Dobrze się czuję w Warszawie. W pewnym sensie, w porównaniu z moją Wisłą, czy moim Krakowem, jestem w Warszawie na emigracji i czuję w sobie lekkość emigranta.

Należałem oczywiście do tych 99,9% Polaków, którzy stereotypowo uważają, że Warszawa jest miastem bez duszy, miejscem strasznym, nie do  życia. Miałem podstawowy lęk przybysza i do dziś chowam w pamięci chorobliwe wspomnienia dawnych podróży do Warszawy, które wtedy – w czasach sprzed epoki IC – same w sobie były upiorne. Ludzie jeżdżący z Krakowa do Warszawy, jak było ich na to stać, kupowali wręcz niekiedy  kuszetki. Człowiek mniej zamożny wsiadał do słynnego, nabitego do granic,  „Kongo-Ekspresu”, który o 4.40 rano odjeżdżał z Dworca Głównego w Krakowie i koło południa tryumfalnie docierał do celu.

Nierzeczywistość

Kres podróży nie przynosił ulgi. W Warszawie zawsze wiało i padało. Zawsze! Takiej aurze sprzyja zabudowa tego miasta, naznaczona gubernialną architekturą z szerokimi prospektami, budowanymi po to, by udaremnić wznoszenie barykad. Ja taki obraz Warszawy być może bardziej mam z lektury, na przykład z esejów Stempowskiego, niż z rzeczywistej orientacji architektonicznej, ale też niektóre  lektury „warszawskie” mają dla mnie wielką intensywność; z okien mojego mieszkania na Hożej widzę Pałac Kultury (górne partie tej budowli) – jednak nadal jest to dla mnie raczej Pałac wzięty z prozy Tadeusza Konwickiego niż rzeczywisty. W każdym razie jest tu – zwłaszcza w porównaniu z wąskimi krakowskimi uliczkami – przestrzeń niewiarygodnego pola bitewnego.

W tamtym czasie Warszawa była miastem wiekuistego wiatru i deszczu, a też gigantycznych – zawsze pieszo forsowanych – odległości; człowiek nie miał ufności, że wsiądzie do odpowiedniego tramwaju i dotrze do poselstwa, w którym stara się o wizę; czy do innego najwyższego urzędu, w którym musi uzyskać książeczkę walutową; taki najczęściej cel miały tamte przyjazdy. Najjaśniejszym punktem w tych bardzo rzadkich i naznaczonych heroizmem podróżach był moment, kiedy – po uprzednim posileniu się pod Domami Towarowymi hot dogiem i wypiciu herbavitu – udawało się wsiąść do równie, jak o świcie, nabitego pociągu; tym razem wszakże tłok był przyjazny: nareszcie – po zatknięciu proporca na biegunie – wracałem  do domu. Wszystko to pamiętam doskonale, jednak tamtejsze moje odczucia są już egzotyczne, bo Warszawa – z całą nierzeczywistością – jest dla mnie dzisiaj ważna, jest wybranym przeze mnie miejscem życia.

Warszawa  daje możliwość wyboru samotności, a nie skazuje na samotność

Trzy są w moim życiu ważne miejsca: Wisła, Kraków i Warszawa. Czy z tej chronologii wynika jakaś dodatkowa hierarchia? Właściwie nie wiem. Wisła to pierwsze dziesięć lat życia i wszelkie dalsze ciągi, wszystko, co mnie ukształtowało, idzie stamtąd. Gotów jestem do znudzenia powtarzać zdanie Marquéza, że wszystko, co najważniejsze w jego życiu, zdarzyło się pomiędzy pierwszym a szóstym rokiem życia. Sam mogę powiedzieć z niejaką wewnętrzną uczciwością, że wszystko, co najważniejsze w moim życiu, wydarzyło się pomiędzy pierwszym a dziesiątym rokiem życia w Wiśle, w domu moich dziadków, w ortodoksyjnej rodzinie luterskiej, sto metrów od kościoła, pięćdziesiąt metrów od parafii, no i dwadzieścia metrów od pewnej znanej wiślańskiej knajpy. Taka była geografia moich inicjacji.

Transfer

W Krakowie, jakkolwiek bym mierzył, przeżyłem trzy czwarte swojego życia, w tym bezkarność młodości. Oznacza to, że w żadnym innym miejscu nie spędzę już z pewnością tyle czasu, co tam; wynika to nie tylko z rachunku prawdopodobieństwa. W porównaniu więc z Wisłą i z Krakowem, Warszawa wygląda bardzo ekscentrycznie. Po sześciu latach, które tu spędziłem, nadal mam poczucie zupełnej nierzeczywistości tego miejsca, jednak podstawą tego poczucia jest raczej zdziwienie i zauroczenie niż niechęć.

