Co chwila rozlegał się śmiech Miłosza, donośny, spontaniczny, młodzieńczy. Dopóki tak się śmiał, również w wiele lat później, wiadomo było, że Miłosz jest wciąż jeszcze tym samym Miłoszem.

Nie dopuścić do zacierania się naszej o nim pamięci. Bo nie ulegną zatarciu wiersze Miłosza, ani jego eseje, ani książki prozatorskie, ale coraz mniej będzie śladów jego życia, coraz więcej ubywać będzie tych, którzy go znali. Niechże więc wszyscy, którzy spotkali się z nim lub przyjaźnili, nie lenią się z zapisaniem swoich z nim spotkań; a jest, na szczęście, takich ludzi sporo i to wśród pokolenia „średniego” czy nawet najmłodszego, bo Miłosz, zwłaszcza w ostatnich latach, chętnie dopuszczał do siebie poetów, którzy chcieli go poznać.

Najwięcej szans miało oczywiście środowisko krakowskie, które mogło cieszyć się jego obecnością nie tylko na prywatnych spotkaniach i z okazji celebrowanych z krakowskim dostojeństwem jubileuszów i rocznic, ale także na okraszanych humorem i fantazją imprezach czysto zabawowych, w których już tradycyjnie, od Zielonego Balonika po Piwnicę pod Baranami, celuje ten nasz dzielny i nieznośny Kraków.

Przeglądając ostatnio moje dzienniki z podróży („Zawsze powroty”) znalazłam tam kilka na gorąco robionych notatek ze spotkań z Czesławem Miłoszem. Jedna z nich dotyczy pewnego wydarzenia związanego z księgarnią państwa Romanowiczów w Paryżu:

„Pierwszy raz po przyjeździe zobaczyliśmy go w sobotę 19 maja (1986), kiedy podpisywał książki wydane przez wydawnictwo Fayarda w «Libelli», na wyspie Świętego Ludwika. Dzień był wyjątkowo piękny, słoneczny, wyszliśmy z metra Pont-Marie i udaliśmy się na Wyspę, gdzie skupiła się już duża grupa Polaków w oczekiwaniu na Miłosza. Tuż obok, przed słynną w tej dzielnicy lodziarnią, ciągnął się ogonek młodych Francuzów, wyraźnie zaskoczonych niecodziennym tłumem obcokrajowców wypełniających ten spokojny zazwyczaj zakątek. Wśród Polaków dojrzałam świeżo przybyłych z Warszawy Janka Walca i Małgosię Łukasiewicz, którzy pojawili się już poprzednio na wieczorze Haliny (Mikołajskiej). Wśród tutejszych – Alik Smolar, który zaraz podbiegł do mnie, żeby zapytać o zdrowie nieobecnego Artura. (…) Nastroje wśród oczekujących pogodne, rodzinne, jak na święto poety przystało.

Bohater dnia podjechał zaraz po piątej, taksówką, która z trudem przedzierała się przez wąską ulicę, zapełnioną rosnącym wciąż tłumkiem; wysiadł uśmiechnięty, w tweedowej marynarce, w ciemnej koszuli i granatowej normandzkiej czapce z daszkiem (my nazywaliśmy takie czapki thaelmanówką), opalony, zdrowy, piękny, niewyglądający na swoje siedemdziesiąt pięć lat. Idąc wśród rozstępujących się ludzi, zauważa mnie i przystaje, żeby się przywitać, z tym swoim nie do podrobienia, trochę przeciągłym akcentem kresowym.

Ponieważ Miłosza zaraz obstąpił tłum przy stole, gdzie podpisywał książki, przeszliśmy z Jean-Yves Erhelem, tłumaczem literatury polskiej i naszym przyjacielem, z jego żoną Joëlle i synkiem do pobliskiego bistra, wypełnionego Polakami, którzy zdominowali miejscowych bywalców, przemieniając w mgnieniu oka francuskie bistro w polską kawiarnię.

