Po latach okazało się, że całe Rytro wiedziało o żydowskim pochodzeniu mojej matki i moim. Ci ludzie świadomie nas uratowali swoim milczeniem.

Dziwią mnie deklaracje polityków lub „uczone” wypowiedzi ekspertów zaprzeczające udowodnionym faktom zbrodni dokonywanych, niestety, przez „aryjskich” Polaków na „semickich” obywatelach polskich. Te zaprzeczenia tworzą chorą atmosferę, której odwrotnym skutkiem jest podważanie niekiedy bardzo chwalebnej karty zniewolonych i jakże bohaterskich Polaków walczących w Szarych Szeregach, w podziemiu, w partyzantce i w mundurach różnych armii na frontach świata oraz nagrodzonych medalami przez Instytut Yad VaShem jako Sprawiedliwi wśród Narodów Świata.

Za najbardziej niezawodny oręż uważam gołą prawdę, trudno mi więc zrozumieć potrzebę tuszowania ciemnej stronę rzeczywistości. Prawdą było palenie Żydów w Jedwabnem, prawdą był pogrom kielecki, prawdą była niechęć i obojętność wielu Polaków, lecz prawdą, którą należy nagłaśniać, jest także zbiorowa mogiła dziesiątków Polaków zamordowanych przez Gestapo za pomoc Żydom i pochowanych we wspólnym grobie na żydowskim cmentarzu w Nowym Sączu. Zdjęcie tej mogiły włączyłem do polskiego wydania moich wspomnień okupacyjnych „Podróż do źródeł pamięci” wydanych w 2004 r. przez Wydawnictwo „Więź”.

Zbiegiem okoliczności – długie lata później – odkryłem, że mieszkańcy Rytra, małej i pięknej podkarpackiej wioski, wiedząc o żydowskim pochodzeniu mojej matki i moim, znając prawdę o nas, uratowali nas swym jakże znamiennym milczeniem.

Oto kolejny odcinek moich wspomnień – napisany już współcześnie.

*

Matka moja miała odwagę szaleńca i samobójcy. Jakże inaczej nazwać to, że postanowiła ratować siebie i mnie (jako jedynaka) w paszczy lwa?

Najbardziej niezawodny oręż to goła prawda, po cóż więc tuszować ciemne strony?

Znając doskonale język niemiecki o wiedeńskim akcencie, przyjęła pracę jako sekretarka w siedzibie Gestapo w Stryju, dokąd uciekliśmy ze Lwowa natychmiast po uwięzieniu i rozstrzelaniu mego ojca w Krakowie. Uciekliśmy na „aryjskich” papierach, z nieskazitelnymi polskimi imionami – matka: Teresa Felicja, ojciec: Ignacy Wincenty, a ja: Jerzy. Musieliśmy jedynie spolonizować nasze nazwiska, czego dokonał odpowiedni fachowiec.

Z perspektywy czasu Stryj okazał się istnym piekłem. Tam widziałem jako 10-letni chłopiec, jak Niemcy i ich ukraińscy współpracownicy w mundurach SS rozbijają głowy żydowskich niemowląt o mury.

Tam, przy wspólnym biurku z bardzo pewną siebie młodą kobietą, pracowała moja matka. Życie w tej krwawej enklawie zapowiadało się jako dość pewna kryjówka. Jako syn pracownicy Gestapo miałem na przykład wolny dostęp do kantyny, gdzie po raz pierwszy w życiu zjadłem banana.

Niestety, po paru tygodniach tej „makabrycznej sielanki” staliśmy się niemymi świadkami orgii w budynku koszarów Gestapo, gdzie otrzymaliśmy kwaterę. Nocami odbywały się tam pijackie harce Niemców z żydowskimi ofiarami.

Dramat zbliżył się niestety do samego sztabu Gestapo. Pewnego dnia wspomniana pełna pewności młoda kobieta (którą uważano za kochankę szefa) została wywołana na wewnętrzny dziedziniec. Matka usłyszała strzał. Młoda pani została zamordowana. Gestapo odkryło, że była Żydówką.

Matka przeżyła wstrząs. Zrozumiała, że nas czeka niebawem ten sam los – bez żadnych ostrzeżeń. Co robić?

W trakcie pobytu w Stryju moja matka poznała panią Mordarską. Znajomość umocniła się, gdy obie panie systematycznie spotykały się wieczorami na herbatce. Pani Mordarska zdradziła, że jej ukraiński przyjaciel jest agentem na służbie Gestapo. Co gorzej, ujawniła też swe bardzo stanowcze antysemickie przekonania.

Pewnego wieczoru, wykorzystując miłą atmosferę, moja matka postanowiła rzucić „bombę”. Skierowała palec na mnie i jakby z głupia frant powiedziała:

– Zdradzę ci tajemnicę. Mój mąż, którego Niemcy zamordowali, a który był bohaterem, piłsudczykiem i zawodowym oficerem Wojska Polskiego w randze kapitana, był Żydem. Czyli mój syn jest skazany na śmierć.

Słysząc te słowa, pani Mordarska, nie pamiętając o swych antysemickich wypowiedziach, zadeklarowała:

– Zrobię wszystko, żeby was uratować!

