Ks. Krzysztof Grzywocz zaginął w ubiegły czwartek w Alpach Szwajcarskich. Dziś ratownicy zakończyli poszukiwania. Bp Andrzej Czaja powiedział, że powstają inicjatywy dalszych poszukiwań. O szukaniu zaginionych w górach rozmawiamy z ratownikiem i instruktorem TOPR Andrzejem Maciatą.

Damian Jankowski: Rozmawiamy w kontekście zaginięcia ks. Krzysztofa Grzywocza w Alpach Szwajcarskich. Zacznijmy jednak od kwestii ogólnych. Dostają Państwo wezwanie, że w górach zaginął człowiek. Jak wygląda wówczas procedura?

Andrzej Maciata: Jako TOPR przede wszystkim pytamy, czy ta osoba zostawiła informację dotyczącą tego, gdzie się udaje i kiedy ma zamiar wrócić. To jest kwestia kluczowa. Jeżeli tych danych brakuje, poszukiwanie staje się zdecydowanie utrudnione, a w zasadzie niemożliwe, bo wtedy liczymy na traf.

Wszystko zależy również  od tego, jakie to są góry: czy takie jak Tatry – bardzo uczęszczane, czy inne góry świata, gdzie wędrowców jest zdecydowanie mniej.

Dostają Państwo zgłoszenie, robią szczegółowy wywiad środowiskowy. To wszystko musi trwać. Ile czasu mija od zgłoszenia zaginięcia do wyjścia ratowników w góry? Kilka godzin?

– To wszystko dzieje się zdecydowanie szybciej. Zaczynamy od sprawdzenia schronisk, czy taka osoba się gdzieś nie zameldowała, we współpracy z policją namierzamy ją poprzez sieć komórkową. Trzeba jednak pamiętać, że sieć nie działa tak jak w miastach. Ale daje nam podstawową informację, czy zaginiony znajduje się w górach, czy też nie (zdarzają się przypadki, że szukamy kogoś, kto już się świetnie bawi w Zakopanem).

A sam proces poszukiwawczy można podzielić na kilka etapów. Pierwszy to bardzo intensywne poszukiwania we wczesnym okresie zaginięcia, gdy jest duża szansa na to, że taka osoba żyje. Jeżeli ten pierwszy okres mija, intensywność poszukiwań się zmniejsza. Pamiętajmy o tym, że jesteśmy służbą ratowniczą i mamy określone zasoby ludzkie. Nie możemy wszystkich angażować do poszukiwań, bo na bieżąco zawsze może dziać się coś niebezpiecznego, musimy więc trzymać rękę na pulsie.

Poszukiwania ks. Grzywocza w piątek w zeszłym tygodniu zostały chwilowo wstrzymane z powodu złych warunków pogodowych. „Złe warunki pogodowe” – co to oznacza w górach?

– Trochę inaczej będzie to wyglądało w przypadku Alp, inaczej w przypadku Tatr – te pierwsze są wyższe.

W Tatrach w okresie letnim wystarczy, że spadnie intensywny opad czy wystąpi mgła. Są to warunki, które nie sprzyjają odnalezieniu człowieka. Wynika to też z ograniczenia widoczności. Jeżeli założymy, że osoba zaginiona poruszała się tylko i wyłącznie po szlaku i znajduje się w jego obrębie, to jest szansa, że ktoś ją dostrzeże. Ale jeżeli ten szlak prowadzi terenem przepadzistym, gdzie można łatwo spaść, to – nawet przy dobrej pogodzie – trudno taką osobę zauważyć.

Jeśli zaś chodzi o Alpy – czy okres zimowy w Tatrach – utrudnione warunki to te spowodowane opadami śniegu Z jednej strony uniemożliwia nam to wzrokowe zbadanie terenu, ponieważ śnieg przysypuje i maskuje leżącą osobę. Z drugiej strony w takich warunkach pogodowych zagrożone jest życie samych ratowników – oni w trudnych warunkach ponoszą bardzo wysokie ryzyko. Pamiętajmy, że to też są tylko ludzie.

Mamy lato, czyli można sądzić, że ta pora roku powinna być sprzymierzeńcem ratowników.

– Tutaj, niestety, nie ma co generalizować. Podczas późnego lata w Tatrach mogą zdarzyć się na przykład opady śniegu i w tym momencie odnalezienie kogokolwiek praktycznie graniczy z cudem. Trzeba wówczas poczekać na lepszą pogodę.

Zdecydowanie łatwiej jest kogoś wypatrzeć w górach latając śmigłowcem. Tylko tu też jest kwestia widoczności. W Tatrach dość często wykorzystujemy śmigłowiec, ale w celach poszukiwawczych najczęściej poruszamy się na nogach.

A w Alpach?

– Alpy są tak rozległym terenem, że praktycznie poruszanie się na nogach jest nieskuteczne. Tam głównie wykorzystuje się śmigłowiec, z tego śmigłowca wypatruje się osoby poszukiwanej. Znowu, jest to kwestia uzależniona od pogody. Gorsza widoczność oznacza słabe warunki zarówno do poszukiwania, jak i do latania. Śmigłowce nie latają przy mgle czy w nocy.

Ksiądz Grzywocz zaginął najprawdopodobniej w drodze na szczyt, który liczy ponad 3 tys. metrów. Jaka jest specyfika takiego terenu?

– Z mojego rozeznania wynika, że z Bortelhorn prowadzą cztery trasy zejściowe. Trzeba zadać pytanie: czy te trasy prowadzą przez rejony, gdzie zalegają lodowce? Bo jeśli rzeczywiście jest tam lodowiec, poruszanie się po nim wymaga asekuracji. Nie ze względu na samo poślizgnięcie, ale z uwagi na szczeliny, które się w nim znajdują.

