Wyborcy PO dają Borysowi Budce kredyt zaufania, ale on sam przynajmniej na razie nie prezentuje się jako poważny lider. Wyraźnie było to widać podczas niedawnej debaty sejmowej nad wnioskiem o odwołanie ministra Mariusza Błaszczaka.

Na początku tygodnia poznaliśmy sondaż Ipsos dla OKO.press, które chciało dowiedzieć się, kto zdaniem Polaków byłby dziś najlepszym liderem Platformy Obywatelskiej, a kto Nowoczesnej (badanie z 2-4 sierpnia metodą telefoniczną na ogólnopolskiej reprezentatywnej próbie 1000 osób). Z sondażu dowiadujemy się szczegółowo, jakich przywódców wyobrażają sobie wyborcy tych dwóch ugrupowań.

Według sympatyków Platformy najlepszym liderem partii byłby poseł Borys Budka, były minister sprawiedliwości. Na drugim miejscu wskazują posła Rafała Trzaskowskiego, byłego europosła i ministra administracji i cyfryzacji. Na trzecim (przed obecnym przewodniczącym partii Grzegorzem Schetyną) byłą premier Ewę Kopacz, obecnie posłankę. Także w Nowoczesnej faktyczny lider nie jest tym, którego dziś typują wyborcy partii; posła Ryszarda Petru wyprzedzają dwie posłanki, Katarzyna Lubnauer i Kamila Gasiuk-Pihowicz.

W przypadku Nowoczesnej sprawa wydaje się jasna. Wyborcy doceniają widoczne i pracowite posłanki, a odwracają się od polityka, który gra na siebie, i którego wpadki ciągną w dół całą formację.

Problem Platformy jest głębszy. Największa partia opozycyjna wciąż dryfuje. Zaczęło się jeszcze wtedy, gdy rządziła, a Donald Tusk objął stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Premier Ewa Kopacz kierowała partią na jałowym biegu jako pełniąca obowiązki przewodniczącej, a nowy – obecny – szef Platformy nadal nie prowadzi spójnej, konsekwentnej ani przekonującej polityki.

Jeśli lider nie porywa, naturalne stają się pytania o możliwego następcę. Do wyników sondażu Ipsos można jednak podchodzić z rezerwą. Wyborcy PO dają wprawdzie Borysowi Budce kredyt zaufania, ale on sam nie prezentuje się (przynajmniej na razie) jako poważny lider. Niezwykle wyraźnie było to widać podczas niedawnej debaty sejmowej nad wnioskiem o odwołanie ministra spraw wewnętrznych Mariusza Błaszczaka. Budka wygłosił wtedy żenujące wystąpienie, które odebrało wnioskowi całą powagę.

W wystąpieniu Budki słaby żart mieszał się z merytoryczną treścią, nie pozwalając wybrzmieć tej ostatniej. Dla opozycji, która chce bronić demokracji przed łamiącym konstytucję obozem władzy, nie ma chyba gorszego pomysłu – ośmiesza własną pracę.

– Wpadłem na taki pomysł, żeby rozszyfrować nazwisko Błaszczak – mówił Budka z sejmowej mównicy. – „B” jak buta (…) „Ł” jak łgarstwo (…) „A” jak agresja (…) No i oczywiście „A” to również pewne przeciwieństwo – oprócz agresji są jeszcze anioły. Tak, to pana zastępca zasłynął z tego, że kazał doklejać skrzydła aniołów polskim policjantom, bo to jest kwintesencja waszego patrzenia na służbę (…) Kolejna litera to „S”. I tu, uwaga, trudne słowo: serwilizm (…) „Z” jak zarozumiałość. No, myślę, że tego nie trzeba wyjaśniać (…) „C” jak cynizm (…) drugie „Z” jest równie ważne jak pierwsze. Niestety, zakompleksienie (…) „A” też występuje w pana nazwisku dwa razy. Arogancja (…) Ostatnia litera, litera ,,K”. Tutaj też mam zgryz, dlatego że pasuje zarówno kolesiostwo, i o tym będę więcej mówił, bo to jest kwintesencja tego, co było widoczne w sprawie wyjaśniania bądź też niewyjaśnienia sprawy Igora Stachowiaka, ale to również jest „K” jak konfetti. To konfetti to symbol pana zastępcy, pana ministra Zielińskiego, który doprowadził do tego, że polscy policjanci byli zmuszani, by w sposób iście PRL-owski witać waszych partyjnych dygnitarzy, zamiast zajmować się tym, co jest najważniejsze, czyli bezpieczeństwem Polaków.

Jeden z aktywnych działaczy Platformy tłumaczył na Facebooku, że Budka musiał mówić w ten sposób, aby zwrócić uwagę mediów. Problem polega na tym, że media przekazały z jego wypowiedzi to, co najgłupsze. Nie pomogły Polakom zrozumieć istotnych argumentów za odwołaniem ministra Błaszczaka ani nie pomogły Budce wykreować się na poważnego lidera. Obserwowaliśmy jedynie poppolitykę, która obniża standardy debaty publicznej.

Warto zatem przypomnieć, że chęć przyciągnięcia uwagi nie musi oznaczać równania w dół. Udowodnił to na przykład Adrian Zandberg, odnosząc sukces w debacie liderów przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi. Zandberg znokautował każdego partyjnego przywódcę: dane Trendów Google’a pokazały, że w internecie wszyscy szukali wtedy informacji właśnie o nim (poniżej wyniki Trendów Google’a z wieczora 20 października 2015 r.). A przecież Zandberg zaprezentował się wtedy jako umiarkowany polityk, który mówi rzeczy ważne w sposób zrozumiały i przekonywający. I tylko dlatego trafił do przeciętnego Polaka. To przykład dla dzisiejszych kandydatów na liderów.

google-trends-zandberg-201015

Trendy Google’a z wieczora 20 października 2015 r.