„Być ślepym” w wierze to ufać Słowu mimo lęku, który rodzi się w naszych oczach na widok tego, co widzimy. „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, jak uczył nas już Mały Książę.

Przed kilkoma dniami napisałem na Fejsbuku: „Czasami myślę, że wiara powinna być ślepa”. Pod wpisem pojawiło się wiele komentarzy. Jedni potwierdzali, inni zaprzeczali. Pisali, że – owszem – czasami, ale przecież powinna być też rozumna i wynikać z wolności. Przypuszczam, że tak duża ambiwalencja ocen wynika z faktu, że samo wyrażenie „ślepa wiara” nie jest jednoznaczne. Można je chyba konotować zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Internetowy słownik podaje, że to „bezgraniczna, naiwna ufność”. „Bezgraniczna” brzmi dobrze, ale „naiwna” – niezbyt. Czas się więc wytłumaczyć z postulatu ślepej wiary.

Od wielu już lat, a dokładnie od mojej książki pt. „Eucharystia zmediatyzowana”, w której analizowałem fenomen transmisji Mszy św. w radiu i telewizji, zajmuje mnie problem związku między wiarą a widzeniem, rola spojrzenia w procesie wiary. Św. Paweł pisał – jak wiemy – że „wiara rodzi się z tego, co się słyszy” czy też „ze słyszenia” (Rz 10, 17). A co z tym, „co się widzi”? Czy rodzi się też „z widzenia”? A więc nie tylko fides ex auditu, ale także fides ex visu? Kiedyś trzeba będzie temu wreszcie poświęcić pełną monografię, tymczasem zrodziło się we mnie pytanie, czy widzenia w procesie wiary bardziej nie przeszkadza niż pomaga? Czy – mówiąc inaczej – „dawać wiarę” temu, co się widzi czy też raczej nie?

Pytanie to powróciło przy okazji Ewangelii z minionej niedzieli. Czytaliśmy w niej o Piotrze, który – na wezwanie Jezusa „Przyjdź!”– szedł po jeziorze (Mt 14, 22-33): „Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, podszedł do Jezusa”. Szedł jednak tylko do czasu: „na widok silnego wiatru uląkł się i […] zaczął tonąć”. Ten moment wydaje mi się kluczowy. Często w komentarzach czytam, że w tym momencie Piotr odwrócił wzrok od Jezusa, przestał na Niego patrzeć i spojrzał dookoła. I to go zgubiło.

Ale w tekście nie ma nic o tym, że Piotr szedł wpatrzony w Jezusa. Poza tym, trzeba pamiętać, że Piotr się zastrzega: „jeśli to Ty jesteś”. Przed chwilą bowiem „Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli”. Wzrok nie dawał im żadnej pewności, że to Jezus. Przeciwnie – zmylił ich, a w konsekwencji – przestraszył. To, co miało być dowodem, że to jest Jezus, to skuteczność, by nie powiedzieć – performatywność Jego słowa. Potwierdzeniem dla Piotra miało być „słowo, które działa”.

Obraz jest bronią. W niejednej dyskusji argumenty z Ewangelii przegrywają z obrazami

Dramat rozgrywa się więc nie między jednym a drugim spojrzeniem Piotra: na Pana i na to, co dookoła. Dramat rozgrywa się między wiarą słowu Jezusa a „wiarą” w to, co widzialne. To, co widzialne – świat wokół Piotra – nagle przemówiło do niego bardziej niż to, co przed chwilą słyszał od Pana: „Przyjdź!”. I to jest prawdziwe źródło zwątpienia. Każda wiara okazuje się mała, gdy oczom bardziej ufamy niż Słowu. Zgodnie zresztą z polskim wyrażeniem w oczach rodzi się lęk, a strach ma wielkie oczy. Jeśli nasze spojrzenie nas przeraża, a to, co widzimy, napawa nas lękiem, wiara Słowu staje się „małą”. Przegrywa z tym, co przed naszymi oczami.

