Najlepsze filmy tegorocznego festiwalu połączyła chęć zaszczepienia widowni mądrego optymizmu, przekonania nas, że, choć świat, który znamy, jest w kryzysie, nie wszystko jeszcze stracone.

Kojarząca się zwykle z prowincjonalnym urokiem wyspa Lido, na której odbywa się impreza, na dziesięć dni przestała być przestrzenią eskapistycznej beztroski. W prezentowanych na festiwalu dziełach szerokim echem odbijały się najważniejsze problemy współczesności: kryzys migracyjny, populizm i rosnące przyzwolenie na przemoc.

Wśród zaproszonych do Wenecji twórców znaleźli się cynicy wykorzystujący tematy z pierwszych stron gazet do pouczania odbiorców i poddawania ich szantażowi emocjonalnemu. Na szczęście przeważająca większość postawiła sobie cel znacznie ambitniejszy. Najlepsze filmy tegorocznego festiwalu połączyła chęć zaszczepienia widowni mądrego optymizmu, przekonania nas, że, choć świat, który znamy, jest w kryzysie, nie wszystko jeszcze stracone.

W stronę światła

Podobny przekaz płynie choćby z nagrodzonego Złotym Lwem „The Shape of Water” Guillermo del Toro – niecodziennej love story w klimacie Jeana – Pierre’a Jeuneta i Andrzeja Żuławskiego. Choć film pracującego w Hollywood Meksykanina zebrał przyzwoite recenzje, przyznanie mu najważniejszego wyróżnienia należy uznać za spore zaskoczenie.

Spośród filmów amerykańskich znacznie wyżej oceniano, nagrodzone ostatecznie za najlepszy scenariusz, „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”. Opowieść o matce zdeterminowanej, by odnaleźć zabójcę swojej córki stanowi najlepszy z dotychczasowych filmów cenionego dramaturga i reżysera Martina McDonagha. W „Three Billboards…” brytyjski artysta spełnia marzenia wielu kinomanów i łączy charakterystyczne dla braci Coen wyczucie groteski z błyskotliwym humorem à la Quentin Tarantino. Jednocześnie jednak McDonagh zdecydowanie wznosi się ponad poziom czystej stylistycznej zabawy i napełnia swój film niezaprzeczalną głębią. Jej źródło stanowi przede wszystkim ambiwalencja przedstawionego świata, który z każdą chwilą odsłania coraz większe skomplikowanie. W efekcie „Three Billboards…” okazują się czymś innym niż zapowiadaną przez pierwszych kilkadziesiąt minut projekcji opowieścią o kobiecie konfrontującej się z nieudolną władzą. Zamiast tego dzieło McDonagha stanowi przejmującą historię pozbywania się pozorów i złudzeń, godzenia ze światem i przeżywania żałoby.

W równie nieoczywistym kierunku ewoluuje dobrze przyjęte, choć zignorowane przez jurorów „La Villa” Roberta Guédiguiana. Nowe dzieło twórcy pamiętnych „Śniegów Kilimandżaro” zaczyna się jak typowy dramat obyczajowy o rodzinnym spotkaniu po latach. Jak łatwo się domyślić, konfrontacja zebranych w tytułowej posiadłości krewnych prowadzi do ożywienia dawnych sporów, niesnasek i zaszłości. W pewnym momencie do ekranowego świata, umieszczonego gdzieś poza czasem, w uniwersum rodem z dramatu Czechowa, nieoczekiwanie wdziera się jednak współczesność. Konfrontacja z Innym, do której nagle zostają zmuszeni dla nich bohaterowie, staje się dla nich czymś w rodzaju testu na człowieczeństwo.

Łatwo zorientować się, że wielka, skłócona rodzina stanowi w filmie Guédiguiana metaforę europejskiego społeczeństwa. Pod tym względem „La Villa” przypomina „Happy End” Michaela Hanekego, lecz okazuje się filmem głębszym i subtelniejszym. Podczas gdy austriacki mistrz zadowolił się tym razem stworzeniem niewyszukanej satyry na zapatrzoną w siebie burżuazję, Guédiguian obdarza swoich bohaterów znacznie większą sympatią. Choć postacie z „La Villa” wydają się dość małostkowe i egoistyczne, reżyser pozwala im zaskoczyć widzów i w momencie próby odkryć w sobie pokłady szlachetności.

