrzeby wyborcze). Poza tym, jak zwrócił uwagę niemiecki analityk Ulrich Speck, „Niemcy są predysponowani do nowej zimnej wojny, bo wtedy mogą odwołać się do głęboko zakorzenionych instynktów i refleksów: apelować do USA, by nie eskalowały i promowały rozbrojenie; intensyfikować dialog z Rosją; kierować się poczuciem, że są mądrzejsi i bardziej roztropni niż inne, irracjonalnie działające mocarstwa”.

Instrumentalizacja antyamerykańskich refleksów, poczucie moralnej wyższości oraz powrót do roli pośrednika między Stanami Zjednoczonymi a Rosją to atrakcyjne pokusy, ale grożące regresem w polityce zagranicznej Niemiec, które w ostatnich latach szukały nowej definicji swojej międzynarodowej odpowiedzialności.

Główne partie nie uległy pokusie taniego antyamerykanizmu

Doświadczenia z tej kampanii są lepsze niż można było się obawiać, ale sygnalizują też problemy, które będą powracać w nadchodzących miesiącach. Ważne jest to, że główne partie (zwłaszcza najbardziej „narażona” SPD) nie uległy pokusie taniego antyamerykanizmu jako ważnego paliwa ich kampanii wyborczej. Owszem, krytyka USA – zwłaszcza postawy Trumpa wobec Korei Północnej (grożenie wojną) oraz rezolucji Kongresu umożliwiających ukaranie firm europejskich zaangażowanych we współpracę z Gazpromem – jest głośna. Ale Martin Schulz nie przekroczył „czerwonej linii”, jaką byłoby uczynienie tych kwestii jednym z głównych tematów kampanii przeciwko Angeli Merkel. Być może także dlatego, że i w tej sprawie Merkel – kilkakrotnie wyraźnie dystansująca się od Trumpa – nie zostawiła swojemu konkurentowi przestrzeni do tego, by prezentował się jako jedyna wiarygodna przeciwwaga dla populisty zza oceanu.

Ale Schulz zdecydował się zagrać na emocjach Niemców w dwóch innych sprawach, mających także silnie (anty)amerykański kontekst. Zapowiedział, że jako kanclerz doprowadzi do usunięcia wszystkich taktycznych (amerykańskich) pocisków nuklearnych z Niemiec oraz wystąpił przeciwko niepopularnemu celowi zwiększenia wydatków na zbrojenia do 2 proc. PKB, który nie tylko jest zobowiązaniem w NATO (popieranym przez Merkel), lecz także kluczowym żądaniem Trumpa pod adresem Europejczyków.

Ten pierwszy postulat to niemal „tradycyjny” populistyczny chwyt w niemieckich kampaniach – sięgali po niego i Joschka Fischer, i Guido Westerwelle. Bez żadnych skutków, kiedy zostali już szefami MSZ. Ale tym razem – w obliczu zbrojeń (także nuklearnych) Rosji i jej agresywnej postawy – jest on szczególnym świadectwem desperacji i braku odpowiedzialności. Spór o wydatki na zbrojenia jest nie bez znaczenia: jeśli SPD utrzyma swój kurs w opozycji (w której może znaleźć się po 24 września), debata o polityce bezpieczeństwa i koniecznych dostosowaniach Berlina do nowej sytuacji będzie silniej polaryzować scenę polityczną niż dotychczas.

Sankcje i współpraca z Rosją

Po trzecie, rywalizacja wyborcza nie ominęła także problemu Rosji i to w sposób stawiający pod znakiem zapytania fundamentalne dotąd zasady niemieckiej polityki.

W głównej roli wystąpili znowu socjaldemokraci, lecz w sukurs przyszli im także liberałowie z szykującej się do powrotu do Bundestagu (i być może rządu federalnego) FDP. Współpraca partii będących niegdyś architektami legendarnej Ostpolitik Willy’ego Brandta jest niemal wykluczona po wyborach, ale głosy płynące z tych środowisk są ważnym wskaźnikiem nastrojów w elitach politycznych.

