Litwa była pierwszym państwem Związku Sowieckiego, które w zdecydowany sposób przypomniało światu o swoim prawie do suwerenności.

Za suwerenność płaci się wysoką cenę. Litwa wie o tym dużo lepiej od innych. Ten mały naród tracił swoją niepodległość, a potem ją odzyskiwał, za każdym razem niepewny, jak długo przyjdzie mu tym razem żyć wolnym. Z niepewności rodziło się poczucie zagrożenia, lęk, niekiedy kompleksy. Litwini są odważnym narodem, ale na ich nieszczęście wielokrotnie mniejszym od sąsiadów.

Litwa w obronie zawierała sojusze, które zapewniały przetrwanie, ale kosztowały litewską tożsamość. W rezul­tacie nie można jednoznacznie rozstrzygnąć, nawet po wiekach, co było lepsze, pró­bować sprostać wyzwaniu krzyżackiemu i tatarskiemu, czy zawrzeć przymierze z sąsiedzką Polską?

Temu ostatniemu Litwini zawdzięczają współudział w stworzeniu wielkiego państwa regionu, ale i utratę swojej elity, która spolonizowana odeszła od własnej tradycji. Krzywda, jaką poniosła Litwa, boli wielu jej obywateli do dnia dzi­siejszego. Mało kto z Polaków rozumie litewski lęk, który wypływa z historii.

Krzywda, jaką poniosła Litwa, boli wielu jej obywateli do dziś

Jeszcze mniej spośród nas potrafi spojrzeć na siebie z dystansu i w litewskich obawach wobec Polski rozpoznać własny strach przed silniejszymi. Polska opieka nad Litwą przypomina czasami niemieckie przewagi i rosyjską dominację nad całym regionem środkowowschodnim.

Tym, co się żachną i nie bez racji przypomną pokojowy cha­rakter jagiellońskiej ekspansji Rzeczypospolitej, warto zwrócić uwagę na skutki hi­storyczne. Te liczą się najbardziej, a bilans jest nierównomierny dla obydwu stron, chociaż korzyści czerpali również i Litwini. Czy jednak proporcjonalne wobec swego wkładu, a nade wszystko oczekiwań?

Warto sobie zadać takie pytanie, bowiem nie tylko z nacjonalizmu wynika próba litewskiego rewizjonizmu wobec przeszłości. Toteż wspólne wydarzenia co innego znaczą w historiografii obydwu narodów. Różnice interpretacji są powodem do spo­rów i oskarżeń o niewdzięczność, chociaż w gruncie rzeczy wskazują jedynie na błę­dy popełnione w budowaniu przed sześcioma wiekami wielonarodowej monarchii szlacheckiej. Dała ona jedność kosztem rezygnacji z własnych celów politycznych. Po latach Litwini próbowali odzyskać stracone pole. Polska im w tym nie pomogła, chociaż zdarzali się Polacy, którzy dobrze rozumieli litewski problem. Byli gotowi ustąpić ze swoich racji w imię ułożenia z Litwą dobrych stosunków. Dobrze jest pamiętać o tym dzisiaj, gdy zarówno Polska, jak Litwa odzyskują suwerenny status i w dążeniu do demokratycznych ideałów na nowo projektują własne państwa. Łatwo wtedy pogrążyć się od nowa w resentymentach i zniekształcić przyszłość odwołania­mi do historii, która w tym przypadku częściej dzieli, niż łączy, i utrudnia sąsiedz­two.

Litwa była pierwszym państwem Związku Sowieckiego, które w zdecydowany sposób przypomniało światu o swoim prawie do suwerenności. Pojawiały się wtedy głosy, także i w Polsce, że Litwini naruszają europejskie status quo. Dążenia litew­skie do niepodległości budziły podziw, ale i wzmagały obawy. W gruncie rzeczy Li­twa pozostała samotna. Jej szanse nie wyglądały nazbyt optymistycznie, chociaż litewscy przywódcy nigdy nie dawali poznać po sobie zwątpienia. To w tych dniach (blokady ekonomicznej ze strony Kremla w 1990 roku oraz licznych prowokacji i zbrodni w 1991) ujawniła się konsekwencja narodu i potwierdziła siła jego narodo­wych aspiracji. Litewska gotowość do ofiar i cierpliwa odwaga polityczna dobrze wróżą przyszłemu rozwojowi gospodarczemu.

