W nowej odsłonie „Twin Peaks” pod płaszczem zabawy formą i surrealistycznych obrazów oglądamy zanurzoną w mitach przypowieść o konflikcie dobra ze złem i próbie pokonania śmierci.

W zakończeniu drugiego sezonu „Twin Peaks” z 1991 roku Laura Palmer mówiła do agenta Dale’a Coopera: „Do zobaczenia za 25 lat”. Dokładnie po tym czasie twórcy zaczęli przygotowania do kolejnej odsłony opowieści o tajemniczym morderstwie w sennym miasteczku. Efekty tego mogliśmy oglądać przez ostatnie cztery miesiące.

Zmiany i ciągłość

Przede wszystkim przez dwadzieścia pięć lat zmieniła się telewizja, zapełniona od tego czasu produkcjami w stylu „Z archiwum X” czy widowiskową „Grą o tron”. Zmienił się także sam David Lynch. Nowy sezon „Twin Peaks” niósł ze sobą nadzieję, zwiastował też możliwe trudności.

Wyróżnikiem Lynchowskiego stylu pozostaje subiektywna wyobraźnia. Reżyser przez ostatnie lata wyraźnie jednak skłaniał się w filmowej twórczości ku surrealizmowi. „Mulholland Drive”, „Zaginiona autostrada” czy „Inland Empire” to dzieła zdecydowanie odmienne od takich pozycji jak „Człowiek słoń” czy „Dzikość serca”. Serialowi z 1990 roku fabularnie najbliżej było do „Blue Velvet”.

Przez 25 lat zmieniła się telewizja i sam Lynch

Nowe „Twin Peaks” zawiera w sobie wyraźne zmiany w sposobie narracji i estetyce w stosunku do poprzednich serii. Modyfikacje idą jednak w kierunku przeciwnym niż bieżące, rządzone dynamiką trendy. Przez pierwsze epizody nie bardzo wiadomo, jaki jest sens wydarzeń, które oglądamy na ekranie. Wydaje się, że statyczne sceny następują po sobie bez logicznego ciągu. Ujęcia w Czarnej Chacie pod kątem dziwności znacznie przewyższają wizję, która wieńczyła przed laty sezon drugi.

W trzeciej odsłonie reżyser wprowadza zresztą znacznie więcej niż dawniej wątków pobocznych, uświetnionych występami takich gwiazd jak Laura Dern, Naomi Watts czy Tim Roth. Ich nagromadzenie powoduje fragmentaryczność opowieści i potęguje jej zawiłość.

„Twin Peaks” nie jest takie samo, co przed laty. Akcja nie jest już tak jednolita jak poprzednio – oglądamy historię, która dzieje się także poza miasteczkiem: w Dakocie i Nowym Jorku.

Głównym bohaterem, mimo amnezji, pozostaje agent Dale Cooper, brawurowo odgrywany przez Kyle’a MacLachlana (obok niego wiodącą postacią staje się sam Lynch w roli Gordona Cole’a). Powracają też inne, znane postacie, choć zapewne nie w takim stopniu, w jakim życzyliby sobie tego fani. Jedni stali się poczciwymi policjantami (Bobby), inni borykają się z problemami dorosłych dzieci (Shelly), jeszcze inni zostali medialnymi kaznodziejami (dr Jacoby). Niemal nie zmienił się posterunek policji w Twin Peaks – tym razem szeryfem, podczas choroby brata, jest Frank, a nie Harry Truman (to, obok postaci Dony, największy nieobecny sezonu).

Shelly (Mädchen Amick) i Norma (Peggy Lipton) w trzecim sezonie „Twin Peaks”

Shelly (Mädchen Amick) i Norma (Peggy Lipton) w trzecim sezonie „Twin Peaks”. Fot. materiały prasowe HBO

„Twin Peaks” AD 2017 jest zresztą tylko pozornie bardzo odmienne od tego sprzed lat. Dokładnie tak, jak dawniej, bohaterowie celebrują prozaiczne czynności, zaś absurdalny humor wkracza na scenę w najmniej oczekiwanym momencie. Co ważne, twórcy sugerują cykliczność prezentowanych zdarzeń – córka Shelly jest tak samo naiwna w związku z brutalnym partnerem jak dawniej jej matka, wnuk Bena Horne’a idzie śladem dziadka i wyrasta na główny czarny charakter spokojnej okolicy. Przed laty idylla małego, sennego miasteczka nie korespondowała z brutalną zbrodnią. Teraz podobną funkcję odgrywa słoneczna Dakota.

Forma jest wszystkim

Lynch całymi garściami czerpie z własnej twórczości. Bez większego trudu można rozpoznać nawiązania do innych dzieł reżysera (na przykład Ręka z Czarnej Chaty przypomina estetykę „Głowy do wycierania”, miłość między bohaterami granymi przez MacLachlana i Dern to przedłużenie „Blue Velvet”, zaś ujęcia z nocnych przejazdów samochodem przywołują „Zaginioną autostradę”).

Co ciekawe, by lepiej zrozumieć rozgrywane na ekranie zdarzenia, warto sięgnąć nie tyle do poprzednich dwóch sezonów, ile do prequela serii, czyli „Twin Peaks: ogniu, krocz ze mną”. Czarno-białe sceny retrospekcji pochodzą właśnie z tego filmu.

Wydaje się, że powrót Lyncha i Frosta do ich sztandarowego projektu sprawił im mnóstwo frajdy. Twórcy manifesują przywiązanie do najdrobniejszych szczegółów świata przedstawionego. Nieco mroczny, stylizowany na „True Detective” klimat opowieści stanowi jej podstawowy składnik. Reżyser niczym Witkacy wyraźnie absolutyzuje samą formę, czyniąc z niej przez większość odcinków niemal najważniejszy element historii.