Sigmar Gabriel posunął się daleko, zwłaszcza jak na urzędującego szefa dyplomacji: jego zdaniem sankcje nałożone na Rosję w związku z jej agresją przeciwko Ukrainie powinny zostać zniesione, jeśli tylko Rosja wycofa swoje ciężkie wojska z Donbasu i zawarty zostanie trwały rozejm. Stanowiłoby to zerwanie z dotychczas obowiązująca linią, która jest podstawą całej obecnej polityki Zachodu wobec Rosji: tylko realizacja wszystkich postanowień tzw. porozumienia mińskiego (łącznie z odzyskaniem przez Ukrainę kontroli na granicy z Rosją oraz przeprowadzeniem wolnych wyborów na obszarach dzisiaj okupowanych) może uzasadnić zakończenie sankcji. Słowa Gabriela nie są formalnie stanowiskiem partii, zaś Martin Schulz milczy w tej sprawie. To zresztą nie pierwszy raz, gdy obu przywódcom niełatwo znaleźć wspólny język w sprawach polityki zagranicznej: godzenie wymogów kampanii z racją stanu skutkuje w SPD bolesnym szpagatem.

Ale najgłośniejszym echem odbiła się deklaracja szefa FDP Christiana Lindnera, który oświadczył, że kwestia Krymu nie powinna stać na przeszkodzie odbudowie dialogu i współpracy z Rosją, nawet jeśli formalne uznanie aneksji przez Zachód nie wchodzi w grę. Kilka dni temu Lindner zapowiedział, że nie zamierza zostać szefem dyplomacji, jeśli jego partia miałaby wejść do nowego rządu Angeli Merkel. Niemniej jego słowa pokazują, że skład nowej koalicji może mieć pewne znaczenie z punktu widzenia przyszłej polityki Berlina wobec Rosji. Zieloni, którzy są głównymi kontrkandydatami liberałów do sojuszu powyborczego z CDU (i objęcia MSZ), dużo silnej stoją na gruncie obecnej, bardziej pryncypialnej polityki niż SPD czy FDP.

Scenariusze dla Unii nieważne

Po czwarte, decyzja o wyborze koalicjanta między Zielonymi a liberałami – jeśli przed takim stanie Merkel po zapewne zwycięskich dla niej wyborach – będzie istotna z punktu widzenia kluczowego europejskiego pytania o kierunek niemieckich inicjatyw na rzecz reformy Unii. Zwłaszcza w kwestii strefy euro pozycje obu partii zasadniczo się różnią: liberałowie wspierać i wzmacniać będą kurs skoncentrowany na dyscyplinie budżetowej i zakazie transferów, podczas gdy Zieloni chętniej wyszliby naprzeciw oczekiwaniom większości krajów UE i skorygowali dotychczasową politykę w imię większych niemieckich inwestycji i silniejszych mechanizmów solidarnościowych.

To dlatego walka o trzecie miejsce – a tym samym zapewne o udział w nowym rządzie Merkel – jest dziś ciekawsza i ważniejsza dla Europy niż spór między największymi partiami, czyli CDU a SPD. Ale choć nad przyszłością niemieckiej polityki europejskiej głowi się cały kontynent, w kampanii scenariusze dla UE nie odgrywają żadnej niemal roli.

Niemiecka polityka zagraniczna w nowej odsłonie po 24 września nie zaskoczy gwałtownymi zwrotami. Ale ta kampania wyborcza po raz kolejny pokazuje siłę tradycyjnych refleksów i postaw (odprężenie, Ostpolitik, rozbrojenie), których użyteczność w dzisiejszych realiach politycznych jest coraz bardziej ograniczona.

Niemcy w ostatnich latach przeszły ważną drogę w kierunku akceptacji swojej większej odpowiedzialności w polityce międzynarodowej – także za cenę wzmocnienia sił, które całkowicie kwestionują narodowy konsensus w tej dziedzinie (Alternatywa dla Niemiec, Partia Lewicy). Ale ten proces jest dalece nie zakończony. W czwartej, zapewne ostatniej, kadencji Merkel kwestia roli Niemiec w Europie i świecie znajdzie się – czy tego Niemcy chcą, czy nie – na pierwszym planie.