Przedwojenna Litwa potwierdzała wobec sąsiadów swoją niezależność i prospe­rowała gospodarczo lepiej od wielu z nich. Także Druga Rzeczpospolita nie miała czym zaimponować litewskiemu społeczeństwu. Płynie z tego nauka na dzisiaj. Wbrew różnicom potencjałów: demograficznego, ekonomicznego i wreszcie poli­tycznego, interesy Polski i Litwy mogą się uzupełniać i każda ze stron odniesie korzyści. Nie ma więc sensu wzmagać w litewskim społeczeństwie narodowych uczuć, które łatwo mogą przerodzić się w nacjonalizm bądź nawet szowinizm, tak samo jak deklarować z poczuciem wyższości o polskiej misji na wschodzie i miłości do Litwy, która wymaga opieki. I Polakom, i Litwinom potrzebne jest normalne sąsiedztwo, w którym historyczne dolegliwości ustąpią miejsca szukaniu wspólnej przyszłości i unaocznią potrzebę zbudowania nowej płaszczyzny interesów ekono­micznych i politycznych.

Zapewne przekreślenie przeszłości, w dodatku na tyle blis­kiej, co polsko-lisewska, nie należy do prostych zabiegów. Nie widać jednak innej drogi. Powtórka z dwudziestolecia międzywojennego nie jest nikomu potrzebna. Mnożenie pretensji rozdzieli Warszawę i Wilno nową granicą nieufności i niechęci. Wtedy nie będzie miało już sensu dociekanie winy, bo koszty zapłacą wszyscy. Cena suwerenności jest wysoka, a narody tej części Europy zbyt dobrze znają jej wartość, żeby podbijać wzajemne koszta. Czas to sobie uświadomić i na płaszczyźnie polityki państwowej, i w wymiarze kontaktów społecznych.

Mnożenie pretensji rozdzieli Warszawę i Wilno nową granicą nieufności i niechęci

Te ostatnie warto wywieść z wzajemnego poznania. Wbrew wspólnocie w prze­szłości, wiele ze wzajemnych kompleksów i lęków, tak Litwinów jak i Polaków, bie­rze się z niewiedzy. Jej miejsce zajęły stereotypy oraz mity, z którymi najtrudniej zawsze się uporać. Może dlatego nie wszyscy Polacy są gotowi w pełni zrozumieć odrębność litewskich aspiracji narodowych i państwowych. Dlatego wciąż marzą o wspólnocie państwowej w ramach jednego organizmu, co niepokoi nawet najbar­dziej przychylnych polskości Litwinów.

Z drugiej strony Litwa każdy polski ślad na swoim obszarze utożsamia niepotrzebnie z zakusami rewindykacyjnymi, co może jedynie potwierdzać w oczach obserwatora niepewność statusu litewskiej państwo­wości. Tymczasem ta ostatnia sprawa jest przesądzona nieodwołalnie, nie tylko wskutek rozpadu sowieckiego imperium, ale także rozwoju świadomości narodowej i państwowej w litewskim społeczeństwie. Warto sobie z tego zdawać sprawę po obydwu stronach polsko-litewskiej granicy, gdyż w ten sposób można uniknąć próż­nych dywagacji i wszczynania przebrzmiałych sporów o przeszłość.

