Diana stała się dla milionów symbolem nieszczęśliwej miłości i zwierciadłem ich tęsknot.

Niebo było tego dnia bezchmurne, a widoczność znakomita. Na oczach milionów londyńczyków eskorta walijskich gwardzistów w jaskrawoczerwonych mundurach podążała w stronę Westminsteru. Nie grano marsza żałobnego. Gdy kondukt mijał pałac Buckingham, gdzieś w milczącym tłumie odezwały się samotne szkockie dudy. Na chodniku przed pałacem Elżbieta II, królowa Anglii, bez słów żegnała trumnę okrytą monarszym godłem. Tragicznie zmarła Diana Spencer, aczkolwiek przestała być członkiem rodziny królewskiej, zachowała tytuł księżnej Walii. Zachowała też popularność, jakiej nie ma dziś nikt z członków panującego domu Windsorów.

Co przywiodło tylu ludzi na trasę pogrzebu? Na pewno nie prosta ciekawość – świadczą o tym łzy londyńczyków i setki tysięcy kwietnych wiązanek, którymi wymoszczono ostatnią drogę księżnej Diany. Nic wyrzuty sumienia, chociaż wśród opłakujących tragicznie zmarłą z pewnością było wielu czytelników bulwarowych pism, których fotoreporterzy – paparazzi – byli dla Diany udręką, pośrednio przyczyniając się w końcu do jej śmierci. Również nie patriotyzm, chociaż księżna zdobyła nieformalny status pierwszego ambasadora Wielkiej Brytanii.

Za trumną Diany szło pięciuset działaczy organizacji charytatywnych z całego świata, jednak to chyba nic dobroczynność zwróciła ku niej najwięcej ludzkich serc. Piękna i bogata Diana stała się dla milionów ludzi symbolem nieszczęśliwej miłości i zwierciadłem ich tęsknot. Pomagała kalekom i trędowatym, ale chcąc nie chcąc dawała też namiastkę ludzkiego ciepła również i tym, którzy za pomocą obiektywów paparazzich wdzierali się w jej prywatność. Wszyscy – płaczący i ciekawscy, poważni lordowie i konsumenci taniej sensacji, ludzie wielkiego świata i ludzie zwyczajni – spotkali się teraz przed wejściem do Opactwa Westminsterskiego.

Elton John wkroczył do kościoła trochę jak na salę koncertową, rozdając po drodze całusy wielbicielom. Tuż za nim szedł George Michael, jak gdyby onieśmielony ciszą, panującą pod siedemsetletnimi sklepieniami. Trumnę umieszczono na skrzyżowaniu nawy i transeptu. Stała tam w zimnym majestacie anglikańskiego nabożeństwa. Słowa „Hymnu do miłości” świętego Pawła, recytowanego przez premiera Tony’ego Blaira, odbite echem z wysokich ostrołuków zabrzmiały tu jednak blisko i serdecznie.

Gdy trumnę wyprowadza-no ze świątyni, chór śpiewał „Alleluja”, ale tak cicho, że nawet siedzący przed telewizorami mogli usłyszeć miarowe kroki walijskich gwardzistów. Dopiero po chwili rozdzwoniły się dzwony i zagrały organy.

Rodząca się legenda Diany — której osobowość powszechnie przeciwstawiano sztywnej etykiecie Windsorów splotła się z legendą minionej wielkości brytyjskiego królestwa.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 10/1997.