Szczególnie ujmujący w filmie Guideguiana okazuje się jego bezpretensjonalny ton, który pozwala reżyserowi na uniknięcie wielkich słów i patetycznych deklaracji.

Z równie dużą swadą o poważnych sprawach opowiada Frederick Wiseman w swoim, trwającym ponad trzy godziny, dokumencie „Ex Libris: New York Public Library”. Tytułowa instytucja zostaje przedstawiona na ekranie jako miejsce jednocześnie jedyne w swoim rodzaju i przyjemnie egalitarne. Choć na pracownikach biblioteki spoczywa ogromna odpowiedzialność związana z kultywowaniem ludzkiego pędu do wiedzy, nikt nie traktuje tu swoich obowiązków w kategoriach dziejowej misji. Bohaterowie „Ex Libris…” po prostu robią to, co należy, z niewymuszonym urokiem i lekkim uśmiechem na ustach.

Gwizdy i oklaski

Zawarty w filmie Wisemana portret kameralnej, spełnionej utopii robi tak duże wrażenie, bo wydaje się jakby został naszkicowany przez niespełna 90-letniego reżysera niejako mimochodem. Właściwej znakomitemu dokumentaliście pokory nie miało w sobie kilku innych twórców, którzy silili się na stworzenie arcydzieł, a w efekcie zrealizowali najgorsze filmy w konkursie.

Palmę pierwszeństwa w tym niechlubnym rankingu należałoby przyznać autorowi dokumentu „Human Flow” Ai Weiweiowi. Chiński artysta wizualny, a okazjonalnie także reżyser, postanowił opowiedzieć o tragicznej sytuacji uchodźców skoszarowanych w obozach rozsianych niemal po całym świecie. Szlachetny z pozoru zamysł doczekał się wyjątkowo irytującej realizacji. Gdyby chcieć pokusić się o złośliwość, strategię artystyczną Weiweia można by podsumować hasłem „może i świat chwieje się w posadach, ale mój aparat wciąż robi znakomite zdjęcia”. „Human Flow” to bowiem ni mniej, ni więcej tylko filmowe selfie zrobione na tle ludzi doświadczających bólu i cierpienia. Zdecydowanie bardziej niż tragedie migrantów Weiweia interesuje bowiem wizualna uroda jego dzieła. Sposób, w jaki reżyser filmuje bohaterów i ich drogę do Europy, jest podejrzanie spektakularny, sporo w nim imponująco szerokich planów i wymyślnych ujęć z lotu ptaka. Jakby tego było mało, kolejne sceny ilustrowane są często, dobranymi najpewniej na chybił trafił, wyimkami z dzieł zarówno klasycznych, jak i współczesnych poetów. Co wynika z tego osobliwego kolażu? Wie to chyba tylko sam Weiwei, który nie różni się specjalnie od – sportretowanych w głośnym „Austerlitz” Siergieja Łoźnicy – turystów z uśmiechem na ustach spacerujących po obozach koncentracyjnych.

Spośród wszystkich wzbudzających etyczne wątpliwości zabiegów zastosowanych w „Human Flow”, jeden sprawia wrażenie szczególnie oburzającego. Widać go w scenie, gdy Weiwei prosi jednego z uchodźców, by wymienił się z nim paszportami. Chiński artysta traktuje swojego znajomego protekcjonalnie, poklepuje go po plecach i przez chwilę pozwala poczuć się obywatelem „lepszego świata”. Po kilku minutach zabawa zaczyna jednak nużyć mistrza, który prosi towarzysza o zwrot paszportu i – oczywiście z firmowym uśmiechem na ustach – oddala się w sobie znanym kierunku.

Innego rodzaju arogancja bije z „First Reformed” – najnowszego filmu Paula Schradera. Scenarzysta znakomitego „Taksówkarza” zapragnął opowiedzieć o dylematach pewnego duchownego, ale w efekcie sam wygłosił nieznośnie pretensjonalne kazanie. Schrader bez zahamowania ciska gromy we współczesny świat, krytykuje charakteryzujące go nieprawości i wprost zadaje pytanie „Gdzie jest Bóg?”. Niestety, dylemat ów nie ma w sobie ciężaru, który zyskiwał chociażby w filmach Bergmana. Zamiast tego kojarzy się z pozorowaną, tabloidową metafizyką spod znaku – skądinąd hołubionego przez wenecki festiwal – Terrence’a Malicka.