Rzecz jasna, nie da się o niej tak po prostu zapomnieć. Toteż jedynym lekar­stwem jest ożywienie wzajemnych kontaktów, budzenie zaufania i nienadawanie incydentom przesadnego charakteru. Możliwe błędy polityczne litewskiego bądź polskiego rządu nie muszą od razu rzutować na społeczne sympatie. A te ostatnie są wyraziste i wbrew tym, co wyciągają niesnaski na plan pierwszy, zasadniczo współtworzą odmienny klimat w obydwu narodach. Nie ma sensu go marnować, bo stanowi cenniejszą wartość od możliwych ustępstw, na jakie warto przystać w imię trafnego odczytania konieczności współpracy polsko-litewskiej.

Ta ostatnia jest potrzebna wszystkim, nie tylko Polakom czy Litwinom, ale i pozostałym narodom regionu bałtyckiego i środkowowschodniego. Tak jak zmiany w zachodniej Europie zaczęły się od sojuszu francusko-niemieckiego i przyjaźni kanclerza Adenauera z generałem de Gaulle’em, podobną rolę mają do spełnienia Polacy i Litwini. W przeciwnym przypadku całemu temu obszarowi grożą konflikty, przy których ani­mozje i pretensje niektórych kół polskich wobec Litwy i litewskich wobec Polski będą śmieszne. Dobrze, żeby nie zapomnieli o tym politycy obydwu państw, którzy mają w swoich rękach wszelkie atuty. Zaniechanie rozwiązania pozytywnego pol­sko-litewskich stosunków może bowiem zemścić się już w niedalekiej przyszłości.

Podobne zobowiązania moralne ciążą na środowiskach intelektualnych, elicie artystycznej, wreszcie wcale nie na ostatnim miejscu na hierarchii kościelnej. Wspól­nota wiary często w ostatnich latach dzieliła Litwinów od Polaków, zamiast przypo­minać im o jednej religii i tych samych zasadach etycznych. Gwarantem dla zbliżenia obydwu Kościołów może się stać Watykan, który przez posłanie Jana Pawia II una­ocznia wiernym Litwy i Polski uniwersalną treść katolicyzmu. Z perspektywy tego przekazu mnożenie przeszkód formalnych, unikanie pełnoprawnego włączenia pol­skiej mniejszości na Litwie i litewskiej w Polsce do wspólnoty kościelnej jest poważ­ną winą.

Zaufanie i wybaczenie są przydatne także na płaszczyźnie międzynarodowej

W czasie, który nadchodzi, i Litwinom, i Polakom potrzeba wielkoduszności. Obydwa te narody, żeby przetrwać i żeby wyrwać się ze swojej przeszłości, potrze­bują odwagi w zamysłach i wielkości w działaniach. Małoduszność kosztowała Pol­skę i Litwę zbyt wiele. Dzisiaj trzeba pójść inną drogą.

Cena, jaką oba państwa zapłaciły za swoją suwerenność, powinna pomóc to zrozumieć. Zaufanie, wielko­duszność, wybaczenie są przydatne nie tylko w relacjach indywidualnych, ale także na płaszczyźnie międzynarodowej. Może warto zaryzykować i oprzeć na nich konstrukcje polityczne w polsko-litewskich stosunkach? I wreszcie zamknąć ostatecznie stary rozdział uprzedzeń, niezrozumienia, pochopnych reakcji i poczucia krzywdy oraz lęku. Tym bardziej że nie widać odmiennego wyjścia.

Polityczną nadzieję daje się odnaleźć w zrozumieniu wzajemnym i w uznaniu racji drugiej strony. Takie spoj­rzenie na siebie, na własny naród, oczyma innych pomaga w skutecznym realizowa­niu zamiarów i w unikaniu arogancji. Daje szansę na polityczną wielkość, której potrzebują Litwini i Polacy. Prawdopodobnie potrzebuje jej cały ten region, który rozpoczyna swoją samodzielność. Bez tego suwerenność skończy się nowym uzależ­nieniem i kolejną tragedią narodów i społeczności. I chociaż należy zapomnieć o wzajemnych winach w przeszłości, to jednak o tym warto pamiętać.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź”, nr 10/1991.