Wydaje mi się, że tutaj jest źródło wielu „przegranych” Kościoła w debacie o współczesnych problemach społecznych czy politycznych. Powtórzę raz jeszcze to, co już pisałem wielokrotnie: obraz jest bronią. I to bronią bardzo niebezpieczną. W niejednej dyskusji na temat uchodźców, terroryzmu czy islamu argumenty z Ewangelii przegrywają z obrazami, którymi karmione są nasze oczy, a potem – serca i dusze. Obrazy – prawdziwe i nieprawdziwe – jak w soczewce koncentrujące wszystkie negatywne przykłady wygrywają ze słowem Bożym. Czym jest wezwanie Jezusa „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych…” wobec choćby jednego zdjęcia, które może w nas zrodzić strach niepokonalny? Niestety, często „dajemy wiarę” obrazom, a nie Słowu. Zresztą nie tylko w tej sytuacji, ale i w wielu innych. Właśnie dlatego napisałem, że wiara powinna być ślepa, ale ślepa na wszystko, co nie jest słowem Boga.

Ja wiem, że to brzmi może nazbyt radykalnie, ale do własnego postulatu przekonał mnie przykład, jaki podpowiedziała w dyskusji na FB Maria Rogaczewska, której bardzo, bardzo za to dziękuję. Marysia – bo tak zawsze o niej myślę – wrzuciła link z filmem z Mistrzostw Świata Osób Niepełnosprawnych w Lekkiej Atletyce. Polska biegaczka, niewidoma Joanna Mazur wraz ze swoim przewodnikiem Michałem Stawickim wygrywa dramatyczną walkę o złoty medal w biegu na 1500 m. Jak to skomentowała Marysia, „Wiara nie potrzebuje oczu”.

Dopytywałem potem, jaka jest rola przewodnika. Otóż przewodnik nie może wyprzedzać biegacza, nie może go ciągnąć, ale może mu mówić, jaka jest sytuacja, gdzie jest inny biegacz, którędy go ominąć, jaki wybrać tor. W pewnym sensie on jest strategiem biegu. Pomyślałem, że to rzeczywiście piękna metafora wiary. Warunkiem sukcesu jest nie tylko własna siła, wytrwałość, hart ducha, ale przede wszystkim posłuszeństwo i bezgraniczne zaufanie słowu przewodnika. Żadna dyskusja tam nie ma sensu. Trzeba się powierzyć bezgranicznie. Przewodnik jest dla niewidomego biegacza bogiem.

Znamienne jest także to, że niewidomi biegają w opaskach. Zapewne przede wszystkim po to, aby mieć wyrównane szanse, ale przypuszczam, że być może wkładają te opaski także z innego powodu. Kto zna kogoś niedowidzącego, wie dobrze, że takie – powiedzmy – „niepełne” spojrzenie może być bardzo zwodnicze, mylące. Doświadczył tego zresztą niewidomy z Ewangelii, który widział ludzi „jak drzewa” (Mk 8, 24). Trudno rozpoznać kształty, wyczuć odległość i rozpoznać przestrzeń. Paradoksalnie niewidomemu wzrok może w biegu jedynie przeszkodzić. Mógłby być pokusą, by zwątpić w to, co mówi przewodnik.

Czy św. Paweł nie mówił, że „teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” (1Kor 13, 12)? Może to, co widzimy to tylko pozór? Ciekawe jest to, że słowo „pozór”, które jest dzisiaj synonimem tego, co fałszywe (oceniać po pozorach, pozory mylą), w słowniku Lindego ma zanotowane jeszcze swoje pierwotne znaczenie jako „wygląd, kształt”. „Pozór” to to, co zobaczone. Wzrok nas myli, wprowadza w błąd, bo widzi tylko to, co zewnętrzne, widzialne. Miał więc rację poeta, gdy wołał, by sięgać tam, „gdzie wzrok nie sięga”. Nie wolno się zatrzymać jedynie na tym, co widzialne, wszak „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, jak uczył nas już Mały Książę.

Nie wiem, co to znaczy być niedowidzącym czy też zupełnie nie widzieć. Być może jestem w wierze wciąż jak ten niedowidzący biegacz, który chciałby dyskutować z przewodnikiem? Ale czy gotów byłbym na ślepotę? „Być ślepym” w wierze to znaczy nie dawać wiary temu, co się widzi, nie powierzać się wzrokowi. „Być ślepym” w wierze to ufać Słowu mimo lęku, który rodzi się w naszych oczach na widok tego, co widzimy. Tej „ślepoty” uczyć się pewno będę całe życie. I właśnie dlatego na wiele rzeczy nie patrzę, bo wiem, jak bardzo daje się zwieść temu, co widzę. Wiem, jak łatwo obrazem pokonać we mnie słowo, jak łatwo ulec pozorom.