Moja praca w „Polityce”, która stała się impulsem do zamieszkania w Warszawie, nie musiała oczywiście oznaczać konieczności przeprowadzki z Krakowa; rychło okazało się jednak, że transfer do Warszawy dla wszystkich jest bardzo wygodny. Sama zaś decyzja zamieszkania w Warszawie brała się z pewnego zmęczenia Krakowem, który jest, oczywiście, miastem fantastycznym, ale też niesłychanie wyczerpującym.

Mieszka tam moja córka, mam tam nielicznych, ale ważnych przyjaciół. Uwielbiam tam podróżować, ale też – szczerze powiem – bardzo lubię wracać z Krakowa do Warszawy. Zdaję sobie sprawę, że określenie „zmęczenie Krakowem” brzmi dość absurdalnie. Niepodobna, to oczywiste, być zmęczonym Sukiennicami, Wawelem czy kościołem Mariackim. Nikogo normalnego nie zmęczą kanały w Wenecji. Jednak codzienne życie produkuje pewne dodatkowe trudności, których – istniejące w zasięgu wzroku liczne zabytki klasy „0” – nie łagodzą.

Nie wchodząc szczegółowo – jakby powiedział Leszek Kołakowski ­­– w „rys ekshibicjonistycznego ekscesu”, wystarczy powiedzieć, że określony  moment mojego życia sprzyjał opuszczeniu Krakowa. Wady zalet (to w przypadku Krakowa) i zalety wad (w przypadku Warszawy) sprawiły, że  pobyt w Warszawie – już sześcioletni, co z perspektywy całego moje życia nadal jest okresem raczej krótkim – nie wyprodukował we mnie realnej tęsknoty za Krakowem. Wady zalet i zalety wad mają też zapewne wpływ na to, że lubię żyć w Warszawie. I tak na przykład fakt, że Warszawa nie ma centrum, jest oczywiście przedmiotem licznych szyderstw z tego miasta; krakowski Rynek to jest coś! A w takiej Warszawie? Tu nie ma nic, nie da się przecież rozstrzygnąć, czy centrum to Chmielna, Pałac Kultury, Uniwersytet czy może Galeria Mokotów? Nie ma nawet jak tego ustalić, wszystko osobliwie rozlazłe, niedokładne i nieuchwytne.

A właśnie fakt, że w tym mieście nie ma takiego punktu, jak krakowski Rynek, gdzie wszyscy się spotykają, ma również bardzo dobre strony, zwłaszcza jeśli jest się człowiekiem łaknącym samotności, szukającym raczej okazji do wypicia samotnej kawy albo odbycia samotnego spaceru; w Krakowie ta prosta rzecz jest raczej trudno osiągalna.

Kraków, w sensie ścisłym, jest miastem, które mieści się w obrębie starych murów, w granicach Plant. Nie twierdzę, że Ursynów umiejscowiony jest w centrum Warszawy, jednak z całą pewnością Ursynów jest bardziej Warszawą, niż Prokocim jest Krakowem. Po Prokocimiu, mówiąc bezceremonialnie, już chodzą wopiści, a też ceremonialnie: Kraków to Rynek. Zaś moje losy w Krakowie tak się układały, że niemal całe moje życie odbywało się właśnie w tym Rynku, w najściślejszej jego okolicy: studia, potem praca na uniwersytecie, w galerii Mleczki, na ewangelickiej parafii na Grodzkiej, w „Tygodniku Powszechnym”. Od kiedy zacząłem pracować, czyli od 1976 roku i  przez bez mała następne ćwierć wieku codziennie chodziłem przez krakowski Rynek, który w pewnym sensie stał się dla mnie polem minowym, pewną uciążliwością. I wcale nie chodzi o to, że jest on teraz jedną wielką knajpą – to przeurocze. Fakt ten jednak pociąga za sobą liczne niewygody. Jest coś takiego w aurze Krakowa, co sprawia, że mocniejsza jest w nim strona towarzyska niż robocza. A ja – nie mam co do tego cienia wątpliwości – póki pracuję, żyję. Mówię to z całym patosem: dla mnie – nie tylko z powodu elementarnej, rosnącej z wiekiem skłonności do pracy – dzień bez pracy jest dniem straconym.