Wyciągnęła mnie stamtąd na chwilę Zosia Romanowiczowa prosząc, bym towarzyszyła jej do zdjęcia upamiętniającego tę niezwykłą uroczystość. Oboje, Zosia i jej mąż, Kazimierz, są wyraźnie przejęci tak gromadnym uczestnictwem rodaków: – Tak samo było z Czapskim, taki sam tłok – mówią”.

W moim dzienniku podróży znalazło się jeszcze kilka wzmianek związanych z paryskim pobytem Miłosza w 1986 roku. Poprzednio widywaliśmy się w Stanach, w aurze tak odmiennej, jak odmienne jest życie amerykańskie w porównaniu z paryskim, w odmiennej też po latach sytuacji życiowej i Miłosza, i naszej, w otoczeniu innych ludzi i innych, tamtejszych  przyjaciół. Teraz powróciła znów Europa.

Najbardziej może godnym zapamiętania było przyjęcie, jakie urządziła z okazji przyjazdu Miłosza do Francji Danusia Szumska, sekretarz wydawnictwa Éditions du Dialogue, bliska współpracowniczka najpierw księdza Sadzika, a następnie księdza Modzelewskiego, zaś po jego śmierci – księdza Hosera. Przyjęcia u Danusi stanowiły już rodzaj tradycji. Ilekroć zebrała się w Paryżu grupa Polaków – zwłaszcza pisarzy – Danusia spraszała gości na wielką kolację, na której miejscowi mogli się spotkać z zaprzyjaźnionymi przybyszami z Polski. Nieraz zdarzyło nam się bywać na takich kolacjach, ale najbardziej może niezwykły był ten właśnie wieczór z Miłoszem, na którym znalazło się… pięciu poetów jednocześnie. Obok gościa honorowego uczestniczyli w nim Zbigniew Herbert, Adam Zagajewski, Artur Międzyrzecki i ja. Do tej poetyckiej grupy dołączyli Zosia Hertzowa, Halina Mikołajska i Wacek Kisielewski z żoną. Wszyscy w doskonałej formie, której sprzyjało jeszcze hojnie dolewane wino.

Atmosfera wytworzona przez współobecność tylu skojarzonych niespodziewanie biesiadników miała w sobie jakby coś elektryzującego. Czy jeszcze spotkamy się kiedyś w podobnym gronie? Zagajewski wydawał się na zawsze już osadzony w Paryżu, Herbert szykował się również na dłuższy tam, może kilkuletni pobyt, Miłosz wracał do swojego domu w Kalifornii, my pakowaliśmy już manatki do Warszawy. Kto z nas mógł wówczas przypuścić, że pewnego dnia wszyscy, jak tu siedzimy, spotkamy się na szlaku Warszawa-Kraków?

Rozmowa toczyła się na tematy polskie: Frasyniuk, Kościół, więźniowie, stosunek do Zachodu, Europa Centralna, emigracja, prawda i kłamstwo, „wyjątkowość Polski”, czy my z tego wyjdziemy i jaki jest dla nas ratunek. Zbyszek był tego wieczora w doskonałej formie, zabawny i nieboleśnie uszczypliwy. Co chwila też rozlegał się śmiech Miłosza, donośny, spontaniczny, młodzieńczy. Dopóki tak się śmiał, również w wiele lat później, wiadomo było, że Miłosz jest wciąż jeszcze tym samym Miłoszem. Katastrofy, jakich doświadczył w ostatnich latach życia, a także choroba, sprawiły, że coraz rzadziej już ten śmiech dał się słyszeć.

Tego samego wieczora Miłosz odczytał nam swój nowy, jeszcze niedrukowany wiersz, rodzaj żartobliwego, przekornego i jakby jednym pociągnięciem pióra napisanego autoportretu. Odnalazłam go potem w jednym z tomów jego poezji. Zatytułowany jest „Wyznanie”.

Lekturę tego wiersza poprzedził Miłosz słowami: „Bardzo chciałem, żeby Zbyszek to usłyszał”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 10/2004.