I rzuciła się z płaczem w ramiona mojej matki. Kwestia pochodzenia mojej matki została zapomniana, a może samo przez się było to zrozumiałe.

Matka zrozumiała, że dzięki kontaktom ukraińskiego przyjaciela pani Mordarskiej otworzyła się dla nas furtka na ostrzeżenie przed egzekucją. Lecz dokąd uciec?!

Pani Mordarska kazała nam natychmiast uciekać – i znikła w ciemności

Tu ponownie wszedł na arenę nasz „anioł stróż”, którego matka poznała przypadkowo po przyjeździe do Stryja. Matka nie pytała go o nazwisko. Umownie nazywała go „panem Kwiatkowskim”. Może należał do organizacji podziemnej? Ów „anioł stróż” ostatecznie znalazł dla nas tymczasową oazę, na wypadek ewentualnej koniecznej ucieczki. Przyszłym naszym schronieniem miała być wielka posiadłość rolna na wschód od Stryja. Posiadłość była zajęta przez Niemca z rodziną.

Pewnego razu pani Mordarska zjawiła się podniecona w naszej kwaterze w budynku zamieszkałym przez żołnierzy Gestapo. Jej ukraiński przyjaciel przekazał jej informację, że moja matka jest podejrzana o „semickie pochodzenie”. Musieliśmy więc błyskawicznie opuścić Stryj, pozorując, że nadal tam zamieszkujemy. Wyjechaliśmy bez rzeczy, w jednym ubraniu.

Niemiec na wsi przyjął matkę, przydzielił nam mieszkanie. Wszystko wyglądało sielankowo. Serce mojej matki i moje biły jednak jak młotem. Wiedzieliśmy, że czas naszego życia jest wyliczony – z nieokreśloną datą zbliżającego się końca.

Mijały tygodnie. Napięcie malało. Wiejska atmosfera fałszowała rzeczywistość. Syn Niemca i ja uczyliśmy się jeździć konno. Kolegowaliśmy się. Zaczęliśmy żyć w błogiej fantazji, że nie należymy jakoby do świata zgrozy.

Nagle, o północy, ktoś zapukał do okna naszego mieszkania. Rozpoznałem sylwetkę pani Mordarskiej. Kazała nam natychmiast uciekać. Wręczyła matce adres nowego schronienia i znikła w ciemności.

Matka wynajęła furmankę. Dojechaliśmy do stacji kolejowej, by – po perypetiach i strachu dekonspiracji w tej długiej podróży kolejowej – dojechać do wioski Rytro na Podkarpaciu.

Tam pewien młody chłopak, chyba trochę starszy ode mnie, przedstawił się i poszedł z nami do małego pensjonatu „dziadka Mączyńskiego”. Rozpoczął się nowy, zawsze podszyty strachem, etap nowej okupacyjnej odysei.

*

Minęły lata. W roku 1989, dwieście lat po zburzeniu Bastylii, dzięki sukcesom „Solidarności” runęła żelazna kurtyna. W wyniku tych głębokich demokratycznych przemian coraz częściej przyjeżdżałem do swej „starej ojczyzny”. Dzięki wykładom, na które zapraszały mnie polskie uniwersytety, moje przyjazdy nie pozostawały anonimowe.

Rozpoczął się wiek XXI. Otrzymałem telefon od dyrektora warszawskiej firmy. Proponował spotkanie w trakcie mojego najbliższego przyjazdu do Polski. Przyjąłem propozycję i stawiłem się w kancelarii dyrektora w trakcie najbliższego przyjazdu do Polski.

Po paru słowach kurtuazji dyrektor przedstawił mi temat zaproszenia:

– Firma nasza posiada hotel w małej wiosce podkarpackiej. Nazwa wioski chyba nic panu nie będzie mówić: Rytro.

Byłem zaszokowany. Odpowiedziałem lakonicznie:

– Znam tę wioskę.

Samochód z szoferem stał już na ulicy. Pojechaliśmy. Po spędzeniu jednej nocy w hotelu wróciliśmy do Warszawy. Tam sekretarka dyrektora zwróciła się do mnie:

Otrzymałam telefon. Nieznany mi głos męski zapytał: „Czy ten adwokat, który przyjechał z dyrektorem, nie jest tym żydowskim dzieckiem, które odebrałem na stacji kolejowej w trakcie okupacji?”.

Niestety, ów mężczyzna nie przedstawił się, ani nie pozostawił numeru telefonu.

Byłem wstrząśnięty. Przecież ten anonimowy telefon – w kilkadziesiąt lat po wojnie! – świadczy, że całe Rytro wiedziało o żydowskim pochodzeniu mojej matki i moim. Ci ludzie świadomie nas uratowali swoim milczeniem.

*

Żałuję, że dopiero kilka lat później znów pojechałem do Rytra. Ponownie zamieszkałem w miejscowym hotelu. Pytałem wszędzie o rodzinę Mordarskich i o tajemniczego rozmówcę. Bez skutku.

Stosunek mieszkańców Rytra do mojej matki i do mnie w strasznej erze Zagłady zobowiązuje mnie jednak do tego, by im tu – choćby anonimowo – podziękować.