Ton niechęci, a nawet pogardy pod adresem Warszawy zdają mi się zupełnie nie na miejscu

Zamieniłem więc krakowski Rynek na Hożą w Warszawie – pewne elementy musiałem powtórzyć. Należę do bardzo elitarnego klubu tych, którzy nie prowadzą samochodu, w związku z czym go nie posiadają. Wprawdzie z faszystowsko-luterańską zajadłością zdałem swego czasu egzamin na prawo jazdy, jako jedyny w grupie, z wynikiem bardzo dobrym; potem trochę jeździłem, po czym zaprzestałem. W Warszawie mieszkać bez samochodu jest rzeczą niemożliwą, trzeba by mieć albo środki na taksówki, albo poruszać się środkami komunikacji miejskiej, a to dla mnie nadal jest tu za skomplikowane. Pozostał mi też wiślańsko-krakowski atawizm, że wszystko, co konieczne do życia, musi być dostępne pieszo. Nie mogę przecież jeździć taksówką po gazetę. Znalazłem więc Hożą, ulicę, na której mam wszystko, co jest mi do życia potrzebne. Są tu: dwie księgarnie i antykwariat, że zacznę od rzeczy szlachetnych; jest jeden nocny sklep, fryzjer, kosmetyczka, szewc, krawiec, cukiernia, sławna na całe miasto pralnia. Nie muszę zatem opuszczać ulicy Hożej i całymi dniami jej, rzecz jasna, nie opuszczam. Nawet jeżeli czasami wychodzę na kawę, to najwyżej do kawiarni przy sąsiedniej ulicy, nadal jest to jednak rewir mikroskopijny; jak na Warszawę – w ogóle nie ruszam się z miejsca. Do niedawna wydawało mi się, że dużą wadą ulicy Hożej jest to, że nie można tu kupić żarówek. Pomyliłem się, nie w pełni rozeznałem możliwości, okazało się, że i żarówki są tu osiągalne i to w bliskości, na „moim” odcinku pomiędzy Kruczą a Marszałkowską mianowicie.

Patos i pył

Zamieszkawszy sześć lat temu w Warszawie, znalazłem się w sytuacji podobnej do bohatera jednej z moich książek. Ten chłopak przyjechał tu na studia, zamieszkał w wynajętej kawalerce. Ze mną było do pewnego stopnia podobnie – znalazłem się nagle w obcym mieście, z dużą ilością nienormowanego czasu pracy, w wynajętym małym mieszkaniu na Rondzie ONZ; prawie jak w studenckich czasach, z tą wszakże różnicą, że w wieku koło pięćdziesiątki. Tę sytuację jakoś zapisałem w powieści, Warszawę czyniąc w niej jednak jedynie tłem. Książka ta nie była w żadnym wypadku próbą dotknięcia mitu Warszawy czy nazwania jakiejś prawdy tego miasta. Być może również dlatego, że w przypadku Warszawy trudno ominąć sprawę – o której niepodobna mówić, nie dociskając pedału patosu do dechy – że jest to miasto, które zniknęło z powierzchni ziemi. Pozostał po nim jedynie ceglany pył, nic więcej; według relacji tych, którzy w 1945 roku przyjeżdżali do Warszawy, nawet ruin nie było tu zbyt wiele. No, a potem zaczęła się odbudowa, która spowodowała, że Warszawa nie może istnieć w skali innej niż pokraczna.

Nawet Tyrmand, który odczuwał pewną fascynację odbudową miasta, mówił: Warszawa poległa definitywnie pod obuchem odbudowy. Zabór sowiecki nie dawał jednak innej szansy, musiało powstać pokraczne miasto, ponieważ pokraczne były polskie dzieje. Nieistniejące miasto odbudowane zostało pod imperialnym zaborem, w pokracznym stylu, pokracznymi sposobami, które – nawiasem mówiąc – były jednak dość solidne. Stalinowskie mieszkania w porównaniu z tym, co nastąpiło później, uchodzić mogą za przykład naprawdę porządnej architektury. Stalinowskie biurko w porównaniu z biurkiem gierkowskim to był mebel.

Dość powszechne pretensje wobec Warszawy, ów obowiązujący ton niechęci, a nawet pogardy, schematy licznych urągliwości pod jej adresem, zdają mi się zupełnie nie na miejscu. Trudno jednak zaprzeczyć, że Warszawa sprawia pewien rodzaj utrapienia; nieustannie trzeba jej bronić, okazuje się wszakże, że nawet najbardziej pozytywne cechy Warszawy zawsze trzeba opatrywać jakimś cudzysłowem. A i tak pewne rzeczy są nie do obrony, no bo jak bronić wyglądu Warszawy, skoro poważne skale w architekturze zaczynają się od miary kilku wieków. To trudne nawet dziś, kiedy plac Konstytucji – który w chwili wybudowania był nie do przyjęcia jako absolutna emanacja socrealizmu – dla młodych ludzi jest przykładem architektury starożytnej.

Nie odkryję Ameryki, kiedy powiem, że gdyby Barcelona była w wieku podobnym do wieku odbudowanej Warszawy, również nie wyglądałaby dobrze. Gdyby zaś Warszawie udało się uniknąć wyroku śmierci, mogłaby być dzisiaj miastem, jakie znamy z przedwojennych widokówek, podobnym do wielkich europejskich miast, takich jak choćby Barcelona właśnie.

