Społeczne reakcje na śmierć Matki Teresy z Kalkuty, jak również (w innym wymiarze) księżnej Diany, były w roku 1997 w świecie zachodnim znakiem nadziei.

Dzięki Matce Teresie powszechnie dostrzeżono społeczną wagę i potrzebę świętości. Spontanicznie prawie wszyscy komentatorzy mówili, że odeszła święta. Dzięki świadectwu i śmierci tej pokornej zakonnicy słowo „świętość” odzyskało prawo obywatelstwa w języku współczesnego świata, i to rozumiane poprawnie – jako życie wynikające ze szczególnie bliskiej więzi z Bogiem. Fakt, że księżna Diana uznana została równocześnie za „świecką świętą”, niczego tu nie zmienia. Oczywiste bowiem stało się – jak napisał „Time” – że Diana pozostanie symbolem świeckiej świętości, a Matka Teresa to święta w prawdziwym tego słowa znaczeniu.

Być może zresztą to sam Pan Bóg tak poprowadził w zeszłym roku losy świata? Sekwencja zdarzeń jest wszak niezwykła. Księżna Diana zginęła w tym samym Paryżu, który kilka tygodni wcześniej przykuwał uwagę mediów ze względu na niezwykłe spotkanie młodzieży z Papieżem. Matka Teresa zdążyła jeszcze skomentować śmierć  księżnej pozbawionymi wszelkiego kościelnego mentorstwa słowami: „Bardzo pomagała ubogim, a to jest najważniejsze” i zapowiedziała, że wybiera się na jej pogrzeb, po czym sama odeszła z tego świata. Założycielka zgromadzenia Misjonarek Miłości nie wypominała Dianie jej pogmatwanego życia osobistego. Skupiła się na tym, co dobre. Skoro wydarzyła się tragiczna śmierć Diany, to może – w Bożych planach – śmierć Matki Teresy była potrzebna, by przypomnieć światu o prawdziwym sensie świętości?

Warto też w kontekście nadziei spojrzeć na kult, jakim niezliczeni Brytyjczycy (i nie tylko oni) natychmiast otoczyli księżną Dianę. Stała się ona dla nich symbolem tego, co w człowieku najpiękniejsze. Mniejsza o to, na ile słusznie czy zasłużenie. Z symbolami się nie dyskutuje, symbole trzeba zrozumieć. Sądzę, że w tej spontanicznej reakcji można dostrzec wielką potrzebę pozytywnych bohaterów. Współczesnym ludziom – pod koniec XX wieku, wieku narodzin i wzlotu kultury masowej – przestają już wystarczać bohaterowie wykreowani przez popkulturę. Zaczynają oni dostrzegać, że nie wystarczają już im idole, których można naśladować jedynie zewnętrznie.

Rodzi się powoli potrzeba bohaterów, którym można zaufać w świecie ducha, w świecie wartości; bohaterów, których można naśladować w wymiarze życia wewnętrznego.

Fragment tekstu „Czy zbliża się wiosna Kościoła?” opublikowanego w miesięczniku „Więź”, nr 2/1998.