Lodowiec bowiem jest pofałdowany, w jednych miejscach będzie ściskany, w innych – rozciągany. Powoduje to powstanie w nim pęknięć i szczelin. Taka szczelina, w skutek opadu śniegu z wiatrem, może być przysypana śniegiem, czyli „przymaskowana”. Jeśli osoba wejdzie na taki teren, wpadnie do szczeliny. Śnieg dodatkowo ją przykryje i nie jesteśmy w stanie jej znaleźć.

W górach lodowcowych takich jak Alpy, Kaukaz czy Himalaje – poza wypadkami lawinowymi, spowodowanymi dużą ilością śniegu – zdecydowana większość zaginięć spowodowana jest wpadnięciem do szczeliny.

Jak w takim wypadku można się uratować?

– Podstawowym prawem poruszania się po górach lodowcowych jest to, że nie chodzimy sami. Wówczas dwie osoby zostają związane ze sobą liną. Musi być zachowana odpowiednia odległość, trzeba też mieć właściwy sprzęt. Jest możliwość zaasekurowania takiej osoby w momencie, gdy ona wpadnie do szczeliny, utrzymania jej na linie. Mało tego, znając odpowiednie techniki, można przy pomocy liny wydobyć towarzysza.

Jeśli jednak ktoś poruszał się sam i wpadł do szczeliny, sytuacja staje się dramatyczna. Nie wiemy, do jakiej szczeliny wpadł, w którym miejscu, nie mamy liny. Wówczas praktycznie nie ma możliwości ani uratowania, ani wydobycia go.

Z informacji prasowych wynika, że ratownicy nie znaleźli w górach żadnego śladu po zaginionym księdzu. Co to znaczy?

– Jeżeli do tej pory, po sześciu dniach, zaginiony się nie odezwał bądź nie znaleziono żadnych jego przedmiotów, to – niestety – nie wróży dobrze.

Mówimy o wydarzeniach w Szwajcarii. Czy polskie służby są w jakikolwiek sposób zobowiązane do pomocy?

– Pomocy udziela ten, na którego terytorium zdarzył się wypadek. Służby szwajcarskie są jednymi z najlepszych, jeśli nie najlepszymi służbami ratownictwa górskiego na świecie. Trudno w czymkolwiek  pomóc kolegom ze Szwajcarii, którzy przecież doskonale znają teren i miejsca, gdzie może do tego typu wypadków dojść. Zresztą my, jako TOPR, nie mamy doświadczenia w ratowaniu w górach lodowcowych, ponieważ u nas tych lodowców po prostu nie ma. Sama specyfika naszej pracy jest zatem nieco inna.

W zasadzie nie zdarzyły się sytuacje, aby służby ratownicze z Polski jeździły na przykład w Alpy lub w inne góry świata.

Teraz, po kilku dniach, służby szwajcarskie prowadzą poszukiwania już odpłatnie. A jak to wygląda w Polsce?

– Jako TOPR świadczymy pomoc bezpłatnie. Nie ma żadnego ubezpieczenia (takiego jak np. na Słowacji, gdzie od nieubezpieczonego obcokrajowca żąda się opłaty za akcję ratunkową). W Polsce jesteśmy finansowani przez państwo i dla wszystkich naszych „klientów” wszelkie świadczenia są darmowe.

Czy takie rozwiązanie nie wspiera lekkomyślności turystów?

– Raczej nie. Natomiast czasem wzywa się nas z błahych przyczyn. Weryfikujemy takie wezwania.

Stronię zawsze od określeń typu „lekkomyślność”, staram się go nie używać . Chodzi bardziej o to, że społeczeństwo jest w małym stopniu wyedukowane w kwestii zagrożenia górskiego. Mamy niewielką wiedzę na temat tego, czym naprawdę grozi nam górska wyprawa. Przenosimy w góry doświadczenia, które nabywamy nieopodal własnego domu. Te przyzwyczajenia są wręcz podświadome.

Pytanie najprostsze: czy ktokolwiek wychodząc z domu zabiera ze sobą latarkę? Nikt tego nie robi. Dokładnie ten sam mechanizm działa w górach. Nie zabieramy ze sobą oświetlenia, bo mamy zakodowane, że jak przyjdzie noc to będą latarnie. Dopiero gdy kilka razy się sparzymy, dociera do nas, że w górach trzeba postępować nieco inaczej.

Wróćmy jeszcze do sprawy zaginięcia ks. Grzywocza. Ksiądz zaginął w czwartek, dziś mamy środę. Czy w ratownictwie górskim istnieje jakaś określona granica czasowa, po  której mówimy: „koniec poszukiwań”?

– W naszej praktyce zakładamy, że szukamy osoby zaginionej cały czas. A jeżeli przeszukamy całość terenu i warunki pogodowe uniemożliwiają nam dalsze skuteczne poszukiwania, wówczas  zawiesza się je ze świadomością że kogoś brakuje. Czasami nawet po roku trafiamy na ciało takiej osoby. Warto przy tym pamiętać, że zaginięć w polskich górach nie ma tak dużo. Jeżeli odnotowujemy kilka w ciągu roku – to już jest sporo.

Głośna przed kilku laty była sprawa zaginięcia w austriackich Alpach 70-letniego wspinacza. Wyruszył na szczyt Schrankogel. Wpadł do szczeliny – został po kilku dniach od zaginięcia znaleziony żywy. Takie wypadki też się zdarzają. Nadzieja umiera ostatnia?

– Z punktu widzenia profesjonalisty szanse na odnalezienie ks. Grzywocza są znikome, aczkolwiek w górach cuda się zdarzają.

Andrzej Maciata – ur. 1959, ratownik, instruktor TOPR, zawodowy instruktor narciarstwa wysokogórskiego.