Zarówno „Human Flow”, jak i „First Reformed” spotkały się z zaskakująco przychylnym przyjęciem krytyki. Tego samego z pewnością nie dało się powiedzieć za to o głośnym „mother!”. Oczekiwany z niecierpliwością, najnowszy film Darrena Aronofsky’ego na obu pokazach dla dziennikarzy został skwitowany serią gwizdów. Choć dzieło amerykańskiego twórcy trudno uznać za artystyczne spełnienie, trzeba jednak powiedzieć, że reakcja prasy wydaje się odrobinę przesadzona. Przez pierwszych kilkadziesiąt minut filmu Aronofsky całkiem dobrze radzi sobie z oddaniem na ekranie atmosfery osaczenia dotykającego parę głównych bohaterów. Fundowany nam wówczas przez reżysera koktajl grozy i czarnego humoru może kojarzyć się z dawnymi groteskami Romana Polańskiego. Niestety, jak zdarzało się to już w przeszłości, opowiadana historia ostatecznie wymyka się Aronofsky’emu spod kontroli. Im bliżej końca filmu, tym więcej na ekranie trudnego do obronienia, zarówno pod względem emocjonalnym, jak i intelektualnym, efekciarstwa. Ostatecznie „mother!”, mimo obiecującego początku, potwierdza, że jego reżyserowi wciąż nie udało się wrócić do formy z czasów znakomitego „Requiem dla snu”. Pytanie, czy odzyskanie przez Aronofsky’ego dawnej dyspozycji w ogóle okaże się jeszcze kiedyś możliwe?

Innym dziełem znanego reżysera, które spotkało się w Wenecji z nieprzychylnym przyjęciem okazał się „Mektoub, My Love: Canto Uno” Abdellatifa Kechiche’a. Laureata Złotej Palmy za „Życie Adeli” atakowano za to, że zrealizował film rzekomo błahy i uprzedmiotawiający kobiety. Brzmi to może i efektownie, ale podobne opinie może formułować tylko ktoś, kto niezbyt uważnie śledził dotychczasową drogę twórczą reżysera. W „Mektoub…” Kechiche potwierdza opinię spadkobiercy intelektualnej tradycji Oświecenia. Podobnie jak autorzy pokroju de Laclosa i Marivauxa, reżyser pokazuje relacje damsko-męskie jako przestrzeń zderzenia namiętności i wyrachowania. W „Mektoubie…” to nie mężczyźni wykorzystują kobiety, lecz wszyscy bohaterowie starają się zdominować siebie nawzajem. Aby osiągnąć cel, jak zwykle w filmach reżysera, sięgają także po argumenty klasowe i etniczne. Nie wszyscy jednak decydują się zaakceptować tak brutalne reguły gry. Chlubnym wyjątkiem pozostaje główny bohater „Mektouba…” – początkujący scenarzysta o imieniu Amin. Choć chłopak obraca się w towarzystwie wielu kobiet, nie interesuje się przelotnymi romansami. Niczym Gaspard z niezapomnianej „Opowieści letniej” Rohmera, zdaje się wiedzieć, że ma przed sobą całe życie i może jeszcze poczekać na prawdziwą miłość. Mając ten luksus, Amin przygląda się uczuciowym intrygom jego przyjaciół jednocześnie z chłodnym dystansem i młodzieńczą fascynacją.

Nie ma przypadku w tym, że umiejętność połączenia podobnych skrajności od dawna definiuje także wyjątkowość kina samego Kechiche’a. Za sprawą „Mektouba…” w tegorocznym, wyjątkowo rozpolitykowanym weneckim konkursie znalazło się miejsce na film tak ostentacyjnie prywatny i wielowarstwowy. Mimo że na ekranie dominuje uczucie goryczy, reżyser „Życia Adeli” potwierdził bowiem także, że jak mało który twórca potrafi uchwycić magię pojedynczej chwili. Dzięki temu „Mektoub…” przypomina, że kino ma w sobie pierwotną siłę nadającą mu posmak święta, rytuału zwróconego ku celebracji życia.

Doprawdy trudno o miejsce, gdzie właściwości te mogą wybrzmieć silniej niż na festiwalu w Wenecji.