Oczywiście, to może irytować: ujęcia przeciągane bywają w nieskończoność, zaś wątki – urywane. Pojedyncze sceny zdumiewają jednak swoim pięknem, nie tylko zresztą wizualnym. Tak dzieje się, gdy Cooper w restauracji słucha fortepianowego „Heartbreaking” Badalamentiego lub gdy bohater grany przez Harry’ego Deana Stantona bierze do ręki gitarę i wykonuje „Red River Valley”. Pożegnanie Pieńkowej Damy z Hawkiem czy senna wizja spotkania Cole’a z Monicą Bellucci również zapadają w pamięci na długo.

Muzyka zresztą w trzecim sezonie „Twin Peaks” odgrywa niebagatelną rolę. Niemal każdy odcinek zakończony zostaje leitmotivem w postaci występu muzyków w lokalnym barze (tu palmę pierwszeństwa dzierży Eddie Vedder). Ostatecznie w tle usłyszymy ponownie Julee Cruise, dwukrotnie „My prayer” The Platters oraz „I’ve been loving you too long” Otisa Reddinga (w scenie wyznania długoletniej, ukrywanej miłości między Normą a Edem).

Mity nas uratują

Lynch i Frost w 1990 roku zrewolucjonizowali telewizję. O sukcesie „Twin Peaks” nie zdecydowały tylko oryginalność i dziwność fabuły. Serial był połączeniem kilku estetyk: melodramatu i opery mydlanej z opowieścią kryminalną, horroru z absurdalnym humorem. Historia zabójstwa 17-letniej Laury Palmer stała się dla twórców pretekstem do snucia filozoficzno-metafizycznych rozważań na temat kondycji człowieka i jego miejsca we wszechświecie.

Trzeci sezon „Twin Peaks” podąża tym tropem. Pod płaszczem zabawy z formą i surrealistycznych obrazów oglądamy wielopłaszczyznową przypowieść o konflikcie dobra ze złem.

Motyw sobowtóra, tak wyraźnie eksponowany w nowej odsłonie, odsyła przecież do rozważań na temat dualizmu świata. W świecie „Twin Peaks”, obok agenta FBI funkcjonuje jego doppelganger, wcielenie zła absolutnego. W myśleniu Lyncha, rzeczywistością rządzą dwie siły: Dobro i Zło. W starciu z obudzonym przez konflikt nuklearny prastarymi demonami ludzie nie zostają całkowicie osamotnieni. Ich walka zostaje wsparta przez postacie rodem z baśni (jak powracający po latach Olbrzym) i przedmioty o nadprzyrodzonych właściwościach (zielona rękawica). Cała nadzieja zostaje ostatecznie złożona w dobrodusznych, nieco naiwnych ludziach, jak Cooper czy dyrektor Cole.

Lynch poprzez groteskę i przejaskrawienie formy próbuje oswoić rzeczywistość

Starania głównego bohatera opowieści w sprawie Laury Palmer wraz z rozwojem fabuły stają się zresztą wyraźnym przykładem reinterpretacji mitu orfickiego. Sprawa zabójstwa sprzed 25 lat nie zostaje wcale zamknięta. Dale podejmuje pozornie beznadziejną próbę ocalenia nastolatki. Ich spotkanie w lesie to jedna z najwspanialszych scen w całym serialu. Cooper chce zabrać dziewczynę do domu i prowadzi ją za rękę przez mrok nocy. Orfeusz spotyka swoją Eurydykę.

Istnieje coś, co łączy wszystkie sezony serialu na poziomie głębszego znaczenia – Lynch poprzez groteskę, przejaskrawienie formy, wizje senne i rzeczywistość alternatywną próbuje oswoić to, co nas otacza. Filozofia reżysera sugeruje, że codzienność jest zbyt brutalna, by można było ją przyjąć bez zastrzeżeń, zaś pocieszenia należy szukać w wyobraźni. Łatwiej jest przecież założyć, że inicjatorami zbrodni są istoty z zaświatów niż osoby z najbliższego sąsiedztwa lub członkowie rodziny.

Gra z oczekiwaniami

David Lynch dawniej zwodził publiczność i zaskakiwał ją mieszaniem ze sobą konwencji: czujność zostawała uśpiona pobocznymi wątkami, wprowadzanymi przed zwrotami akcji. Po latach zdolność tę znacznie rozwinął. Tym razem twórca „Prostej historii” niemiłosierne igra z oczekiwaniami widowni. Akcja nabiera klarowności praktycznie dopiero w okolicach 16 epizodu (całość liczy ich 18).

Jest w tym jakiś urok Lyncha – żaden inny reżyser nie pozwoliłby odbiorcy tak długo czekać. On jednak nie widzi problemu. Dodatkowo, kiedy już spełni nadzieję widza na oglądanie wartkiej, klarownej historii z dobrze znanymi postaciami, powraca do swojego spokojnego rytmu.

W nowym sezonie rozwiązane zostały niektóre tajemnice (zagadka Błękitnej Róży), inne zaledwie wprowadzono do świata serialu. Lynch nie jest twórcą, który by wszystko podawał na tacy. Wiele kwestii pozostaje pozostawionych do indywidualnej analizy.

Nie wydaje mi się, by warto było absolutyzować wszelkie szczegóły. Trzeba się zgodzić na pewną dawkę irracjonalności i tajemnicy. „Świat to tak dziwne miejsce” – mawiała Sendy, bohaterka „Blue Velvet”. Uniwersum „Twin Peaks” jest zrozumiałe, wystarczy je tylko „poczuć” i założyć, że jego największym znawcą pozostał David Lynch.