Program 500+ uznał dzieci za dobro publiczne, a nie tylko dobro prywatne, finansowane z prywatnych dochodów rodziców. Jaki jest jego efekt?

Program 500+ wprowadzany był w atmosferze głębokiej polaryzacji, przekraczającej nawet podziały na scenie politycznej. Szkoda, że tak się stało, bo moim zdaniem program ten mógłby być elementem konsensu – tak społecznego, jak i politycznego – wyznaczającym na lata zręby nowej prorodzinnej polityki społecznej państwa.

Warto przecież przypomnieć, że wprowadzenie świadczenia 500+ poprzedzone zostało w ubiegłych kadencjach parlamentarnych drobnymi, lecz całkiem licznymi prorodzinnymi zmianami w polityce społecznej państwa. Przykłady takich rozwiązań to: świadczenie becikowe, Karta Dużej Rodziny czy wydłużenie urlopów rodzicielskich.

Program 500+ uznał dzieci za dobro publiczne, a nie tylko dobro prywatne, finansowane z prywatnych dochodów rodziców.
Siła programu „Rodzina 500+” polega więc nie na tym, że jest zwiastunem całkiem nowego modelu polityki społecznej państwa, lecz że przez swój rozmach i trafność społeczną stanowi punkt przełomowy, przesądzając o (możliwej) trwałości rozpoczętego wcześniej zwrotu w tej polityce w kierunku rozwiązań prorodzinnych. Potrzeba tego zwrotu widoczna była już od jakiegoś czasu przy spojrzeniu na polskie życie publiczne z perspektywy przekraczającej kadencyjną logikę politycznej gry o władzę, powiązaną w warunkach demokratycznych z walką o poparcie społeczne „tu i teraz”.

Aby rzetelnie zobaczyć długookresowe korzyści społeczne z programu 500+, trzeba wyjść poza dominującą w dyskursie publicznym narrację polaryzacyjną, zgodnie z którą wszystkie decyzje publiczne od zmiany rządów jesienią 2015 r. są przejawami walki „nowego” ze „starym”. W logice tej narracji programu „Rodzina 500+” bronią zwolennicy PiS, krytykują zaś polityczni przeciwnicy tej partii (obecnie krytyka jest słabsza z uwagi na zdiagnozowaną społeczną trafność programu; krytycy eksponują więc zarzut instrumentalizacji: 500+ to populistyczne rozdawnictwo w zamian za poparcie wyborcze). W ten sposób gubi się z oczu perspektywę długofalowego rozwoju społecznego oraz mimowolnie zniekształca się też faktyczny przebieg wydarzeń związanych z ewolucją polityki społecznej państwa.

Jak z Balcerowiczem i kasami chorych?

Nie pierwszy to przypadek tego typu zniekształceń w dyskursie o polskich reformach społecznych minionego ćwierćwiecza. Warto więc przywołać wcześniejsze przykłady.

Pierwszy z nich to spór o polityczne sprawstwo Leszka Balcerowicza jako realizatora szokowej terapii gospodarki z początków lat 90. XX wieku. Spór rozgorzał już po przeprowadzeniu reform, gdy przeciwnicy linii Balcerowiczowskiej krytykowali ministra finansów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego za brak rozwiązań społecznych, a zwolennicy wychwalali go za niezłomną orientację wolnorynkową. Jedni i drudzy (a chyba i sam zainteresowany) woleli – i nadal wolą – nie pamiętać, że wdrażanie terapii szokowej gospodarki było powiązane z całkiem sporymi osłonami socjalnymi adresowanymi do osób, które w efekcie reform „przegrały”, głównie z obawy o reakcje Polaków na masowe bezrobocie1.

Mit neoliberalny tak naprawdę narodził się dopiero wówczas, gdy reformy wolnorynkowe stały się faktem i – po przejściu transformacyjnego Morza Czerwonego, w warunkach względnego spokoju społecznego – można już było socjalną redystrybucję „bezpiecznie” ograniczyć. Spór o ocenę terapii szokowej gospodarki okazał się gorący („Balcerowicz musi odejść” kontra „Balcerowicz autorem sukcesu gospodarczego Polski”), co jednak nie przeszkadzało toczącym ten spór stronom wspólnie zniekształcać obraz pierwszych lat transformacji ustrojowej naszego kraju.

Drugi przykład to reforma ochrony zdrowia z 1999 roku. Powołanie kas chorych przygotował rząd SLD-PSL, tyle że zabrakło mu czasu (i odwagi), aby uchwaloną w 1997 roku ustawę wprowadzić w życie. Kasy chorych w nieco zmienionej formule (dostosowanej do założeń drugiej reformy samorządowej, zmniejszającej liczbę województw) wprowadził więc centroprawicowy rząd Jerzego Buzka w ramach pakietu czterech reform społecznych. Koalicja AWS-UW chciała jednak uchodzić za jedynego zbiorowego autora ubezpieczenia zdrowotnego (i pozostałych reform ze wspomnianego pakietu), na co SLD przystał, upatrując w oddaniu współsprawstwa szansę na odbudowanie swej politycznej pozycji poprzez krytykę błędów reformy służby zdrowia. I faktycznie, SLD wygrał kolejne wybory i to Sojusz zlikwidował kasy chorych, których wprowadzenie sam przecież zaplanował.

Nie wiemy, jak potoczy się dalsza gra na polskiej scenie politycznej. Nie wiemy też, na ile trwały okaże się zwrot w polityce społecznej w kierunku prorodzinnych transferów socjalnych. Gdyby jednak program 500+ podzielić miał losy kas chorych, byłby to w dużej mierze skutek uboczny nadmiernej polaryzacji obecnego dyskursu. Napięcie na linii koalicja rządowa – opozycja jest naturalnym elementem systemu demokratycznego, ale gracze (z obu stron politycznej barykady) nie powinni wmawiać sobie nawzajem i opinii publicznej, że różnią się absolutnie we wszystkim. Bo tak po prostu nie jest.

To jest fragment tekstu opublikowanego w kwartalniku „Więź”, jesień 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, jesień 2017

Okładka kwartalnika „Więź” (jesień 2017).