Ma jednak Warszawa wpisany w swoją naturę nie tylko ów nieodwracalny brak, ale także budzący sympatię nadmiar: statystycznie czyli z lekka absurdalnie rzecz biorąc, ludzie w Warszawie są bardziej otwarci niż na przykład w Krakowie. Większość jej mieszkańców (ok. 60%) to przybysze, czyli można domniemywać, że są to osoby określonego pokroju; ich bezpośrednim czy przekazanym w genach doświadczeniem jest odwaga zmiany. Pośród swoich przodków niejeden warszawiak ma wojowników i buntowników, którzy wyruszali na podbój świata. Być może to właśnie sprawia, że ludzie tutaj mieszkający są bardziej otwarci; może też bardziej dowcipni, bo z większym dystansem wobec samych siebie. Kiedy myślę o tej właściwej ludziom z Warszawy tendencji do zmiany, także miejsca, przypominają mi się zaraz moi rdzenni luteranie, dla których nie ma większej kary niż wyjazd z Wisły; nie śmierć – to w porządku, wszak idziemy do Pana Boga – ale właśnie wyjazd z Wisły. Sam jestem tu odszczepieńcem – wyjechać z Wisły na stałe, zwłaszcza, jak  jest się z plemienia mniejszościowego, od zawsze było dla mnie rzeczą bardzo fascynującą. Tym bardziej, że Wisła w czasach mojego dzieciństwa była, może nie zabitą dechami, ale bardzo małą miejscowością. Jako synkowi urodzonemu na wsi od zawsze towarzyszył mi pewien atawistyczny pociąg do dużego miasta, miałem głęboko zakorzenione przekonanie, że w dużym mieście jest fajniej niż u nas.

Wygnańcza lekkość bytu

Dobrze się czuję w Warszawie. W pewnym sensie, w porównaniu z moją Wisłą, czy moim Krakowem, jestem w Warszawie na emigracji i czuję w sobie lekkość emigranta. To jest dobre, choć niekiedy dosyć trudne. Można jednak domniemywać, że Witold Gombrowicz w Buenos Aires był niekiedy w niezłym humorze. I niekoniecznie zdarzało się to wówczas, kiedy zapuszczał się w dzielnicę Retiro. Bywał w niezłym humorze, kiedy na przykład kończył napisaną tam książkę; bywał w niezłym humorze pomimo ciężkiej pracy w banku, wątłego zdrowia i braku bliskich krewnych. Nie żebym się porównywał z Gombrowiczem, ale zdarza mi się w Warszawie być w niezłym humorze; zdarza mi się być w bardzo dobrym emigracyjnym humorze.

Wygnańcza „lekkość bytu” zupełnie mnie przy tym  nie trapi. Korzenie? W sensie głębinowym? Zawsze z tym miałem kłopot. Jestem oczywiście dumny, że bez żadnej zasługi skądś pochodzę, i że jest to bardzo wyraziste miejsce. To jest fartowny los; tu – nie ma co ukrywać – Pan Bóg był łaskaw. Nie jest wszakże tak, że kiedy patrzę na wiślańskie góry przez okno rodzinnego domu, wiem wszystko, znam na pamięć każdy centymetr kwadratowy i sześcienny mojej ziemi; nie jestem z tej parafii. Mój przyjaciel Paweł Huelle jest wirtuozem  Gdańska, wie wszystko, wszystko opowie, ja tak – nawet „na wskroś moich” stron – nie znam; muszę raczej, jak trzeba, sprawdzić w przewodniku albo kogoś biegłego zapytać. Niestety nie zawsze mogę liczyć na mieszkającą w Wiśle matkę – za młoda jest i mało pamięta.

Mam świadomość, że w moim zawodzie i w moim wieku taki oto wybór:  jadę do Wisły, gdzie jest postawiony przez śp. ojca dom, tam osiadam i zaczynam pisać – potrzebne czy niepotrzebne – książki, byłby dla wielu, chyba nie tylko moich rówieśników, niesłychanie pociągający. Dla mnie jednak pociągający nie jest, jest w nim bowiem coś definitywnego. Przypuszczam, że Warszawa była jedynym miejscem, w którym mogłem się dobrze poczuć, ponieważ – zabrzmi to  szokująco – jest bardzo dużym miastem. A to ma pewne konsekwencje: jest tu rodzaj pewnego rozmachu, oczywiście rozmach bandytyzmu także jest tu znaczny; ale  jest tu też rodzaj rozmachu możliwości, być może również możliwości duchowych…

Z natury jestem odludkiem, zaś Warszawa – jako największe w tej części Europy miasto – daje możliwość wyboru samotności, a nie skazuje na samotność. I to jest w niej niesłychanie pociągające. Poza tym: teraz w Warszawie już nie zawsze pada i nie zawsze wieje. Więcej nawet: teraz bywają tu też fantastyczne, lipcowe upały.

Notowała Katarzyna Jabłońska

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 4/2006.